– Nie mówisz jak żebrak – zauważyłem.
– Nie zawsze byłem żebrakiem – odparł wyniośle. – Znam Pismo! Beznogi człowiek siedzący w ulicznym brudzie łatwiej zrozumie i uwierzy w to, czego ludzie zdrowi i o całych członkach nie pojmują. Przez własną głupotę nieraz obrywałem po gębie. Teraz też lepiej byłoby, gdybym milczał, lecz nie mogłem oprzeć się pokusie, gdy tak krążyłeś lękliwie wokół domu, który i ja z daleka oglądałem. j, – Więc do Galilei! Umacniasz moją nadzieję.
– Do Galilei! – powtórzył z entuzjazmem. – A jeśli go spotkasz, proś, żeby pobłogosławił również nas, tych najmniejszych, którymi pomiatają wszyscy.
– Z pewnością jesteś bliżej jego Królestwa niż ja – dotknąłem ręką jego ramienia i dłoni – chociaż mam zdrowe nogi i mogę wędrować jego śladami do Galilei. Pobłogosław mnie i moją podróż, bo chcę być cichy i pokornego serca.
Uśmiechnął się zatroskany i patrzył poprzez mnie gdzieś w dal. Śpiewnym głosem wyrecytował po hebrajsku i po aramejsku, abym zrozumiał:
– Wiem, że Zbawiciel żyje i żył będzie do końca świata. A kiedy moja powłoka cielesna zostanie ze mnie zdarta, wtedy ujrzę Boga.
Nic już nie dodał, tylko zakrył głowę i pochylił się aż do ziemi. Ja zaś nie ośmieliłem się więcej do niego mówić. Zastanawiałem się nad różnicą między ślepcem, którego kiedyś odprowadzałem, a tym beznogim żebrakiem. Nieszczęście uczyniło ślepca złym i zawistnym, ten zaś człowiek, który wszystko stracił, całą nadzieję złożył w przyszłości, jakby wszystko, co przedtem posiadał, tylko oddalało go od jego Boga. Zaakceptował swoje oczekiwanie w pyle ulicy, ponieważ nie mógł udać się do Galilei. Na jego przykładzie lepiej niż dotychczas zrozumiałem pokorne oczekiwanie cichych.
Tak rozmyślając schodziłem do przedmieścia. Gdy zbliżałem się do domu Syryjczyka Karanthesa, czułem wprawdzie zmęczenie nóg, ale radość oczekiwania rozgrzewała moje serce, a w duszy jak pieśń i hymn tryumfalny dźwięczały mi słowa: „Do Galilei! Do Galilei!" O niczym innym nie potrafiłem myśleć.
Nie mogłem od razu wejść do swojego pokoju, musiałem usiąść na progu i czekać, ponieważ żona gospodarza wraz z córką ubierały na górze Marię. Karanthes wyjaśnił:
– Niewiasty są niewiastami i nie mogły się oprzeć, gdy ujrzały piękne stroje i ozdoby. Dzięki nim moja żona przekonała się, że Maria z Beeret nie jest ladacznicą, lecz nieszczęśliwą dziewczyną, której ty chcesz zapewnić przyzwoity wygląd.
– Zdaje mi się, że w tym świętym mieście zatraciłem poczucie cnoty i przyzwoitości. Dzień w dzień dym ofiarny wznosi się ze Świątyni do nieba na cześć bezpostaciowego Boga, jakby ofiary i obrzędy oczyszczające mogły pogodzić człowieka z Bogiem, który jest tak święty, że jego imienia nie wolno głośno wymawiać, jeśli dobrze zrozumiałem. Tutaj pobożni są zbyt pobożni, a złoczyńcy we frędzelkach i szatach rytualnych ukrywają swoje odrażające czyny. Grzeszną Marię darzę większym szacunkiem niż biało odzianych kapłanów w Świątyni, ponieważ uznaje siebie winną swych grzechów.
– A czym w końcu jest grzech? – spytał filozoficznie Karanthes.
– W miastach syryjskich młode niewiasty zarabiają na swój posag lub służą bogini czyniąc to samo, co ta przyciśnięta biedą Żydówka, która nie potrafiła nic innego. Kapłani nakazują grzesznicy wymazać się kałem i siedzieć przez określony czas na skraju drogi, żeby ludzie się z niej natrząsali, ale nie rozumiem, w jaki sposób może to kogoś oczyścić z grzechów. Tak samo nie rozumiem, dlaczego kapłani Matki-Ziemi uważają, że odnoszą nad sobą zwycięstwo, kiedy w ekstatycznym tańcu tracą rozum i kaleczą swoje ciało, a niektórzy nawet się kastrują na cześć bogini. Chyba jestem nieszczęśliwym człowiekiem, bo żyjąc tu, w Jeruzalem, odwykłem od swoich bogów, natomiast boję się żydowskiego Boga bezpostaciowego. No, tak bardzo nieszczęśliwy nie jestem, przynajmniej dopóki interes idzie, dzieci rosną, a żonie wystarczy, gdy rano i wieczorem mi dokuczy, i jeszcze raz w południe, aby mi przypomnieć, że jestem śmiertelny.
Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo jego żona i córka zawołały z tarasu i radośnie trajkocząc zaprosiły, bym popatrzył na narzeczoną. Zaskoczony zmianą ich nastawienia, wszedłem na górę i ze zdumieniem obejrzałem Marię z Beeret. W nowych szatach wyglądała jeszcze młodziej niż wieczorem. Miała też na sobie ozdobiony świecidełkami pas, na czole piękną przepaskę, na szyi naszyjnik z różnokolorowych kamieni, w uszach ogromne kolczyki, łańcuszki na kostkach nóg. Powitała mnie rozgorączkowaną z wrażenia twarzą i pytaniem:
– Dlaczego ubierasz mnie jak córkę bogacza, która wybiera się na ucztę? Umyli mnie, namaścili, uczesali… Kwefem będę mogła zasłaniać twarz w czasie podróży, a płaszczem owinę się cała, aby nie pobrudzić sukien.
Zakwefiła twarz, otuliła się płaszczem i defilowała przede mną, pobrzękując ozdobami. Wzruszył mnie jej dziecinny zachwyt, bo naprawdę włożywszy nowe szaty, jakby zrzuciła z siebie złą przeszłość. Przyszedł Karanthes i patrzył na nią niby na dzieło własnych rąk. Dotykał każdego kawałka garderoby i biżuterii, kazał mnie dotykać, przy każdej sztuce wymieniał cenę, zupełnie jakby chciał Marii dać do zrozumienia, ile wydałem dla takiej taniej dziewczyny. Twarz Marii zaczęła się wydłużać, jej radość gasła, w końcu zaczęła niepewnie spoglądać na mnie.
Podziękowałem Karanthesowi za jego starania, podobnie uprzejme słowa skierowałem do jego żony i córki, aż wszyscy troje zrozumieli, że są zbędni, i chichocząc, rękoma zakrywając usta, wyszli z pokoju. Kiedy zostaliśmy we dwoje, przestraszona Maria wpatrując się we mnie, przyjęła postawę obronną, oparta plecami o ścianę.
– Czego właściwie ode mnie chcesz? – spytała. – Raz już spotkało mnie coś podobnego. Kiedy uciekłam z rodzinnej wioski do miasta ubrana w zgrzebną odzież, pewna stara kobieta znalazła mnie na ulicy, zaprowadziła do swego domu i ubrała w zachwycające szaty. Sądziłam, że dobrze mi życzy, dopóki nie zrozumiałam, do jakiego trafiłam domu. Biła mnie, gdy nie chciałam usługiwać jej gościom zgodnie z ich życzeniami, i dopiero trzeciego dnia udało mi się uciec. Myślałam, że ty jesteś inny, i modliłam się o wszystko co dobre dla ciebie, kiedy w nocy mnie nie tknąłeś, chociaż bardzo się tego bałam. Ale teraz domyślam się, jakie masz zamiary. Widać w ubogim stroju i nie uczesana nie byłam wystarczająco ładna w twoich oczach.
– Nie bój się – uspokajałem ją ze śmiechem – nie pożądam rozkoszy ziemskiego królestwa. Gdyby tak było, mógłbym równie dobrze zostać z tobą w Jeruzalem. Z doświadczenia wiem, że takie królestwo jest tylko rozpalonym grobem, który nie daje krzty ochłody, a żarzy się tym goręcej, im niżej człowiek upada. Dlatego pragnę innego królestwa, które wciąż jest na ziemi. Aby je znaleźć, pojadę z tobą do Galilei.
Ale moje przyjazne słowa nie trafiły jej do przekonania. Nagle łzy popłynęły z jej czarnych oczu, zerwała naszyjnik i opaskę, rzuciła je na ziemię i tupiąc krzyczała:
– Rozumiem teraz, dlaczego sam nie trudziłeś się wybraniem mi naszyjnika, tylko zleciłeś to komu innemu! Obraża mnie twoja obojętność i w ogóle nie potrzebuję tych klejnotów, chociaż nigdy w życiu tak pięknych nie miałam. – Było jej tak trudno zrezygnować z tych wspaniałości, że wybuchnęła jeszcze większym płaczem. – Czy nie rozumiesz, że nad te drogie metalowe kosztowności przedłożyłabym ozdoby z nanizanych na sznurek nasion i pestek, bylebyś ty dla mnie je zrobił?
– Przestań natychmiast beczeć! – też się rozzłościłem i tupnąłem. – Chyba nie rozumiesz, jak złośliwie się zachowujesz, Mario z Beeret. Jak sądzisz, co myślą teraz o nas tamci ludzie na dole, słysząc to tupanie i jęki? Kobieta płacząca jest brzydka jak noc. Doprawdy nie wiem, czy będę mógł wziąć cię ze sobą, skoro tak obraźliwie i fałszywie pojmujesz moją przyjaźń!