Выбрать главу

– Coś ty zrobił z tą dziewczyną? Czy to ty ubrałeś ją w te jaskrawe szaty? Wygląda, jakby miała diabła za skórą. W Jeruzalem była skromna i skruszona.

– Nic złego jej nie zrobiłem – usprawiedliwiałem się. – Nawet jej nie tknąłem, jeśli to masz na myśli. Pielęgnowała mnie z wielkim oddaniem, kiedy w Tyberiadzie dostałem zakażenia krwi.

– Często mężczyzna mający najlepsze zamiary przynosi kobiecie więcej zła, niż gdyby świadomie chciał jej zaszkodzić. Żaden z ciebie dla niej wychowawca, lepiej się od niej oddal.

– Ona szuka Jezusa Nazarejskiego – tłumaczyłem się i ze ściśniętym sercem opowiedziałem, jak podróżowaliśmy z Jeruzalem, jak Zuzanna i Natan zostawili mnie nie dając znaku życia i jak w Tyberiadzie spotkałem Klaudię Prokulę z Joanną. Maria Magdalena kiwała głową, na jej bladej twarzy zjawił się powściągliwy uśmiech.

– Znam skąpą Zuzannę i zarozumiałą Joannę – powiedziała nieprzychylnie. – Miałam chyba bielmo na oczach, traktując je jak siostry, gdy wędrowałyśmy razem. Ale wtedy dostrzegałam tylko Jezusa. Poznałeś już jego uczniów na tyle, że zorientowałeś się, jak nieugięcie strzegą tajemnicy Królestwa. Sądzę, że podobnie jak ja zastanawiasz się nad rodzajem materiału budowlanego, z którego chciał to Królestwo zbudować. Wróciłam do mojego domu, aby po prostu czekać, bo dość miałam uporu tych mężczyzn i zawiści między kobietami. Wiem, że Jezus poszedł przed nimi do Galilei, ale nie zdziwiłabym się, gdyby nie chciał już nigdy oglądać nikogo z nas. Być może i myśmy go rozczarowali, skoro w głębi serca w ogóle nie zmieniliśmy się. Zostawiłam rybaków, żeby łowili, a jego matka wróciła do domu, do Nazaretu. – Zacisnęła dłonie, w bólu pochylała się do przodu i tyłu i skarżyła się: – Czemu jestem tylko człowiekiem, i to kobietą w głębi duszy surową, chociaż jego nie ma już między nami? Jego Królestwo wyślizgnęło mi się spod nóg. Och, to moje niedowiarstwo! Nie ufam mu już tak bezgranicznie jak dawniej.

– Rozejrzała się wokoło przerażonymi oczyma, jakby widziała w pobliżu czyhające zjawy, i krzyknęła: – On był światłością świata! Odkąd go nie ma, ciemność wkrada się zewsząd, chociaż dzień jasny świeci. Boję się, że biesy znowu wstąpią we mnie. Gdyby wróciły, nie chcę żyć. Raczej się powieszę. Dość już wycierpiałam.

Jej udręka przygnębiła mnie i zaciążyła mi kamieniem na sercu. Chciałem ją pocieszyć, więc opowiedziałem, jak to Joanna myślała, że Jezus objawił się uczniom któregoś ranka, kiedy łowili ryby.

– Słyszałam o tym – przerwała mi Maria. – Ale tych prostaków najbardziej ucieszyło złowienie stu pięćdziesięciu dużych ryb. Sieć była tak pełna, że musieli wyciągnąć ją na brzeg, żeby się nie porwała. Jeżeli naprawdę spotkali Mistrza, to dlaczego nie opowiedzieli o tym innym, aby ich pocieszyć?

Wyglądało na to, że w sercu nosi żal i jest zazdrosna, że Jezus objawił się uczniom, a nie jej. Poniekąd ją rozumiałem – przecież ona pierwsza o świcie wyruszyła do grobu i jej pierwszej Jezus ukazał się po zmartwychwstaniu.

– Mario Magdaleno, nie wpadaj w rozpacz. Skoro wrócił do Galilei, to jego Królestwo nadal jest blisko. Może ja nie będę miał w nim żadnego udziału, może Jezus mnie odtrąci, jak odtrącili jego uczniowie. Ale jestem pewien, że ty go jeszcze spotkasz.

– Pocieszasz mnie, Rzymianinie, choć swoi nie mają dla mnie słów pocieszenia? – powiedziała z wyrzutem, ale jej twarz pojaśniała, jakby padł na nią blask słońca, chociaż siedzieliśmy w cieniu altany. Dotknęła ręką mojej dłoni, a było to dotknięcie pełne energii. – Czy naprawdę w to wierzysz? Bo z pewnością i ja wierzę, choć biję się z myślami, gdyż nie odczuwam dostatecznie wiele szacunku wobec jego uczniów, których przecież sam wybrał. Jestem przewrotną niegodziwą babą, skoro nie uznaję jego własnej woli! Naucz mnie pokory, Rzymianinie.

