Po kilkakrotnym nawoływaniu wyszedł z ogrodu i odpowiedział na moje pozdrowienie. Spytałem go o siostry.
– Poszły do Galilei – odparł.
– Czemuś nie poszedł z nimi?
– Nie mam po co iść do Galilei – potrząsnął głową.
– Ależ powiedziano mi, że twój pan poszedł do Galilei i tam czeka!
– Co mnie to obchodzi? Doglądam ogrodu i nie oddalam się od mego grobu.
Mówił sepleniąc i miał posępne oczy; zdawało się, że pogrzebał w sobie zagadkę, której nie można objaśnić żadnemu człowiekowi. Zrobiło mi się zimno i żałowałem, że zboczyłem z drogi, aby go pozdrowić.
– Pokój tobie – rzekłem odchodząc.
– Pokój!… – powtórzył ironicznie. – Gdybyś wiedział, czym jest pokój, raczej byś mi go nie życzył. – Pożółkłą ręką musnął czoło i ciągnął: – Głowa mi pęka, myśli się rozpraszają. Przestraszyłem się, gdy zawołałeś. Zawsze się boję, ilekroć ktoś wzywa mnie po imieniu. Powiem ci coś. Gdybyśmy obydwaj, ty i ja, byli wielkości główki szpilki i wszystko dookoła miało takie same rozmiary albo było mniejsze, na pewno byśmy sądzili, że jesteśmy tacy duzi jak teraz, ponieważ porównywalibyśmy nasze rozmiary do wielkości tego, co by nas otaczało. Dla mnie ten świat i wszystko wokół zmniejszyło się do rozmiarów główki szpilki. Dlaczego Jezus zgodził się narodzić, umrzeć i zmartwychwstać w tym maleńkim świecie, który nie jest większy od główki szpilki? Tego nie mogę zrozumieć.
Natarczywie nasunęła mi się myśl, że na skutek długiego przebywania w grobie w głowie mu się poprzestawiało i dlatego rozumuje zupełnie inaczej niż reszta ludzi. W milczeniu odwróciłem się od niego i wyszedłem na drogę. Natan badawczo wpatrywał się we mnie z takim samym wyrazem twarzy, jaki już kiedyś zaobserwowałem, ale nic nie powiedział. Ruszyliśmy dalej.
Droga zeszła w dolinę, przecięliśmy koryto wyschłego potoku. Wędrowaliśmy po zboczach górskich i tylko raz zatrzymaliśmy się przy studni, aby napoić osły. Milczenie Natana udzieliło się także Marii, więc niewiele rozmawialiśmy ze sobą. Przyznam zresztą, że milczenie Natana nie było mi przykre. Przeciwnie, pod jego przewodnictwem czułem się bezpieczny. Przestałem też żywić niechęć do chorej niewiasty, która jechała z tyłu za nami i starała się być jak najmniej dostrzegalna. Gdy wieczór zaczął wydłużać cienie, nawet zmartwiłem się o nią, czy zniesie trudy podróży. Bo Natan bezustannie popędzał osły i sam szedł obok niezmordowanym krokiem, jakby mu się spieszyło. Zorientowałem się, że chce ominąć drogę z Samarii przez Jerycho, z którego korzystają tłumnie pielgrzymi galilejscy.
Dopiero kiedy zapłonęły pierwsze gwiazdy, zatrzymaliśmy się w maleńkiej wiosce i Natan wprowadził osły w zamknięte podwórko. O siebie sami musieliśmy się zatroszczyć. Natan szybko i umiejętnie zdjął bagaże z grzbietów zwierząt i wniósł nasze maty do pustej, nieco śmierdzącej obornikiem, ale jednak czystej izby. Zuzanna sprawnie rozpaliła ogień na podwórku i postukiwała garnkami, aby szykując posiłek, wykazać swoją przydatność. Dorzuciła kawałki baraniny do kaszy, nalała wody, postawiła garnek na ogniu i koniecznie chciała umyć mi nogi. Umyła nogi Marii i w ogóle odnosiła się do niej z wielkim szacunkiem. Kiedy posiłek był gotowy, najpierw podała jedzenie mnie, potem Marii.
Czułem się wyśmienicie. Zawołałem życzliwie Natana i powiedziałem:
– Nie wiem, czy nie naruszam waszych obyczajów, ale razem podróżujemy, będziemy spać w tej samej izbie i jeść tę samą kaszę, więc proszę, siądźcie do jedzenia razem z nami.
Umyli ręce i kucnęli na ziemi. Natan przełamał chleb, zwyczajem żydowskim pobłogosławił go i podał mi kawałek. Na kobiety nie zwracał uwagi. Jadł niewiele, a mięsa nawet nie tknął. W czasie posiłku wpatrzony był przed siebie i pogrążony we własnych myślach, ja zaś nawet nie próbowałem zagadać do niego. Opatrzył potem osły, z głową owinął się w opończę i ułożył przed progiem do snu, dając tym sygnał, że czas najwyższy na odpoczynek. Zuzanna rzuciła się przede mną na ziemię i usiłowała całować me nogi, dziękując, że wziąłem ją pod swoją opiekę.
– Nie mnie dziękuj, tylko Natanowi – powiedziałem. – Mam nadzieję, że ta podróż nie będzie dla ciebie za ciężka i że się nie rozchorujesz znowu.
– Ach, nie, my, niewiasty z Galilei, mamy twardą skórę. Byłam chora ze zmartwienia, a wyzdrowieję z radości, gdy tylko wrócę do rodzinnej chaty na brzegu jeziora Genezaret.
Natan obudził nas jeszcze przed wschodem słońca i tak ponaglał do odjazdu, że nawet nie wiem, kiedy ocknąłem się, drżąc od porannego chłodu, na grzbiecie osła z kawałkiem chleba w ustach. Różowe słońce dopiero wstawało zza gór. Wkrótce jego promienie zaczęły przygrzewać, a mnie ogarnął radosny nastrój. Błękitnawe góry, srebrnosiwe drzewa oliwne i winnice na zboczach wypiękniały w mych oczach. Radość była zresztą udziałem nas wszystkich, bo zupełnie nieoczekiwanie i ku mojemu ogromnemu zdumieniu Natan zaczął chrapliwym głosem śpiewać po hebrajsku jakąś pieśń.
Spojrzałem pytająco na Marię, lecz potrząsnęła głową na znak, że nie rozumie słów. W nierównomiernie wznoszącym się i opadającym tonie głosu Natana było coś radosnego, a równocześnie uroczystego. Kiedy zamilkł, zsunąłem się z grzbietu osła i zająłem miejsce obok Zuzanny. Zapytałem, co śpiewał Natan; spojrzała na mnie z ufnością i wyjaśniła:
– To pieśń podróżna – i kołysząc się zaczęła nucić po aramejsku:
– Pan będzie twoim obrońcą, Pan twoim cieniem przy twym boku prawym. Za dnia nie porazi cię słońce ni księżyc wśród nocy. Pan cię uchroni od zła wszelkiego, czuwa nad twoim życiem, Pan będzie strzegł twego wyjścia i przyjścia teraz i po wszystkie czasy.
Nagle ku mojemu zdziwieniu wybuchnęła płaczem. Aby ją pocieszyć, dotknąłem ręką jej ramienia i prosiłem zakłopotany:
– Nie płacz, Zuzanno, powiedz, jakie masz zmartwienie. Może mogę ci pomóc?
– Nie, nie – wzbraniała się – płaczę z radości, że z głębokiego smutku jak ze szponów śmierci wyszłam znów na światło dnia.
Mimo woli przyszło mi na myśl, że dostałem się w towarzystwo dwojga pomyleńców. Ale zaraz się roześmiałem, bo przecież człowiek rozsądny orzekłby, że to ja, Rzymianin, jestem pomylony, skoro bez wytchnienia spieszę na poszukiwanie zmartwychwstałego króla żydowskiego.
Koło południa zeszliśmy do doliny Jordanu i ujrzeli przed sobą rozległą żyzną krainę i szare mury Jerycha. Powietrze stało się gorące i pełne żaru, ale wiatr od czasu do czasu niósł ze sobą lekki powiew i równocześnie przenikliwy zapach ogrodów palmowych, które stanowią bogactwo tego miasta. Wiosna była tu dalej posunięta niż w okolicach Jeruzalem, widzieliśmy już przy pszenicznych łanach żeńców z sierpami.
Natan nie poprowadził nas do miasta. Jechaliśmy polną drogą wzdłuż jego murów, a w połowie dnia przystanęliśmy w cieniu w pobliżu źródła. Osły pasły się spokojnie. Natan oddalił się* na modlitwę, Zuzanna też coś pobożnie szeptała. Było to dla mnie czymś nowym, znałem dotychczas jedynie modły wznoszone zgodnie ze zwyczajem przy składaniu ofiar albo – w zależności od miejsca, gdzie zdarzyło mi się przebywać – w dni uroczystości na cześć bogów. Nie wierzę zresztą, żeby te modlitwy odnosiły jakikolwiek skutek. Poczułem zazdrość i jako że chętnie dostosowuję się do innych, zapragnąłem poprosić, aby mnie nauczyli swojej modlitwy. Ale oni byli Żydami, narodem wybranym przez Boga, więc obawiałem się, że Natan i Zuzanna odrzucą moją prośbę, modlitwa Marii zaś była zbyt dziecinna, by nadawała się dla mnie.
W czasie popasu jedliśmy chleb, cebulę i ser. Ja z Marią napiliśmy się kwaskowatego wina, Natan i Zuzanna pili tylko wodę. Chciałem poczęstować Natana, lecz bez słowa wskazał na swoje obcięte włosy. Miałem więc rację, naprawdę złożył jakieś śluby. Ponieważ jednak patrzył na mnie przyjaźnie, odważyłem się zapytać: