– No właśnie – potwierdził entuzjastycznie. – Nawet małe trudności czynią kobietę rozdrażnioną i kapryśną. Wątpliwe też, abyś się cieszył, gdy zobaczysz jej białą skórę pogryzioną przez robactwo. Pozwól, że zanim przemyślisz sprawę, dam jej podarunek.
Wyszedł z pokoju i wrócił z pięknym greckim lusterkiem, na którego odwrocie znajdowało się wyobrażenie satyra obejmującego opierającą się nimfę. Było to pięknie oszlifowane, zapewne drogie lusterko, toteż przyjmując je zaciągnąłbym dług wdzięczności, a tego wcale sobie nie życzyłem, Arystenos jednak siłą wcisnął mi je do rąk i rzekł:
– Nie bój się, to nie jest zaczarowane zwierciadło, ale skieruje ku tobie sympatyczne myśli twojej przyjaciółki, kiedy najpierw się w nim przejrzy, a potem ujrzy satyra. Powiadają, że istnieją lustra, które zabijają, kiedy się w nie spojrzy. Rozsądny człowiek w nic takiego nie wierzy, najlepiej jednak zachować ostrożność. Dlatego z całego serca życzę ci, abyś w czasie podróży nawet przypadkiem nie zerknął do takiego zwierciadła i nie ujrzał niczego, czego człowiekowi widzieć nie wypada.
Nie dając mi czasu na przemyślenie sensu tych słów, zaczął liczyć na palcach, po czym obwieścił, że będę potrzebował kucharki, służącej dla mojej przyjaciółki, woźnicy, bagażowego, obozowych, a wywód ten zakończył słowami:
– Sądzę, że dwanaście osób wystarczy. Taka grupa nie wzbudzi niczyjej uwagi, a jest konieczna z uwagi na twoją pozycję.
W duchu widziałem już tę rozpaplaną, kłócącą się, wrzeszczącą i śpiewającą świtę, świadomy, że nie potrafię utrzymać w niej dyscypliny. Wizja ta wzbudziła mój sprzeciw, toteż odparłem:
– Nie unikam wydatków, ale moim luksusem jest samotność. Zaproponuj coś lepszego, a w każdym bądź razie zabierz z powrotem lusterko. To bezwstydne malowidło jest nawet śmieszne, tyle że nie sądzę, by podniosło mój autorytet w oczach Żydów.
Bez słowa zabrał zwierciadło i powiedział:
– Już wiem, co zrobimy. Pracuje u mnie od czasu do czasu niejaki Natan. Jedyną jego wadą jest milkliwośc, ale to człowiek godny zaufania, zna tereny Judei i Dekapolii, Samarię i Galileę. Gdy wyjmowałem to lustro, widziałem go na dziedzińcu. To oznacza, że chce pracy. Nie mam dla niego żadnych poleceń, a nie chcę, żeby co dzień siadywał na podwórku i czekał, bo jego milczenie denerwuje służbę. Wiem, że prowadził karawany aż do Damaszku. Wyjaśnij mu, dokąd chcesz się udać i jak podróżować, a on wszystko zorganizuje jak najlepiej. Bez obawy możesz mu wręczyć sakiewkę, żeby opłacał noclegi. Nie marnuje języka na targowanie się, ale też nie płaci, ile żądają. Poza tym nie bierze żadnej prowizji od właścicieli zajazdów, bo wystarcza mu umówione wynagrodzenie.
– Takiego człowieka mi potrzeba – przyznałem, choć obawiałem się podstępu ze strony Arystenosa. Śmiejąc się bankier wyprowadził mnie na dziedziniec i pokazał mi Natana. Siedział bosy w słonecznym skwarze, miał włosy krótko ucięte, a na sobie niegdyś białą krótką opończę. Kiedy podniósł na mnie wzrok, zobaczyłem najsmutniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Nie wiem dlaczego, ale od razu poczułem do niego zaufanie.
Prosiłem Arystenosa, aby przedstawił Natanowi moją sprawę, lecz on tylko się zaśmiał. Wrócił do kantoru i rozkazał, aby rachmistrz odliczył mi do sakiewki potrzebne na podróż pieniądze i napisał polecenie wypłaty gotówki do znajomego bankiera w Tyberiadzie. Wyglądało na to, że chce umyć ręce od całej sprawy, jednakże gdy jeszcze raz spojrzałem na Natana, upewniłem się, że nie może być niczyim szpiegiem.
– Ty jesteś Natan, a ja Marek, Rzymianin – powiedziałem.
– Jadę w towarzystwie niewiasty do Tyberiady i chcę podróżować zupełnie zwyczajnie, nie wzbudzając, na ile to możliwe, niczyjej uwagi. Zapłacę ci wedle twego życzenia, a na czas podróży powierzę ci sakiewkę.