– Powiedz lepiej, czy twoim zdaniem przyjmie mnie do swego Królestwa, mimo że jestem Rzymianinem? – spytałem z zapartym tchem.

– Uczniowie oczekują wciąż, że zbuduje Królestwo dla Izraela – fuknęła pogardliwie. – Ja uważam go za światłość całego świata. Dlaczego miałoby to nie dotyczyć tak samo ciebie, jak i dzieci Izraela, jeśli wierzysz, że jest Chrystusem? Jego Królestwem jest życie wieczne. Wiem, że ono jest w nim i u niego. Niczego innego mi nie potrzeba.

– Jak więc mam żyć? – spytałem, zastanawiając się nad jej słowami. – Czy wystarczy, że będę starał się być cichy i pokornego serca?

– Kochaj bliźniego jak siebie samego – odrzekła Maria Magdalena z niejakim roztargnieniem. – Czyń innym, co pragniesz, żeby tobie uczyniono. – Nagle zakryła twarz ręką i wybuchnęła płaczem.

– Jakże mam cię nauczać, skoro sama się rozczarowałam do jego nauki? Kiedy wędrowaliśmy za nim, byliśmy jak bracia i siostry. Niewiele trzeba było czasu, odkąd nas zostawił, abym w głębi serca wyhodowała zawiść i niechęć do swoich sióstr i braci. Może Jezus przysłał cię tutaj, żebym poskromiła w sobie zło? – Położyła dłoń na mojej opuchniętej nodze i głośno zaczęła się modlić: – Jezu Chryste, synu Boga, zmiłuj się nade mną grzeszną. Jeśli taka twoja wola, niechaj ta noga stanie się zdrową, jakby nigdy nie była chora. – Podniosła głowę i patrzyła na mnie z zapartym tchem. – To będzie znak. Odrzuć laskę i idź.

Wstałem i bez laski przeszedłem kilka kroków. Nie kulałem i nie czułem żadnego bólu.

– Niechże to będzie dla ciebie znak, o który prosiłaś – powiedziałem, wróciwszy do altany. – Nie potrzebuję znaków, i tak wierzę. Zresztą noga była już prawie zdrowa, nowa skóra wyrosła na wyczyszczonym przez greckiego lekarza miejscu, gdzie był ropień, kulałem chyba z przyzwyczajenia, no i dlatego, że napominał mnie, abym oszczędzał nogę.

– Czy mam odwołać swoją modlitwę, żebyś znowu zaczął kuleć? – spytała Maria Magdalena z uśmiechem, podnosząc z ziemi laskę.

– Nie rób tego! – zawołałem spiesznie. – Znowu zacząłbym kuleć i chybabym kuśtykał całe życie, gdybyś go o to poprosiła.

– Nie, nie! – zawołała Maria Magdalena, rozglądając się dookoła, jakby ją przyłapano na złym uczynku. – Nie można się modlić w jego imieniu o nic złego dla drugiego człowieka. W ten sposób można tylko sobie zaszkodzić. W jego imieniu nie można też nikogo przeklinać, tylko błogosławić. – Uśmiechając się promiennie wpatrywała się na wskroś mnie, postrzegając coś, czego nie mogłem zobaczyć. W zamyśleniu wyginała grubą i twardą dębową laskę, jakby to była cienka witka wierzbowa. Szeroko otworzyłem oczy, nie dowierzając im, aż wróciła do rzeczywistości, poczuła na sobie mój wzrok i spojrzała na mnie. – Czego się gapisz? – spytała i przestała zginać laskę w ręku.

Uniosłem ostrzegawczo obie ręce i mimowolnym szeptem poprosiłem:

– Zegnij moją laskę ponownie, jak to przed chwilą robiłaś…

Próbowała. Wytężała wszystkie siły, ale nie mogła zgiąć laski ani na jotę. Odebrałem ją – była to ta sama mocna i twarda laska, którą wspierałem swe kroki. Maria nie robiła tej sztuczki specjalnie, była zamyślona i nie zdawała sobie sprawy, że zgina laskę, toteż nie rozumiała, co mnie tak dziwiło. Przyszło mi na myśl, że zginanie twardego drewna jak witki wierzbowej jest cichym znakiem dla mnie, który nie wierzyłem w uzdrowienie nogi siłą imienia Jezusa Nazarejskiego. Nie zamierzałem jednak zwierzać się z tej myśli, bo ani nie rozumiałem, dlaczego tak się stało, ani nie czekałem na żadne znaki. Nadzieja wszakże znów zapaliła się w moim sercu. I jeszcze dodam, że to zginanie laski nie było spowodowane czarami; wcale nie odczuwałem wewnętrznego zziębnięcia, którego doświadczałem za każdym razem, gdy uczestniczyłem w seansie sztuk magicznych. Przeciwnie, byłem rześki i zupełnie przytomny. Powiedziałem więc: