Выбрать главу

Podjąłem rozmowę z wioślarzami, aby oswoić się z gwarą galilejską. Byli to posępni chłopi i opryskliwie odpowiadali na moje pytania. Gdy przepływaliśmy obok Tyberiady, wyraźnie okazywali odrazę do tego pięknego, na grecką modłę wzniesionego miasta, które Herod Antypas zbudował zaledwie dwadzieścia lat temu znacznym nakładem środków. Ażeby szybciej minąć miasto, próbowali nawet podnieść żagle, ale wiatr nie był pomyślny i zmieniał się kapryśnie, toteż musieli się zadowolić wiosłowaniem.

Przypomniałem sobie, że gdzieś tu Jezus Nazarejski chodził po, powierzchni fal. W skwarze jasnego dnia, w orzeźwiającym wietrze i plusku fal jeziora, za którym rysowały się brązowe i błękitne góry, wydarzenie to wydawało się zupełnie niewiarygodne. Ogarnęło mnie przygnębiające wrażenie, że absurdalnie gonię za mirażem, za snem czy bajką spreparowaną przez zabobonnych rybaków. Od czasu choroby wydawało mi się, że od wydarzeń w Jeruzalem minęło nieskończenie dużo czasu i że nigdy nie było żadnego króla żydowskiego.

– Czy zdarzyło się wam kiedyś widzieć Jezusa Nazarejskiego, gdy tu, nad brzegiem morza, nauczał ludzi? – spytałem.

– Czemu cię to interesuje, cudzoziemcze? – odpowiedzieli pytaniem na pytanie, podniósłszy wiosła i podejrzliwie patrząc po sobie i na mnie.

– Byłem w Jeruzalem, kiedy go ukrzyżowano. Moim zdaniem tak haniebny los był dla niego krzywdzący.

– To prawda, ale on był Galilejczkiem, a w Jeruzalem nami gardzą. Po co oddawał się w ręce chciwych kapłanów i świętoszkowatych faryzeuszy?

– Czy widzieliście go kiedy? – spytałem ponownie.

– Pewnie, że widzieliśmy, i to nieraz – zapewnili, gdy poczucie dumy narodowej przezwyciężyło ich strach. – Raz było nas z pięć tysięcy, którzyśmy słuchali jego nauk. Nakarmił nas wszystkich do syta pięcioma bochenkami jęczmiennego chleba i dwiema rybami. Samych resztek zebrano dwanaście koszyków. Taki to był człowiek!

– A co mówił? Czy pamiętacie jego nauki? – pytałem rozgorączkowany.

– Nie wypada, żeby tacy prości ludzie jak my mówili o tym, czego nauczał – odrzekli z przestrachem. – Jeszcze byśmy ściągnęli gniew Sanhedrynu na nasze głowy.

– Opowiedzcie cokolwiek, co pamiętacie. Jestem cudzoziemcem, nie doniosę na was.

– Pamiętaj zatem, że to on mówił, a nie my – powiedzieli i chórem wyrecytowali: – Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Nikt nie może służyć dwóm panom. Nie smućcie się. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego.

Odniosłem wrażenie, że dobrze utrwalili w pamięci naukę Nazarejczyka i między sobą wielokrotnie ją powtarzali. Więcej nie pamiętali albo nie chcieli zdradzić. Dostrzegłem natomiast w ich oczach wyraz złośliwej satysfakcji, gdy patrzyli na moje szaty i poduszki w łodzi.

– Co jeszcze o nim pamiętacie?

– Był dobrym rybakiem. Potrafił wskazać ławicę ryb, choć inni na próżno szukali przez całą noc. Raz wyszli na ląd, a ich łódź była głęboko zanurzona od bogatego połowu, podczas gdy inni dopłynęli do brzegu pustymi łodziami. Umiał też uspokoić burzę i w krótkim czasie uciszyć spienione fale. Podobno chorych też uzdrawiał, chociaż na to nie zwracaliśmy uwagi, bo sami nigdyśmy nie chorowali. Najbardziej nas dziwiło, że tak doskonale znał wody i wiatry i ruchy ławic rybnych, chciaż pochodził z wnętrza kraju, z Nazaretu.

Więcej nic od nich nie wydobyłem – choć bardzo się starałem, zyskałem tylko tyle, że stawali się coraz bardziej nieufni.

– Babskie brednie – powiedzieli w pewnej chwili. – Człowiek nie wstaje z grobu. A Jezus był takim samym człowiekiem jak my, chociaż nauczał i czynił cuda. Nas w pułapkę nie złapiesz, choćbyś nie wiem jak pięknie dobierał słówka. – Nie zgodzili się mówić nic więcej, tylko dodali: – To są historie z Kafarnaum, my jesteśmy rybakami z Tyberiady.

