Maria przestraszyła się, natychmiast przestała płakać, otarła oczy i nagle podbiegła, objęła mnie za szyję, ucałowała kąciki moich ust i pięknie prosiła:
– Wybacz mi głupotę, spróbuję się poprawić, tylko weź mnie ze sobą.
Jej pieszczoty były pieszczotami niegrzecznego dziecka, toteż się rozczuliłem, pogłaskałem ją po twarzy i powiedziałem:
– Zatrzymaj te klejnoty, żeby ludzie cenili moją towarzyszkę podróży. Będzie przecież jeszcze okazja, żeby nanizać naszyjnik z jagód i pestek, jeśli taki bardziej ci się podoba, chociaż nie jesteśmy już dziećmi.
To prawda, żadne z nas nie było już dzieckiem. Z całego serca pragnąłem jednak wrócić do lat dziecinnych, abym nie czuł zła ani żądzy, tylko beztrosko mógł się radować każdym nadchodzącym dniem. Nie wiedziałem, co mnie czeka w Galilei. Być może na próżno wybierałem się w tę podróż. Ale chciałem cieszyć się podróżą i nadzieją. Samym oczekiwaniem chciałem się cieszyć.
Karanthes krzyknął, że przyprowadzono osły. Po słońcu zorientowałem się, że zbliża się południe. Szybko zeszedłem na dół. Maria z Beeret podążyła za mną. W zaułku przed domem stały cztery dobrze wyglądające osły. Dwa z nich objuczono matami do spania, trzeciemu przytroczono" po bokach kosze na bagaże, a na grzbiecie czwartego siedziała biednie ubrana kobieta, która nie śmiała podnieść wzroku. Natan skłonił się z szacunkiem, ale nic nie powiedział; spojrzał tylko na słońce, aby podkreślić, że przyszedł o umówionym czasie.
– Kim jest ta obca niewiasta? Nie pozwalam jej zabrać! – krzyknąłem zapalczywie.
Natan nic nie odpowiedział. Patrzył w inną stronę, jakby jego ta sprawa nie dotyczyła. Karanthes poszedł porozmawiać z kobietą, po chwili wrócił i skubiąc z zakłopotaniem brodę wyjaśnił:
– Nazywa się Zuzanna. Twierdzi, że Natan obiecał zabrać ją jako waszą sługę, ponieważ chce wrócić w rodzinne strony w Galilei, a nie jest w stanie długo iść piechotą. Dlatego siedzi gotowa do drogi na grzbiecie osła i nie chce żadnego wynagrodzenia, byle mogła jechać z wami. Jak zrozumiałem, zachorowała w czasie Paschy w Jeruzalem i jej towarzysze ją zostawili, gdy wracali do domu.
Niewiasta nieruchomo siedziała na grzbiecie osła nie podnosząc oczu. Na dobre rozgniewany, krzyknąłem:
– Nie potrzebujemy służby! Jedno będzie usługiwać drugiemu! Nie mam zamiaru brać ze sobą do Galilei całej nędzy z Jeruzalem!
Natan pytająco popatrzył na mnie, a gdy doszedł do wniosku, że mówię poważnie, wzruszył ramionami, rozłożył ręce, odwiązał sakiewkę od pasa, rzucił ją przede mną na ziemię i odszedł, zostawiając osły. Obca kobieta zaczęła głośno lamentować, lecz nie ruszyła się z grzbietu osła.
Zrozumiałem, że wyjazd opóźni się jeszcze bardziej, jeśli będę teraz musiał szukać nowego, a może i mniej pewnego przewodnika. Gniew aż we mnie kipiał, ale się wstrzymałem, zawołałem Natana, kazałem mu wziąć sakiewkę i powiedziałem z goryczą:
– Poddaję się, bo muszę. Rób, jak chcesz, byleśmy zdołali wyjechać, zanim tłum zbierze się koło nas, rozdziawiając gęby.
Szybko wszedłem do domu, uregulowałem rachunki z Karanthesem, dając mu więcej, niż żądał, i poprosiłem:
– Zostawiam tu resztę rzeczy, bo jeszcze wrócę do Jeruzalem.
Karanthes podziękował nadzwyczaj wylewnie, po czym z przekonaniem potwierdził:
– Właśnie tak, jestem pewien, że wkrótce wrócisz do Jeruzalem.
