Выбрать главу

W trakcie tych rozmyślań jakby w omamie zobaczyłem siebie samego, jakim mógłbym być po latach. Widziałem siebie z zewnątrz: otyłe cielsko i opuchniętą twarz, łysinę na głowie i bezzębne usta, które tysięczny raz tymi samymi słowami powtarzają ciągle tę samą opowieść. Byłem unurzany w winie i rzygowinach, a otaczali mnie fleciści i ladacznice, które na próżno usiłowały pobudzić do życia otępiałe zmysły. Oto jaka będzie moja przyszłość, jeśli zrezygnuję i wyjadę, aby nadal szukać „złotego środka". A potem płomienie stosu pogrzebowego. I popiół. I mrok.

Nie buntowałem się przeciwko tej halucynacji, chociaż była bardziej obrzydliwa i wstrętna, niż wynikało z mojej dotychczasowej filozofii. Mogłem ją zaakceptować, tyle że wcale mnie nie pociągała. Dano mi wszakże alternatywę. Tę, która przywiodła mnie z Aleksandrii i Joppy na wzgórze straceń przed bramą Jeruzalem, a potem do pustego grobu. Tej prawdy nikt nie mógł mi zabrać. Znowu dochodziłem do przekonania, że to nie była bezcelowa wędrówka, że wciąż mogę w jakiś sposób zaświadczyć o czymś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca!

Jego Królestwo istnieje nadal na ziemi, skoro wstał z grobu. Mimo osamotnienia, mimo wrogości upiornego miasta, poczułem niemal namacalną bliskość tego Królestwa, oddalonego ledwie o wewnętrzny impuls. Zapragnąłem głośno wezwać Jezusa Nazarejskiego, syna Bożego. Nie odważyłem się na to. Nagle uświadomiłem sobie coś, co poraziło mnie do tego stopnia, że zerwałem się z łoża. Mianowicie że gdyby jego uczniowie mnie nie odtrącali, tylko przyjęli do swego grona, nauczali i używali wszelkich sposobów, bym uwierzył w czynione przezeń cuda i w zmartwychwstanie, to na pewno wątpiłbym w duchu, zadawał im podchwytliwe pytania i usiłował doszukiwać się sprzeczności w ich słowach. Natomiast nieprzychylny opór uczniów utwierdza mnie w upartej wierze w istnienie Królestwa i w zmartwychwstanie Jezusa Nazarejskiego do tego stopnia, że co do tych najbardziej niewiarygodnych spraw nie ma już we mnie żadnych podejrzeń – uznaję je za fakt bezsporny. Oni otrzymali za wiele na raz, aby mogli wszystko przetrawić. W porównaniu z nimi ja otrzymałem mało, zaledwie okruchy, ale w to, co otrzymałem, głęboko wierzę! Dotychczasowe życie i uprawiana filozofia przygotowały mnie do ogarnięcia nowej miary, ponieważ z jednej strony już mnie nie zadowala przyjęcie człowieka za najwyższą miarę wszystkiego, a z drugiej – nie ciąży na mnie jarzmo żydowskich praw i obyczajów. Nie ma nic, co hamowałoby mego ducha!

W lampce oliwa wypaliła się do końca, płomień zbłękitniał, zamigotał i zgasł. W nozdrzach poczułem swąd spalenizny. Nie przestraszyłem się ciemności, choć tak bywa, gdy lampa nagle gaśnie. Ciemność była poza mną. Zamknąłem oczy i stwierdziłem, że w moim wnętrzu panuje jasność. Czegoś takiego nigdy dotąd nie doświadczyłem! Miałem jakby drugie oczy wewnątrz siebie. Te drugie, wewnętrzne oczy widziały jasność, gdy zakryte powiekami – ciemność. Przypomniał mi się spotkany ogrodnik i jego słowa: „Ja znam swoich, a oni mnie znają". Pokorny i drżący powiedziałem głośno z zamkniętymi oczyma: „Nie śmiem powiedzieć, że cię znam, ale z całego serca chciałbym poznać i pragnę, abyś i ty mnie poznał i nie odtrącił".

W ciszy, która nastąpiła, odczułem pewność, że cokolwiek się stanie, będzie tym, co powinno się stać, i że niczego nie zwojuję niecierpliwością. Muszę podporządkować się i czekać. Czas się jakby zatrzymał, jakby razem ze mną zastygł w oczekiwaniu cały świat.

Z zapamiętania wyrwało mnie dotknięcie ręki. Drgnąłem i otworzyłem oczy. Wciąż siedziałem na skraju łóżka. To mój syryjski gospodarz wszedł do pokoju z lampą w ręku i dotknął mojego ramienia. Postawił lampę na podłodze i kucnął przede mną. Zaniepokojony potrząsał głową, macał brodę i pociągał kolczyk w uchu. W końcu spytał:

– Co cię gnębi? Czy jesteś chory, że mruczysz do siebie po ciemku? To kiepski znak! Boję się, że twoi żydowscy goście tak cię zaczarowali, że już nie jesteś sobą.

Dopiero jego zatroskane słowa w pełni wróciły mnie do rzeczywistości. Nadal byłem w dobrym nastroju, więc wybuchnąłem wesołym śmiechem, poklepałem go po łysinie i zapewniłem:

– Absolutnie nie jestem chory, ba! jestem zdrowszy niż kiedykolwiek, bo w końcu zrozumiałem, że proste życie jest lepsze niż skomplikowane, i nie męczą mnie już dokuczliwe myśli. Żydowscy goście dali mi całkowity spokój i wcale nie chcą mieć ze mną do czynienia. Nie masz się co o mnie niepokoić, wyleczyłem się z moich zmartwień.

Moja wyraźna radość uspokoiła Karanthesa, ale poskarżył się:

– Ten mały Żydek przeklinał na moim progu, a obydwaj wzniecili niepokój w całym domu: dzieci płakały przez sen, a kiedy sam próbowałem zasnąć, czułem się tak, jakby na mnie padał deszcz. Dlatego przyszedłem zobaczyć, jak się miewasz. Przyniosłem też drugą lampę, żebyś się nie bał ciemności.

– Wydaje mi się, że nigdy już więcej nie będę się bał ciemności i że nigdy nie będę już samotny nawet wtedy, kiedy będę zupełnie sam. Ten świat jest kapryśny, ale nie mam ochoty rozważać jego kaprysów. Kiedy ogarnęło mnie przygnębienie i przygasłem jak ta lampka, w której olej się skończył, w moim wnętrzu rozbłysło światło. Jestem tak niewypowiedzianie radosny, że mam ochotę poskubać cię za brodę, aby i ciebie rozweselić.

– Zbuduj sobie dom, posadź drzewa, weź żonę i spłodź z nią dzieciaki, a wtedy twoja radość będzie pełna. Dopiero będziesz wiedział, że żyjesz.

– Na wszystko przyjdzie czas. Sądzę, że dla mnie jeszcze nie nadeszła pora, bym uczynił, co proponujesz.

Nie chciałem psuć nastroju, rozmawiając z nim o Jezusie Nazarejskim. Natomiast powiedziałem, że strasznie zgłodniałem, bo jedzenie mi nie smakuje, gdy piszę. To ucieszyło go ogromnie. Zeszliśmy razem na dół, gdzie spała jego rodzina, wyciągnęliśmy na stół chleb, oliwki i sałatę, razem jedliśmy i wypiliśmy tyle wina, że Karanthes zaczął chichotać.

LIST OSMY

Marek do Tulii.

Trwa we mnie radość. Myślę, że to radość wyzwolenia, ponieważ już się nie muszę zadręczać zbytecznymi pytaniami ani zawiścią, że u innych coś się dzieje, a ja w tym nie mam żadnego udziału.

Kiedy spisałem wszystkie minione wydarzenia, zacząłem spacerować po zaułkach Jeruzalem. Oglądałem pracę kotlarzy, tkaczy i garncarzy. Pozwoliłem przewodnikom oprowadzać się po pałacu Hasmoneuszy i wdrapałem się na budowane właśnie wieże pałacu Heroda, a także na odwieczne stare wieże, w których mieszkają już tylko nietoperze. Odwiedziłem dziedziniec Świątyni i jakiś czas spędziłem na forum, udałem się również poza miasto, aby popatrzeć na Jeruzalem ze stoków gór. W mieście życie toczy się normalnie, jakby nic się nie wydarzyło. Większość mieszkańców wnet zapomni o Jezusie Nazarejskim i jego straszliwej śmierci, nie będzie chciała, żeby ktokolwiek o nim wspominał.

Zmęczyło mnie to żydowskie miasto, którego obyczaje są mi obce i w którym nie widziałem już nic szczególnego, nawet w Świątyni, choć jej sława jest tak ogromna. W istocie wszystkie wielkie miasta są do siebie podobne, różne są tylko obyczaje ich mieszkańców. Także najsławniejsze świątynie są identyczne, choć zmieniają się ofiary i formy posługi. Charakterystyczny jest zwyczaj zbierania datków. Żydzi sprzedają w przedsionku Świątyni święte zdania z żydowskich ksiąg zawarte w kunsztownych futerałach, które przywiązuje się do ręki lub czoła; moim zdaniem ten obyczaj niewiele się różni od sprzedawania w Efezie miniaturek posągu Artemidy lub talizmanów.