Te słowa zapadły mi w pamięć. Wspomniałem mego dobrego nauczyciela z Rodos, który uczył mnie, że miarą wszystkiego jest człowiek. Dlatego aż do dziś jedynym miernikiem życia i faktów są niedoskonałość, nieufność i omylność. Ta nauka uczyniła mnie wyrozumiałym na słabości innych i moje własne, a także przekonała, że w duchu nigdy nikogo nie mogę surowo osądzać. Człowiek może dążyć do dobra, ale jego spełnienie, czyli osiągnięcie pełni szczęścia, nie jest możliwe, bo jest tylko człowiekiem. Świadomość tego przygnębiała mnie, lecz jednocześnie umożliwiała obiektywne patrzenie na siebie i dążenie do utrzymania równowagi. Rację mają stoicy, że przesada w spełnianiu dobra jest równie uciążliwa jak zbytek rozkoszy. Przez swój temperament nigdy nie znajdowałem złotego środka, tylko przechodziłem z jednej skrajności w drugą. Ale uważam, że same dobre chęci są wystarczającą miarą człowieka.
Teraz słowa Mateusza oświeciły mnie jak błysk płomienia. Odgadłem, że Jezus Nazarejski naprawdę przyniósł ze sobą na świat nową miarę! Jako człowiek i syn Boga zarazem, wędrował po ziemi i wrócił zza grobu, aby poświadczyć swoje boskie pochodzenie. Nowa miara dana przez człowieka byłaby tylko jeszcze jedną więcej w gromadzie innych, podlegających dyskusjom, natomiast dana przez niego, nie może być rozpatrywana rozumem ani stanowić przedmiotu sporu, tylko będzie jedyną prawdziwą miarą, której przyswojenie może ocalić człowieka.
Ale jaka jest ta nowa miara? Skąd mogłem wiedzieć, jeśli wybrany przez niego apostoł czegoś takiego dopiero się domyślał? I czy nie jest ona przeznaczona tylko dla Żydów, którzy uważają się za naród wybrany przez Boga, i w ten sposób izolują się od innych narodów? A przecież właśnie Żydzi odrzucili swego króla.
Mateusz jakby towarzyszył moim myślom, bo powiedział:
– Błądzimy po omacku między starym i nowym i jeszcze nie rozumiemy jego Królestwa. Wierzyliśmy, że wybrał nas dwunastu do władania dwunastoma plemionami Izraela. Poprzez mesjasza Izrael ma zawładnąć wszystkimi narodami świata. Przecież nie możemy odstąpić od naszych proroków ani Ksiąg. Ta sprzeczność jest za duża, żebyśmy mogli ją zrozumieć. On sam, kiedy oczyszczał Świątynię, nazwał ją domem swego ojca. Jak możemy odrzucić przymierze, które Bóg zawarł z Abrahamem i Mojżeszem? Cały Izrael by się rozpadł. Dlatego nie wolno nam otworzyć jego drogi dla ludzi postronnych i pogan. Równie dobrze moglibyśmy jeść niekoszerne potrawy. Idź precz, szatanie!
– Przez jakiś czas służyłem Rzymianom i poznałem ich – dorzucił Zacheusz. – Dlatego moje wyzwolenie było tak wspaniałe! Cudownie było wrócić z błędnej drogi na łono Abrahama! Przestań już nas dręczyć! Mamy dość innych spraw, które trzeba wyjaśnić.
Spojrzałem na tego kalekę, ale kiedy dostrzegłem jego zadowolenie z siebie, zrozumiałem swoją pychę, więc powiedziałem:
– Niech będzie, jak sobie życzycie. Ukorzyłem się przed wami jak pies, ale was obydwóch dręczy żydowska chciwość. Chcecie skrupulatnie skryć wszystko przed innymi, chociaż sami jeszcze nie rozumiecie, co się wydarzyło. Ja też nie rozumiem. Jeśli jednak Bóg rodzi się jako człowiek, cierpi i umiera jako człowiek, a potem wstaje z martwych, musi to dotyczyć każdego człowieka na ziemi, a nie tylko was, Żydów. Dlatego zamierzam nadal badać jego zagadkę i szukać go, jeśli nie razem z wami, to bez was. Idźcie w pokoju.
