Выбрать главу

– Pokój również tobie, Rzymianinie – pozdrowił mnie Zacheusz niezbyt przychylnie. Wyglądało na to, że całkiem zapomniał, jak podchmielony winem Szymona Cyrenejczyka obejmował mnie za szyję i całował. Mężczyzna, którego przyprowadził, cofnął się ujrzawszy Adenabara i zapytał:

– Kto to jest?

Mój syryjski gospodarz, który grzecznie przyprowadził gości aż do pokoju, powiedział od progu:

– To setnik z fortecy Antonia i mój dobry przyjaciel. Nie ma się co go obawiać. On rozumie Żydów i nie streficie się od niego bardziej niż ode mnie lub mego domu, skoro już tu weszliście.

– Więc jednak chytrze wciągnąłeś mnie w pułapkę. Tyś gorszy od judy Iskarioty! – zawołał obcy. Trzepnął w ucho Zacheusza i odwrócił się, żeby uciec, ale ja zabiegłem od przodu, mocno złapałem go za ręce i przytrzymałem, bo moim zdaniem źle zrobił, że tak złośliwie uderzył ułomnego.

Zacheusz pocierał twarz, ze strachem spoglądał na mnie i Adenabara i zapewniał:

– Gdybym wiedział, nigdy bym cię tu nie przyprowadził. Rzymianin jest przebieglejszy, niż myślałem. Uderz mnie z drugiej strony. Zasłużyłem na to.

Adenabar przyjrzał się Zacheuszowi i jego towarzyszowi i rzucił twardo:

– Wydaje mi się, Żydzie, że znam twoją łotrowską gębę. Inaczej tak byś się nie wystraszył na widok rzymskiego setnika. Czyżbyś był kompanem tego żydowskiego króla, któregośmy ukrzyżowali? Mówisz też jak Galilejczyk.

– Nie, nie, mylisz się, panie setniku – przestraszony Zacheusz zaklinał się w obronie swego towarzysza – To celnik i poborca podatkowy jak ja. Obydwaj jesteśmy gorącymi przyjaciółmi Rzymian, jak wszyscy pokój i porządek miłujący synowie Izraela.

– Nie zbieraj więcej grzechów na swoje sumienie, Zacheuszu – surowym głosem rzekł obcy. – Żaden z nas nie jest przyjacielem Rzymian. To prawda, jestem byłym celnikiem, ale żałowałem swoich czynów i ten grzech został mi odpuszczony.

– Pokój tobie – powiedziałem. Szybko puściłem jego rękę i masowałem ją zakłopotany, bo piekła mnie, jakbym się oparzył.

– Myślę, że wiem, kim jesteś. Nie bój się setnika, on nie chce twojej krzywdy. Przeciwnie, pragnie pojednać się z twoim panem, jeśli to jest możliwe.

– Nie wstydzę się imienia swego pana, bo kto jego się wyprze, tego on wyprze się w swoim Królestwie – obcy wyprostował się, spojrzał na mnie, potem na Adenabara. – Jestem Mateusz, jeden z dwunastu, których wybrał. Śmierć nie ma nade mną władzy. On da mi życie wieczne w swoim Królestwie, a was, Rzymian, zrzuci w otchłań. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

To było dla mnie coś nowego. Zdumiony krzyknąłem:

– Nie wiedziałem, że powiedział tak ostre słowa! Ale pokój tobie i niech będzie błogosławiona ta izba, skoro wyraziłeś zgodę na przestąpienie jej progu, apostole. Siadaj, i ty też, Zacheuszu, i opowiedz nam o swoim panie, bo pałam chęcią usłyszenia o nim czegoś więcej.

Mateusz ostrożnie usiadł, a Zacheusz w strachu prawie wcisnął się w jego objęcia; były celnik złośliwie spoglądał na Adenabara zwymyślał mu:

– Twój legion z pewnością otoczył dom w ciemności nocy. Nie podejrzewałem, że Rzymianie mogą wymyślić taką podłą zasadzkę.

– Mateuszu z Galilei – powiedział zdenerwowany Adenabar. Przestań całym złem obarczać Rzymian. Nawet prokonsul nie chciał skazać twojego nauczyciela. Żydzi zmusili go do tego. Co do mnie, nie kłócę się ani z tobą, ani z twoim królem, i możesz stąd uciekać, dokąd zechcesz, jeśli uda ci się ominąć straże. Bo może żydowska rada ma pretensje do ciebie, ale nie my, Rzymianie.