Natan spojrzał najpierw na moją twarz, potem na nogi, jakby szacował moją sprawność. Nic nie powiedział, tylko skinął potakująco głową. Zauważyłem jednak zdziwienie na jego twarzy.
– Myślę, że wystarczą nam trzy albo cztery osły – ciągnąłem.
– Moja towarzyszka i ja potrzebujemy też mat do spania i naczyń. Postaraj się o to, co uważasz za niezbędne, i koło południa przyjdź do domu Karanthesa, handlarza starzyzną, w zaułku obok pałacu Hasmoneuszy.
Kiwnął ponownie głową i wypuścił z rąk do połowy okorowaną gałązkę. Gdy zobaczył, że upadła na ziemię korą do góry, skinął głową po raz trzeci. Rzeczywiście nie był gadatliwy. Po wypytywaniach Arystenosa byłem zadowolony, że ten człowiek o nic nie pytał. Poszedłem do kantoru pożegnać się z bankierem. Przygotował oficjalny blankiet rachunkowy i polecił, żeby rachmistrz wręczył mi sakiewkę i polecenie wypłaty_
– Szczęśliwej podróży-życzył. – Po twoim powrocie spotkamy się jeszcze w Jeruzalem.
Wróciłem na dziedziniec i podałem sakiewkę Natanowi. Zważył ją w ręku i umocował sobie za pasem, chwilę zastanowił się, spojrzał na pozycję słońca, po czym wyszedł z podwórka. Cała nasza umowa i jego zachowanie tak odbiegało od handlowych obyczajów Wschodu, że byłem zupełnie skonsternowany. Mimo wszystko wydawało mi się, że ten człowiek mnie nie zwiedzie.
Teraz udałem się do części miasta między murami, gdzie w ciemny wieczór szedłem za mężczyzną niosącym dzban wody. Krętymi zaułkami i schodami wchodziłem coraz wyżej, aż po dłuższym poszukiwaniu odnalazłem właściwą bramę. Mimo mocnego postanowienia, że więcej nie będę się zwracał do apostołów, którzy mnie odtrącili, chciałem jednak w miarę możności upewnić się, że naprawdę opuścili miasto.
Poznałem duży dom, w którym gościłem. Jego masywna brama otwarta była na oścież, lecz na podwórku nikt się nie kręcił. Nagle ogarnął mnie niezrozumiały strach. Nie odważyłem się wejść do środka. Niepewny przechodziłem obok domu i po własnych śladach wracałem, by jeszcze raz go minąć. Do środka jednak wejść nie mogłem. W żaden sposób nie mogłem.
Po dłuższym wahaniu odwróciłem się, żeby wracać, chociaż byłem zły i sam siebie oskarżałem o brak odwagi. Równocześnie dziwiłem się, że tak tu pusto, bo minęło mnie zaledwie kilku przechodniów. W pobliżu muru usłyszałem monotonny stukot. Siedzący na ziemi żebrak próbował zwrócić moją uwagę uderzając laską o kamień, ale był zbyt dumny, aby do mnie przemówić.
Zdążyłem się już przekonać, że najmądrzej jest nie dawać jałmużny, inaczej żebracy stają się natarczywi i nie sposób się od nich uwolnić. Ale ten jednonogi kaleka nic nie mówił, tylko na mnie patrzył, a gdy stwierdził, że go zauważyłem, przestał uderzać laską o kamień. Musiałem się zatrzymać i rzucić mu monetę.
Podniósł ją bez podziękowania, po czym zapytał:
– Czego tutaj szukasz, przybyszu? Gdy siedzę na ziemi, widzę wiele, nawet to, co nie wszyscy chcieliby zobaczyć.
– W takim razie podaj mi hasło, jeśli możesz – poprosiłem.
– Wyposażenie na drogę i szybkie odejście to jedyne hasło, jakie znam. Ruszyli już przecież ci, co w dzień niechętnie pokazywali swoje oblicza. O ile wiem, są to rybacy i widocznie spieszyli się do sieci. Czy hasło ci pasuje?
– Pasuje lepiej, niż myślisz – powiedziałem uradowany i dorzuciłem mu jeszcze drugi pieniążek. Z roztargnieniem podniósł go z ziemi, przyglądając się mojej twarzy, jakby mnie rozpoznawał. Nagle zapytał:
– Czy nie jesteś tym człowiekiem, który pewnego wieczoru odprowadził ślepca i oddał mu własny płaszcz w pobliżu Bramy Wodnej? Jeśli tak, to radzę ci, byś także kupił sieci i poszedł za innymi. Może być bogaty połów.
– Kto ci kazał to powiedzieć? – spytałem ze ściśniętym gardłem i roztrzepotanym sercem.
– Nikt mi niczego nie kazał mówić. Powiedziałem to z rozżalenia, bo gdybym miał obie nogi, też bym poszedł z pielgrzymką do Galilei.