Выбрать главу

A przecież lekkomyślne niewiasty i rzekomo rozsądni młodzieńcy ustawiają się w długich kolejkach po talizmany zalecane przez proroków, wróżbitów czy wieszczki. Śmiałem się z tego i nie wierzyłem, a mimo to żywiłem nadzieję, że może jednak jakoś działają. Traktowałem to jak grę. Szczęście ma swoje kaprysy, a możliwość wygranej jest niepewna, lecz lepiej uczestniczyć w grze, niż zrezygnować i zadowolić się pustką.

Czy kontynuuję tę grę teraz, tej nocy nad Jordanem, wahając się w głębi duszy, ale z uwagi na niepewną wygraną uważam to za lepsze niż rezygnacja z gry? Co właściwie chcę uzyskać? A może to Królestwo jest jedynie snem i imaginacją? Królestwo, które – jak to sobie wyobrażam – istnieje na ziemi i do którego mam nadzieję odnaleźć drogę… Pod wpływem tych męczących myśli poczułem wstręt do oddychającej koło mnie Marii, do upartej Zuzanny i milczącego Natana. Co ja, Rzymianin, mam z nimi wspólnego?

W myśli powtarzałem modlitwę, której mnie nauczyła Zuzanna. To była pierwsza tajemnica uczniów Jezusa Nazarejskiego, jaką przede mną odkryto. W tej modlitwie może być zamknięta magiczna siła. W myśli obracałem jej tekst na wszelkie sposoby, ale ciągle pozostawała dopasowaną do potrzeb prostego człowieka formułą uległości, której pobożne powtarzanie może uspokoić umysł i zdjąć ciężar trosk z ramion. Nie byłem wystarczająco prostolinijny, aby przyjąć, że mogłaby pomóc także mnie.

Tej nocy wszyscy spaliśmy kiepsko, a rano byliśmy niewyspani i skorzy do kłótni. Maria z Beeret zaczęła grymasić i żądała, byśmy szli trasą przez Samarię. Nie chciała więcej spotkać się ze lwem uciekającym z puszczy przed powodzią. Zuzanna raz po raz sprawdzała zapasy i naczynia kuchenne, bo zdawało jej się, że coś zginęło, wobec czego odjazd się opóźniał. Niespokojny Natan bacznie rozglądał się dookoła, nawet dręczone przez insekty osiołki były tak płochliwe, że musieliśmy je cały czas uspokajać.

– Słuszna jest droga, która biegnie w różne strony i prowadzi ku śmierci – powiedział zdenerwowany gadaniną Marii Natan, znacząco patrząc na miecz u mego boku. Zdecydowanym krokiem ruszył do przodu, ciągnąc za sobą objuczone osły. Dał nam do zrozumienia, że możemy robić co chcemy, on zaś będzie kontynuował podróż według starego planu.

– Łatwo wam mówić, ale ja jestem najmłodsza – lamentowała Maria. – Lew jest mądrą bestią i zawsze wybiera najdelikatniejsze mięso. Tak słyszałam.

– Skoro Jezus Nazarejski szedł tą drogą, to i my możemy tędy iść!

– zawołała Zuzanna. – Jeśli się boisz, jedź przodem i przepędź lwa. Mnie on na pewno nie ruszy.

Rozdrażniony zauważyłem, że nikt z nas nie wie, którą drogą Jezus Nazarejski szedł do Galilei, ponieważ wiadomość o tym mogła być spreparowana. Mogli ją rozpuścić na przykład członkowie Sanhedrynu, żeby Jeruzalem oczyścić z Galilejczyków. Nie miałem najmniejszej ochoty iść na lwa z gołym mieczem, chociaż widywałem w cyrku odpowiednio wyszkolonych ludzi, którzy z takich opresji wychodzili cało. Natan zna drogi i bezdroża, więc najrozsądniej będzie iść za nim.

Szliśmy w agresywnym nastroju. Powódź zalała bród, musieliśmy więc zakasać szaty i wlec za sobą opierające się osły. Zaraz po przeprawieniu się przez rzekę wpadliśmy wprost w ramiona legionistów, którzy wydali okrzyk zachwytu na widok Marii. Ujrzawszy mój miecz, ściągnęli mnie z grzbietu osła na ziemię i przypuszczalnie by mnie zasiekli, gdybym w śmiertelnym strachu nie zaczął krzyczeć do nich po grecku i po łacinie, że jestem obywatelem Rzymu. Mimo pozwolenia na broń przekopali nam wszystkie bagaże, z uciechą obmacując szaty Marii, i gdybym nie był Rzymianinem, na pewno siłą zaciągnęliby ją w krzaki.

Gdy później wyjaśniano ich niesubordynację, okazało się, że ani nie stanowili stałego patrolu drogowego, ani nie byli na ćwiczeniach, tylko ich przełożony wbił sobie do głowy upolowanie lwa. Ustawił łuczników w zasadzce na wzgórzu, a ci legioniści mieli hałasem i stukaniem w tarcze wypłoszyć zwierzę z kryjówki. Nie było to miłe zadanie! Lwa zapewne już nie było nad brodem, ale nieszczęśni legioniści i tak dodawali sobie animuszu gęsto popijając.

Doświadczenie na sobie żołdackiej przemocy było tak poniżające, że w duchu zacząłem sympatyzować z Żydami i rozumieć, dlaczego zapiekli się w nienawiści do Rzymian. Zły nastrój przeobrażał się w gniew, toteż gdy nieco dalej, na wzgórzu, spotkałem tego żądnego lwa setnika, ostro zwymyślałem go i zagroziłem, że złożę u prokuratora skargę na zachowanie jego ludzi.

To był błąd z mojej strony. Poorany bliznami setnik przyjrzał mi się krytycznie i złośliwie spytał, kim właściwie jestem, skoro noszę żydowskie szaty i podróżuję w towarzystwie Żydów. Rzucił mi w twarz:

– Chyba nie należysz do tego plemienia, które w ostatnich dniach zalewa drogi w kierunku Morza Galilejskiego? To nie jest okres pielgrzymek, ale żniw. Ci pielgrzymi mają intrygi w głowie.

Musiałem sprawę łagodzić i prosić, żeby mi wybaczył niewyparzony język. Potem dopytywałem się, kogo widział w drodze do Galilei.

Okazało się, że nie widział nikogo, bo peregrynujący Żydzi zazwyczaj starają się omijać urzędy celne i strażnice. Natomiast wiele o nich słyszał i ostrzegł:

– Uważaj, żebyś nie dostał się w ich łapy, bo wszyscy mieszkańcy Galilei są fanatykami. Kraina jest gęsto zaludniona, a z pustyni stale przybywają chętni do wywołania zamieszek. Jakieś dwa lata temu właśnie tu, nad Jordanem, działał taki fanatyk, który ogłosił królestwo żydowskie i chrzcił ludzi w wodzie Jordanu, żeby dzięki tym magicznym zabiegom nie odnosili ran w czasie przyszłego powstania. Herod, żydowski książę Galilei, kazał w końcu ściąć mu głowę. Co dowiodło, że nawet sam wieszcz nie wymigał się od śmierci. Ale podobni mogą się jeszcze gdzieś kręcić koło Jordanu.

Chyba i mnie traktował jako człowieka niskiego pochodzenia, skoro podróżowałem tak nędznie, szybko skończył zatem rozmowę i odprawił mnie z taką wyniosłością, jakby mi okazywał wielką łaskę.

Kiedy znowu ruszyliśmy w drogę, Maria z Beeret spojrzała na mnie pogardliwie i powiedziała:

– Zapewne nie jesteś nikim znacznym wśród Rzymian, skoro taki spocony i pokiereszowany setnik tak cię potraktował.

– Czy byłbym w'twych oczach lepszy, gdybym nosił hełm na głowie, a na nogach buty z ostrogami? – spytałem ironicznie.

– Legioniści przynajmniej wiedzą, czego chcą. Jesteś Rzymianinem, czemu więc nie podróżujesz jak Rzymianin i nie korzystasz z należnych przywilejów? Nie musiałabym wtedy wstydzić się twoich obrośniętych łydek i rozłożystej brody.

Nie wierzyłem własnym uszom. Ogarnęła mnie ochota, by ułamać rózgę z przydrożnego krzewu i złoić jej skórę. Drżącym z wściekłości głosem zapytałem:

– Kim była ta dziewczyna, która obiecała błogosławić mnie przez wszystkie dni swojego żywota, jeśli tylko wezmę ją ze sobą, i która deklarowała, że może spać pod gołym niebem? Co ty właściwie o sobie mniemasz?!

Maria rzuciła się jak dźgnięta ościeniem i zawołała:

– Nie przypuszczałam, że właśnie ty będziesz mi wypominał przeszłość, z której z całą ufnością ci się zwierzyłam. Ja to mam pecha! Jeśli jednak spotkam Jezusa Nazarejskiego i on oczyści mnie z grzechów i wybaczy mi, wtedy nie będziesz już mógł mi wymawiać tego, co było. Można sobie wyobrazić, jakie straszne winy ty chcesz odkupić, skoro tak pokornie szukasz nowej drogi!