– Odtrącając ciebie – mówił – muszę powołać się na słowa Mistrza. Już z góry ostrzegał nas mówiąc: „Nie dawajcie psom tego, co święte". On nie przyszedł, żeby znieść Prawo i proroctwa, ale żeby je wypełnić. Zabronił nam chodzić do miast pogańskich, nawet do Samarii. Jakże więc możemy otworzyć jego drogę i prawdę przed tobą, Rzymianinie?!
Nawet nie czułem obrazy, chociaż rubasznym żydowskim zwyczajem nazwał psem mnie, obywatela Rzymu. Byłem tak głęboko przygnębiony, że powiedziałem:
– Myślałem, że mówił zupełnie inaczej, ale muszę ci wierzyć, bo przecież powołał cię na swego apostoła. Niechaj więc w twoich oczach będę psem, ale i psa się trzyma w pańskim domu, a pies słucha głosu swego pana i jest mu posłuszny. Wasze święte Księgi nie są mi, jak sądzisz, nie znane. Pozwól mi powołać się na tego króla Izraela, który powiedział, iż żywy pies jest lepszy od martwego lwa. Czy nie pozwolisz mi zająć bodaj miejsca żywego psa przed bramą Królestwa?
Nie wierząc własnym uszom Adenabar, który dotąd milczał, zerwał się na równe nogi, podniósł dwa palce jak ostrze miecza i krzyknął:
– Ty, obywatel rzymski, tak zgłupiałeś, że dopraszasz się miejsca psa przed drzwiami żydowskiego króla? Naprawdę jesteś omamiony i przewróciło ci się we łbie! Ta tajemna nauka zmartwychwstałego jest bardziej przerażająca, niż myślałem.
Zacheusz ze strachem przywarł do Mateusza, ale Adenabar nie odważył się ich tknąć. Przeciwnie, uspokoił się, przepraszająco uniósł otwartą dłoń i tłumaczył:
– Jestem żołnierzem, setnikiem. Nie byłem wrogiem twego pana, choć spełniając rozkaz czuwałem nad jego ukrzyżowaniem. Pogódź mnie z nim, a ja jestem gotów zwyczajem Żydów umyć ręce albo zniszczyć starą odzież, albo wydrapać przaśne ciasto ze szczelin podłogi i w ogóle zrobić wszystko, co tylko wymyślisz, abym się oczyścił. Nie chcę być skłócony z twoim panem ani nie zmierzam do jego królestwa. Najchętniej pójdę w pokoju swoją własną drogą.
Mateusz wyraźnie ucieszył się, gdy zrozumiał, że ani jemu, ani innym uczniom Jezusa ze strony Rzymian nic nie zagraża, przynajmniej gdyby to zależało od Adenabara. Rzekł:
– Powiedziano mi, że na krzyżu wybaczył Rzymianom, ponieważ nie wiedzieliście, co czynicie. Wprawdzie nie słyszałem tych słów, ale mówię ci: idź w pokoju.
– Tak, tak – gorąco przekonywał Adenabar – pewnie, że nie wiedziałem, co robię. Nawet gdybym wiedział, to jako żołnierz nie mógłbym postąpić inaczej. Twoje słowa przyniosły mi ulgę i sądzę, że i twój pan nie będzie szukał ze mną zwady.
Mateusz znowu odwrócił się do mnie, przetarł oczy i zmęczony powiedział:
– Nie wiem, co mam o tobie myśleć. Twoja pokora przemawia za tobą i nie mówisz jak opętany. – Wzniósł żarliwie ręce i walczył w duchu sam ze sobą, po czym stwierdził: – A jednak nie mogę uznać cię za swojego brata, ponieważ jesteś poganinem i Rzymianinem i jesz trefne pożywienie. Gdybyś był bodaj prozelitą! Frędzelki u twojego płaszcza nie uczynią z ciebie dziecka Izraela.
– Masz rację – potakiwał mu gorliwie Zacheusz, bijąc się dłonią w zapadniętą pierś – on nie jest zagubionym z Izraela, jak ja byłem! Sam Jezus uznał mnie za dziecię Abrahama, a ten człowiek jest gojem. Jakże może się dostać na łono Abrahama?
– Jeszcze wczoraj mówiłeś co innego – przypomniałem mu – nawet ręką objąłeś moją szyję i złożyłeś mi braterski pocałunek.
Ale już w chwili gdy mówiłem te słowa, zrozumiałem, jak mocno tych dwóch Żydów wiąże z Bogiem przymierze Izraela, które odrzuca wszystkich nie należących do tego przymierza. Zacheusz stał się w mych oczach obrzydliwy, zwłaszcza gdy zaczął się obłudnie wykręcać:
– Byłem zmęczony podróżą i do tego zmieszany tymi wszystkimi wydarzeniami w Jeruzalem, o których słyszałem. Skusiłeś mnie, abym pił mocne wino. Nie wiedziałem, co robię, ale teraz już dobrze wiem.
– Na twoim miejscu – rzekł do mnie ironicznie Adenabar – poprzestałbym na małej wierze. Dostałeś po uszach z jednej i z drugiej strony, a im bardziej kręcisz głową, tym więcej obrywasz. Uwierz wreszcie, że ich król nie dla ciebie zmartwychwstał.
– To moja głowa i mogę z nią robić, co mi się żywnie podoba. Tylko cesarz ma prawo pozwolić, aby ścięta mieczem spadła na ziemię – odparłem, bo jeszcze nie straciłem nadziei. – Idź w pokoju, Adenabarze, nie musisz się niczego obawiać.