Sądzę, że Mateusz wyzbył się strachu, gdy zrozumiał, że jest u mnie bezpieczny i że nie czatujemy na jego duszę. Zwyczajem Żydów zhardział i rzekł wyniosłym tonem:

– Nie przyszedłbym do ciebie, Rzymianinie, gdybym dużo o tobie nie słyszał. Nie znając Prawa ani proroków ty, goj, nie obrzezany cudzoziemiec, szukasz podobno drogi, wprowadzasz w błąd nieświadome kobiety i szpiegujesz nas. Nie mogę tego wyjaśnić inaczej, jak tylko że jesteś człowiekiem opętanym albo magiem, który potrafi wprowadzić w błąd nawet Jana. Zejdź nam z drogi, idź w swoją stronę i nie mieszaj się do spraw, których nie możesz zrozumieć. Przyszedłem ci powiedzieć, żebyś więcej nie prześladował zaniepokojonych niewiast.

Te odpychające słowa głęboko mnie dotknęły. Omal się z nim nie pokłóciłem, przeszkodziło mi to, że musiałem patrzeć na niego. W jego twarzy, oczach i pomarszczonym czole dostrzegłem ten nieokreślony wyraz, jaki wydawał się cechą szczególną ucznia Jezusa, różniącą go od wszystkich innych ludzi. To jasne, że znał i rozumiał króla lepiej, niż ja kiedykolwiek będę mógł zrozumieć. Dlatego rzekłem z pokorą:

– Nie będę się z tobą spierał. Sądziłem tylko, że jego drogi otwierają się dla wszystkich, którzy chcą szukać w prostocie i pokorze serca. Miałem nadzieję, że brama się przede mną otworzy, jeśli będę gorliwie stukał. Wytłumacz mi chociaż, dlaczego objawił mi się w domu Szymona Cyrenejczyka?

Zacheusz też patrzył prosząco na Mateusza, ale oblicze apostoła skamieniało, gdy odparł:

– Nasz pan przybył odszukać zbłąkanych Izraela. Dlatego zaprosił mnie, gdy siedziałem w komorze celnej w Kafarnaum. Natychmiast wstałem i podążyłem za nim. Dla niego rzuciłem swój dom i towary, rodzinę też zostawiłem. Również Zacheusz był zbłąkanym Izraelczykiem, a Szymon Cyrenejczyk jest członkiem greckiej synagogi i niósł jego krzyż. Mogę pojąć, że ukazał się tamtym dwóm, ale nigdy nie uwierzę, że objawił się nie obrzezanemu Rzymianinowi! Może jesteś magiem i czarownikiem i usiłujesz zdobyć od nas informacje dla jakichś ciemnych celów. Może jesteś tym samym człowiekiem, o którym ślepy żebrak rozpowiada, iż kamień w chleb przemienił, używając bezprawnie imienia naszego Mistrza? W taki sam sposób zamąciłeś w głowach Szymona Cyrenejczyka i Zacheusza, bo wszystko, co wydarzyło się w domu Szymona, przypomina magię, a nie Królestwo.

– Tak, tak – potwierdził skwapliwie Zacheusz, kiwając głową

– byliśmy oszołomieni i pod silnym wrażeniem wszystkiego, co usłyszeliśmy. On wywołał w oczach Szymona Cyrenejczyka zjawę jego sługi Eleazara, choć tamten dopiero szedł z pola do miasta, i nakłonił Szymona, żeby nas upił mocnym winem, aż zupełnie zgłupieliśmy. Już prędzej wierzę tobie, Mateuszu, którego znam, niż Rzymianinowi. – Odwrócił się ku mnie i ciągnął: – Szymon Cyrenejczyk także zaczął rozsądnie myśleć i nie chce więcej o tobie słyszeć, bo nie jesteś zbłąkanym z Izraela. On ci źle nie życzy, chociaż swoimi czarami przyczyniłeś mu dużych strat majątkowych. Raczej przestań go nagabywać, bo rzeczywiście wielu jest ludzi wiodących na manowce.

Sądzę, że Mateusz zrozumiał moje przygnębienie i uszanował pokorę, gdy bez słowa sprzeciwu odwróciłem głowę, aby ukryć łzy. Wzruszony powiedział:

– Zrozum nas, Rzymianinie. Nie wyszukuję złych motywów twego postępowania, tylko próbuję wszystko wyjaśnić jak najlepiej. Może nie jesteś czarownikiem, może to mocny bies cię dręczy i każe ci powoływać się na imię naszego ukrzyżowanego nauczyciela? Przecież nie znasz ani jego, ani tajemnicy jego Królestwa. Przestrzegam cię, byś tego nie czynił, bo tylko nam, apostołom przez niego samego wybranym, dał władzę i moc uzdrawiania chorych i wypędzania szatana w jego imię. Przyznaję, że nie wytrzymaliśmy próby i wiemy, że przez naszą słabość utraciliśmy tę moc, ale wiemy też, że kiedyś ją odzyskamy. Do tego czasu możemy tylko czuwając i modląc się oczekiwać jego Królestwa.

Patrzył na mnie pełen wyrzutu i podniósł rękę w moją stronę. Odczułem jego moc, bo choć on sam negował jej istnienie, siedział daleko i nie dotknął mnie ręką, odniosłem wrażenie, jakby mocno mnie przytrzymał.