Mateusz podniósł się do wyjścia, a Zacheusz przykleił do niego, spoglądając na mnie z nienawiścią. Ale Mateusz nie był zły. Pocierając czoło ręką powiedział:
– Nie mogę pojąć twoich myśli. Może naprawdę nie rozumiem, co się wydarzyło? Czy Bóg Izraela chciałby przenieść przymierze na wszystkie narody, aby nikt więcej nie był zgubiony? Nie, nie, przecież Jezus powiedział za życia, że wielu jest zaproszonych, ale mało wybranych! – Gorączkowo pocierał twarz i ciało, jakby chciał zetrzeć z siebie pajęczynę, i wołał: – Nie, nie, to jest pokusa, przekleństwo! Sam nas ostrzegał i mówił, że wcale nie każdy, kto uznaje go za Pana, wejdzie do Królestwa. Dokładnie pamiętam jego słowa: „Wielu powie mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!" Te słowa osądzają ciebie, choćbyś w jego imieniu nie wiem jakie czary wyczyniał. Sam sobie tylko zaszkodzisz, a nie nam, których on znał i zna.
Zatrząsłem się ze strachu, gdy przypomniałem sobie, jak po spotkaniu ślepca na drodze spróbowałem swojej siły w jego imieniu i jak kamień przemienił się w ser w ręku żebraka. Ale przecież nie miałem wówczas żadnych złych zamiarów! Dlatego ufałem, że Jezus Nazarejski wybaczył mi ten czyn, chociaż jego uczniowie by mi nie wybaczyli. Zrozumiałem także, że nie miałem prawa w jego imieniu wzywać mocy, skoro nie znałem go tak jak ci, których wybrał. Dlatego powiedziałem pokornie:
– Wyznaję, że nie znałem go wystarczająco. Nie miałem prawa używać jego imienia. Dałeś mi dużo tematów do myślenia. Chyba Jezus Nazarejski nie jest tak czuły i miłosierny, jak myślałem, skoro każe mi wyłupić z głowy oko lub odciąć rękę, aby go móc naśladować. Czy na pewno dobrze zrozumiałeś, czy naprawdę tak powiedział?
– Nie sądzę, aby mój pan czegokolwiek od ciebie wymagał, skoro jesteś poza nami, obcy, i będziesz potępiony – rzekł Mateusz. – Nie wierzę, aby było dla ciebie miejsce w jego Królestwie, zanim nie uznasz Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, a także Pisma, i dopiero wtedy pójdziesz szukać jego drogi.
Zastanawiałem się nad jego słowami, gdy wyszedł już za próg, prowadząc za sobą Zacheusza. Zrozpaczony zawołałem za nimi:
– Gdybym ci mógł uwierzyć, człowieku! Przecież zdarzało się już w Rzymie, że jakiś obywatel z miłości do bogatej Żydówki pozwolił się obrzezać i podporządkował się waszemu jarzmu. Ale sądzę, że droga Jezusa Nazarejskiego jest czymś więcej niż najpiękniejsza kobieta z bogatym wianem. Gdybym znalazł jego Królestwo, byłbym na pewno gotów zrobić wszystko, w głębi serca czuję jednak jakiś opór i nie wierzę ci. Sam przyznajesz, że wracasz do starych miar, bo jeszcze nie rozumiesz nowej.
Ale Mateusz już owinął się płaszczem, zakrył głowę i zszedł po ciemku schodami, zabierając ze sobą Zacheusza. Żaden nie życzył mi pokoju. Kiedy wyszli, rzuciłem się na łóżko tak przygnębiony, że pragnąłem śmierci. Obydwiema rękami ściskałem głowę i sam siebie pytałem, kim właściwie jestem i w jaki sposób zaangażowałem się w to wszystko. Trzeba uciec z tego upiornego miasta, gdzie nic się nie dzieje tak, jak gdzie indziej, i którym włada Bóg bez wizerunku. Wszyscy okazują mi antypatię i odtrącają z racji pochodzenia. Niepojęte Królestwo Jezusa Nazarejskiego nie jest dla mnie. Gdybym zabrał swoje manatki i wyjechał do rzymskiej Cezarei, mógłbym znaleźć do syta rozrywek w teatrze czy cyrku, czy w grze na wyścigach.