Tłum gapiów zebrał się wokół osiołków i przyglądał się, jak Natan mistrzowsko układa w koszach bagaże, które brałem ze sobą. Mężczyźni obmacywali kończyny naszych zwierząt i sprawdzali im zęby, niewiasty użalały się nad chorą Zuzanną, która pochlipywała na grzbiecie osła i nie śmiała bodaj słowa z kimkolwiek zamienić. Ściągnęli żebracy i wyciągając ręce życzyli nam szczęścia w podróży. Natan wydzielił im z sakiewki jałmużnę, jaką uważał za stosowną, aby ich przekleństwa nie przyniosły nam w drodze nieszczęścia. W zaułku handlarzy panował straszny rwetes, zanim w końcu Maria i ja usadowiliśmy się na grzbietach osłów i Natan ruszył przodem, prowadząc całą kawalkadę. Równie dobrze mógł mi zawiązać worek na głowie, bo ani jednym słowem nie wspomniał, którędy będziemy jechać i gdzie się zatrzymywać na noclegi po drodze do Galilei.
Wyprowadził nas przedmieściem na śmierdzący soloną rybą placyk przed Bramą Rybną i przez nią poza obręb miasta. Wartownicy znali go i zamierzali sprawdzać bagaże, lecz kiedy zawołałem, że jestem Rzymianinem, zaniechali kontroli i tylko się za nami oglądali. Ku mojemu zdziwieniu Natan ruszył drogą biegnącą w górę wzdłuż muru do twierdzy Antonia i zatrzymał osły przed arkadami jej bramy. Na widok wartujących przy bramie legionistów Zuzanna znowu zaczęła jęczeć i ukryła twarz na karku osła. Na próżno nakłaniałem Natana, by ruszał dalej. Ręką wskazywał, że mam się udać do twierdzy. Zacząłem już podejrzewać, że jest głuchoniemy, bo nie słyszałem, żeby bodaj słowo padło z jego ust. Zauważyłem jednak, że ma ucięte króciutko włosy, pomyślałem więc, że być może złożył śluby milczenia. Niechętnie wszedłem przez bramę do środka. Wartownicy mnie nie zatrzymali, choć musiałem wyglądać obco z tą długą brodą i w pasiastym chałacie. Jak na zawołanie właśnie schodził z wieży dowódca twierdzy. Podszedłem do niego, pozdrowiłem go, podając mu rękę, i wyjaśniłem:
– Wyjeżdżam na kąpiele do Tyberiady. Mój przewodnik uznał za wskazane, abym zboczywszy nieco z drogi przyszedł się tutaj pożegnać i prosić o wskazówki co do podróży. Podróżuję zwyczajnie, w asyście dwóch kobiet.
– Będziesz jechał drogą przez Samarię czy wzdłuż Jordanu?
– zapytał.
– Którą mi radzisz? – zapytałem, bo wstydziłem się przyznać, że nie mam pojęcia.
Posępny i pokręcony reumatyzmem dowódca skubnął górną wargę i wyjaśnił:
– Samarytanie są złośliwi i robią różne świństwa samotnym podróżnym. Wody Jordanu zaś są wciąż wysokie, możesz więc mieć kłopoty z przeprawą przez bród, a w nocy będziesz słuchać ryku lwów w zaroślach. Jeśli chcesz, dam ci dwóch legionistów jako eskortę pod warunkiem, że zapłacisz im żołd. I nie zapomnij napomknąć prokuratorowi o mojej życzliwości.
Najwyraźniej jednak nie miał zbytniej ochoty do choćby tymczasowego pomniejszenia garnizonu o dwóch ludzi.
– Nie, nie – odmówiłem – przecież będę podróżował po spokojnym rzymskim terytorium i nie mam się czego bać.
– W takim razie dam ci miecz zamiast eskorty – powiedział z ulgą. – Jesteś obywatelem Rzymu i masz prawo podróżować z mieczem, ale na wszelki wypadek polecę wypisać ci pozwolenie na broń, bo jesteś dziwnie ubrany i zapuściłeś solidną brodę.
Udałem się zatem do zbrojowni po miecz z rzemieniem na rękę, a w kantorze kwestora wykupiłem pozwolenie na broń. Przełożony zbrojowni nieźle skorzystał na moim wyjeździe, więc po przyjacielsku odprowadził przez dziedziniec aż do bramy, choć nie udało mu się skryć uśmiechu, gdy przypasałem miecz do mego żydowskiego płaszcza.
Natan nie uśmiechał się, tylko z zadowoleniem kiwnął głową i zachęcił osiołki do truchtu.
Objechaliśmy teren Świątyni i przez dolinę Cedronu udaliśmy się na znaną mi już, wijącą się wśród porośniętych gajami oliwnymi wzgórz drogę do Betanii. Gdy miasto zniknęło nam z oczu, zlazłem z grzbietu osiołka i szedłem piechotą. Dotarliśmy do wioski, a wówczas krzyknąłem, żeby Natan się zatrzymał, i udałem się do domu Łazarza.