– Wolę nie zostawiać cię bezbronnego w towarzystwie tych dwóch – odparł Adenabar.
– Nie, nie, to my pójdziemy. – Zacheusz ciągnął Mateusza za rękę. – Zostańcie we dwóch, Rzymianie. Wam nie po drodze z nami.
Ale nie puściłem ich. Odprowadziłem Adenabara, wróciłem do pokoju i ukorzyłem się do tego stopnia, że padłem na kolana przed bezlitosnym celnikiem, błagając:
– Zmiłuj się nade mną, ty, którego on zaprosił i wybrał! Czy coś ubędzie twojej nauce, jeśli okażesz przyjaźń mnie, twojemu bratu? Sądziłem, że nauczał miłosierdzia, a ty masz serce z kamienia! Resztki ze swego stołu bogacz rzuca psom, chociaż nimi gardzi. Naucz mnie!
Wyjście Adenabara uspokoiło Mateusza. Jego opór osłabł, usiadł ponownie i zakrył twarz rękoma. Nagle zrozumiałem, że dźwiga dużo cięższe brzemię niż ja. Zmienionym głosem zaczął mówić:
– Zrozum mnie i nie oskarżaj o okrucieństwo, bo to lamie moje serce, które już wcześniej pękło. Przecież jesteśmy jak owce, które stado wilków rozegnało w różne strony. Chociaż w potrzebie uciekamy się do siebie nawzajem, to każdy z nas czuje się zagubiony po stracie naszego pana. Och, Rzymianinie, dlaczego mnie męczysz? Nie możemy robić nic innego, jak tylko mocno bronić tego, co nam jeszcze zostało. Nawet w swoim gronie spieramy się i słowami ranimy nawzajem, Piotr mówi to, a Jan co innego, i nawet nie wszyscy spośród nas wierzą i pojmują jego zmartwychwstanie. Przychodzisz do nas w owczej skórze, ale skąd możemy wiedzieć, czy w środku nie okażesz się wilkiem? Z cierni nie zbierze się winogron. Jak po Rzymianach można się dobrego spodziewać? – Załamując dłonie, rozwijał swoje myśli: – Nakazał nam kochać tych, którzy nas prześladują. Ale jak człowiek może do tego dojść? Jeszcze powiedział: „Jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie!" Dopóki był wśród nas, wierzyliśmy mu, ale kiedy odszedł, opadliśmy z sił i błądzimy. Jak mamy odróżnić tego, kto właściwie pojął, od tego, co źle rozumie, kiedy jeszcze sami nie wyjaśniliśmy sobie wielu rzeczy?
– Ależ na pewno nauczył was właściwej modlitwy, zawarł z wami przymierze i ustalił misterium, które wiąże was z nim, bo przecież był nie tylko człowiekiem! – powiedziałem zrozpaczony.
– Popatrz, jaki jest ciekaw tajemnic, których nawet ja nie znam!
– Zacheusz ostrzegawczo uderzył Mateusza po ramieniu. – To szczwany lis, choć do owieczki podobny! Mnie też spił, żeby się wypytywać, jakie sekrety powierzył mi Jezus w moim domu.
Ale Mateusz nie zdenerwował się. Przeciwnie, wyglądało na to, że się uspokoił i zastanawia nad moimi słowami. Po chwili rzekł:
– Masz rację, cudzoziemcze. On rzeczywiście nauczył nas modlitwy i umocnił z nami więź. Ale nie mogę przekazać ci tego, co dał tylko nam. – Myślał, że tym mnie udobruchał, i zrobił się wręcz tkliwy. Uśmiechając się jak dziecko klasnął w dłonie i mówił: – On sam najlepiej wiedział, dlaczego nas wybrał. Zapewne dostrzegł w nas coś, co jest potrzebne do budowy jego Królestwa. Chociaż wtedy nie rozumieliśmy tego. Towarzysząc mu, byliśmy o siebie zawistni i kłóciliśmy się o jego nauki, i wciąż na nowo prosiliśmy, aby nam wyjaśniał lepiej swoje słowa. Jeszcze do dziś nie rozumiem, dlaczego szczególnie wyróżniał Piotra, Jakuba i młodego Jana, nauczając ich tego, czego innych nie uczył, i prowadząc ze sobą w góry, gdzie pozwalał widzieć to, czego pozostali nie widzieli. Dlaczego wybrał Judasza Iskariotę i powierzył mu opiekę nad naszą kasą, tego też nie rozumiem, ale na pewno miał ku temu swoje powody. – Mocno ściskając dłonie wpatrywał się przed siebie i tłumaczył: – Jako celnik umiem czytać i pisać po grecku, obliczać skomplikowane rachunki i używać różnych miar i wag. Dlatego w dalszym ciągu muszę w duchu skrupulatnie mierzyć i ważyć, co się mówi i co się dzieje. Ponieważ nie mam nowych miar, muszę stosować stare. Taką starą miarą jest miara Mojżesza, proroków i świętych ksiąg, a przecież nie można nią mierzyć poganina. Nie, nie potrafię tego, choćbym nie wiem jak chciał. Jednak czuję brzemię w sercu, bo właśnie z uwagi na takie właściwości, dzięki którym on mnie wybrał, szczególnie mocno zapamiętałem jego słowa: „Taką miarę, jaką mierzycie, wam odmierzą". Przeczuwam, że sam dał nam nową miarę, ale jaka ona jest, tego nie pojmuję. Dlatego muszę wciąż wracać do starych miar, których uczyłem się od dziecka.