Energicznie zagarniali wiosłami wodę, aby przyspieszyć bieg łodzi, i wnet dopłynęliśmy. Magdala jest dużą wsią rybacką, zamieszkaną przez tysiące ludzi. Już z daleka czuliśmy smród solonych ryb. Wioślarze wskoczyli do wody i wyciągnęli łódkę na ląd, a ja zapłaciłem im i kazałem wracać. Dopiero gdy wsparty o laskę i ramię Marii kuśtykałem przez wieś, pozwoliłem sobie zapytać o miejsce zamieszkania Marii Magdaleny. Dobrze ją tu znano i od razu pokazano oddalony od wioski duży zespół budynków. Jakiś wracający z targu hodowca warzyw zaproponował mi przyjaźnie miejsce na osiołku. Mówąc o Marii Magdalenie porozumiewawczo się uśmiechał, ale przyznał:

– To mądra i bardzo bogata niewiasta. Zatrudnia wielu hodowców gołębi i sama też je hoduje w dużej wylęgarni. Sprzedaje ptaki na ofiary do Świątyni. Ma też duży ogród zielarski i udziały w solarniach ryb. Wiele podróżuje, ale słyszałem, że właśnie wróciła do domu.

– Spojrzał na mnie, skrzywił się porozumiewawczo i zauważył: – Nie jest już taka młoda. Powiadają też, że zmieniła styl życia i rozdaje jałmużnę ubogim. Ale ty sam najlepiej wiesz, czego chcesz od niej.

Wybrałem się na tę wycieczkę niewiele sobie po niej obiecując, lecz gdy zbliżałem się do jej domu siedząc na grzbiecie osiołka między pustymi koszami, nieoczekiwanie poddałem się uczuciu tęsknoty i chęci ujrzenia jej bladej twarzy, jaką zapamiętałem ze spotkania w domu Łazarza. Zdawało mi się, że nigdy jeszcze w taki sposób nie tęskniłem za żadną kobietą. Właściciel osiołka, który mnie obserwował, znaczącym tonem powiedział:

– Widzę, że z tobą dzieje się to samo, co z innymi! Im bliżej jesteś tego domu, tym bardziej się niecierpliwisz, aby ją zobaczyć… Wybacz, że cię zostawię na tym rozdrożu.

Rozstaliśmy się i ponaglił osiołka, żeby prędzej dostać się do swego domu. Maria z Beeret zaś ciężko westchnęła i powiedziała:

– Nic dobrego z tego nie wyjdzie. Wracajmy. Słońce pali mnie w oczy, choć zakrywam głowę. Jestem spocona i ciężko mi oddychać.

Lecz ja śmiało pokuśtykałem przez bramę i na środku dużego dziedzińca zobaczyłem ubraną na czarno kobietę. Karmiła gołębie, które całą chmarą trzepotały się koło niej, siadały na ramionach i jadły jej z rąk. Gdy nas dostrzegła, rzuciła resztę ziarna, wytarła ręce i wyszła nam naprzeciw, odkrywając twarz. Powitała nas ze zdumieniem i radością, wołając:

– Widziałam, jak nadchodziliście, ale nie odgadłam, że to ty, Marku, i ty, Mario z Beeret.

– Pokój tobie, Mario z Magdali – powiedziałem patrząc na pomarszczoną bladą twarz i pełne radości błyszczące oczy. Chętnie rzuciłbym się przed nią na ziemię i objął jej nogi.

Obydwiema rękami odepchnęła gołębie, które wciąż trzepotały skrzydłami koło jej głowy, po czym zaprowadziła nas przed podwórze do altany w ogrodzie. Przyniosła wody i schyliła się, aby mimo mego sprzeciwu umyć mi nogi. Dotknięcie jej rąk było miłe i przyniosło ulgę moim obolałym stopom. Umyła również nogi Marii z Beeret, choć ta oponowała i prychała, zasłaniając usta. Podała nam świeżej wody źródlanej do picia, na koniec zaś zachęciła Marię:

– Idź, obejrzyj wylęgarnię, mój dom i wszystko, co chcesz, tylko nam już nie przeszkadzaj, głuptasku.

Maria z Beeret popędziła, jakby tylko czekała na zaproszenie i rada była uwolnić się od nas. Maria z Magdali dłuższą chwilę patrzyła za nią potrząsając głową, po czym odwróciła się do mnie.