Выбрать главу

– Adenabarze, mój przyjacielu – powiedziałem. – Razem widzieliśmy i przeżyli niejedno. Dlatego przyznam się, że istotnie głowę mam zmąconą i nie wstydzę się tego.

– Zwracaj się do mnie rzymskim imieniem – przerwał mi – bo duchem czuję się bardziej niż kiedykolwiek Rzymianinem. Po łacinie nazywam się Petroniusz. Tym imieniem kwituję u kwestora legionu pensję, a gdy otrzymuję rozkazy na piśmie, ono właśnie figuruje na tabliczkach. Wiedz, że mam szansę otrzymać dowództwo całej kohorty i przenieść się do Galii czy Hiszpanii, a może nawet do samego Rzymu. Dlatego staram się doskonalić znajomość łaciny i przyzwyczajać do rzymskiego imienia.

I dalej badawczo mi się przyglądał, jakby oceniając, jak bardzo zajętą mam głowę i ile można mi wyznać.

– Dla mnie jesteś Adenabarem. Nie gardzę tobą z racji syryjskiego pochodzenia. Nie czuję też antypatii do Żydów, tylko staram się wyjaśnić ich zwyczaje i wierzenia. Dziwię się, że nie wysyłają cię do służby wartowniczej gdzieś na pustynię albo pod partyjskie strzały. Szybciej straciłbyś duszę i twoje informacje nikomu by nie mogły zaszkodzić.

– Co ty bredzisz o jakichś informacjach? Albo ci się w głowie zupełnie pomieszało, albo już od rana obciągałeś to dobre wino

– wyrzekał przyjaźnie. – Masz rację o tyle, że uważam się teraz za człowieka znacznie ważniejszego niż dawniej. Tylko nie wspominaj mi o pustyni, bo ona oślepia i sprowadza na człowieka omamy, a jazda na wielbłądzie powoduje morską chorobę. Żyją tam także odziani w koźle skóry mężczyźni, którzy straszą wartowników: rzucają na ziemię kij, który skręca się jak żmija. Zanimbym się znalazł w służbie wartowniczej na pustyni, rozważyłbym dokładnie pewne sprawy, o których się nie myśli w cywilizowanym świecie. – Patrząc na mnie badawczo spytał z chytrym uśmieszkiem: – Chyba słyszałeś, że Jeruzalem zmieniło się w paskudne miejsce dla rozumnych ludzi? Pamiętasz to trzęsienie ziemi o świcie? Obecnie twierdzi się, że niektóre groby wtedy się otwarły. Święci nieboszczycy wyszli z nich i objawili się wielu Żydom.

– Wiem tylko o jednym, który powstał z martwych. Ty także o nim wiesz. Kuszą cię awansami i przeniesieniem do lepszych garnizonów, żebyś słowa o nim nie pisnął. Przecież setnika nie można tak po prostu zmusić do milczenia jak zwykłego legionistę.

– W ogóle nie wiem, o czym mówisz. – Adenabar patrzył na mnie obłudnie. – Ale czy pamiętasz legionistę imieniem Longinus? Jego włócznia stała się jakaś dziwna, nie może nią prawidłowo rzucać na ćwiczeniach. Zraniła go w nogę, a kiedy ciskał w worek siana, wyśliznęła mu się z rąk i o mało mnie nie przebiła, choć stałem z tyłu za nim. Ale włócznia jest dobra, natomiast Longinus jest do niczego. Na próbę sam rzuciłem włócznią, żeby dać dobry przykład, bo nikt inny nie zgodził się wziąć jej do ręki. Bez pudła trafiłem w worek siana z odległości czterdziestu kroków. Longinus też osiąga dobre wyniki, ale tylko wtedy, kiedy rzuca innymi włóczniami.

– Czy mówisz o włóczni, którą Longinus przebił bok syna Bożego?

– Przestań o tym człowieku mówić jako o synu Bożym! – Adenabar otrząsnął się, jakby strącał z siebie robaki. – To słowo działa mi na nerwy. Jeszcze ci powiem, że kat legionu ma sparaliżowane ręoe do tego stopnia, że nawet rózgi nie dźwignie. Z wielkim trudem, pomagając sobie drugą ręką, może podnieść jedzenie do ust. Lekarz z fortecy Antonia nie widzi w ręce Longinusa nic nienormalnego i podejrzewa, że pacjent symuluje, żeby wcześniej dostać swój kawałek ziemi i wieść wygodne życie weterana. Do dwudziestu Jat służby brakuje mu już tylko dwu. Wychłostano go, bo doświadczenie wojskowej wiedzy medycznej mówi, że chłosta jest świetnym lekarstwem na liczne dolegliwości, których przyczyn trudno dociec. Jak na starego legionistę przystało, dzielnie zniósł chłostę, trzymając w zębach kawałek skóry, a mimo to władzy w ręku nie odzyskał. Przypuszczam, że jego chorobę określa się jako reumatyzm. To zawodowa choroba żołnierzy. Nas, oficerów, nęka ona jeszcze bardziej niż szeregowych, bo w czasie służby garnizonowej mamy wygodne kwatery, ale od czasu do czasu musimy spać na gołej ziemi, w zimnie i wilgoci.

– Nie przypominam sobie – ciągnął w zamyśleniu – aby Nazarejczyk przeklął kogoś z nas. Przeciwnie, wołał z krzyża do swojego ojca i prosił, aby nam wybaczył, ponieważ, jak mówił, nie wiemy, co czynimy. Pamiętam, jak pomyślałem wówczas, że bredzi. Przecież jego ojca nie było wśród patrzących.

– Nie rozumiem, co ma do rzeczy Longinus i kat legionowy? – powiedziałem zniecierpliwiony.

– Myślę, że ich wystraszył Nazarejczyk. To nie był zwykły człowiek. A od kiedy jeszcze ludzie dowiedzieli się, że wstał z grobu, tym bardziej się przerazili, bo w trakcie swego monotonnego żywota żołnierz wierzy w każdą pogłoskę. Im pogłoska jest bardziej pozbawiona sensu, tym łatwiej w nią uwierzyć. Później już nie trzeba dużo. Wystarczy, aby ciemną nocą spadła z hukiem tarcza ze ściany albo stary dzban z olejem sam się rozleciał i zawartość rozlała na podłogę, a już cały garnizon zrywa się na równe nogi i bogów wzywa na pomoc. Podobno takie same problemy mają Żydzi w mieście. Nikt już nie waży się spać samotnie. Dzieci budzą się w środku nocy i opowiadają, że ktoś obcy nachylał się nad pościelą i ręką dotykał ich twarzy. Inni znów twierdzą, że w nocy gorące krople kapią im na policzki, ale kiedy zapalają lampę, nie ma niczego. Podobno członkowie rady ciągle obmywają ręce. Ledwo raz obmyją, już zaczynają od nowa. Dokonują też przeróżnych rytuałów oczyszczających, zgodnie z najsroższą literą Prawa. Postępują tak nawet saduceusze, którzy nie są przesadnie pedantyczni. Ale mnie nic złego się nie stało. Nawet złe sny mnie nie trapią. A co z tobą?

– Ze mną? – powtórzyłem. – Ja szukam drogi.

Adenabar dziwnie na mnie spojrzał. Zdążył obciągnąć już pół dzbana wina i nawet nie pofatygował się rozcieńczyć go wodą, a mimo to nie widać było, żeby miał w czubie.

– Powiadają – rzekł – że dróg jest wiele i wiele prowadzi na manowce. Jakże ty, obywatelu Rzymu, chcesz znaleźć drogę, skoro sami Żydzi jej nie znają? Boję się, że zamkną przed tobą bramę i utkniesz w niej nosem.

– Tylko mi nie mów – krzyknąłem bardzo zdziwiony jego słowami – że znasz cichych i też szukasz drogi!

– Ależ dałeś się złapać! – wrzasnął. Potem parsknął śmiechem na cały głos, ręką klepnął kolano i dodał: – Nie myśl, że nie wiem, co w ostatnich dniach wyprawiałeś. Mam w mieście więcej przyjaciół niż ty. – I znowu zmienił ton, wyjaśniając: – Sądzę, że Rzymianie popełniają kardynalny błąd, latami trzymając ciągle ten sam legion w jednej prowincji. Ma to wprawdzie swoje dobre strony. Żołnierze poznają kraj, w którym mają utrzymywać porządek, a krajowcy zaprzyjaźniają się z legionistami i uczą ich swych zwyczajów. Po dwudziestu latach służby legionista dostaje działkę ziemi, zawiera małżeństwo z miejscową kobietą i uczy otoczenie zwyczajów rzymskich. Ale ani w Judei, ani tym bardziej w Jeruzalem nic takiego nie ma miejsca. Im dłużej obcokrajowiec tutaj żyje, tym bardziej albo się boi żydowskiego Boga, albo nienawidzi Żydów. Możesz mi wierzyć albo nie, ale nawet w gronie rzymskich oficerów, szczególnie w małych garnizonach, są tacy, którzy po cichu przeszli na wiarę żydowską i dali się obrzezać. No, ja do nich nie należę. Zdobyłem informacje o Żydach różnych sekt nie dla celów szpiegowskich, a żeby lepiej ich zrozumieć. Za nic nie chciałbym się dostać do królestwa ich przerażającego Boga.