Выбрать главу

– Mario Magdaleno, szczęśliwa niewiasto! On jest twoim panem, więc przestań się niecierpliwić. Jest przy tobie, chociaż go nie widzisz. Nie pojmuję, jak to możliwe, ale w to wierzę. Naprawdę jesteś błogosławioną pośród kobiet.

Wyszliśmy z altany, oboje przepełnieni radością i nadzieją. Maria Magdalena pokazała mi ogród, w którym hodowała zioła, i wylęgarnie gołębi. Opowiadała też o łapaniu dzikich gołębi – gdy była młodą dziewczyną, wspinała się po stromych zboczach zamieszkanego przez te ptaki wąwozu i nie bała się ani zbójów, ani przepaści.

Weszliśmy do domu, wypełnionego pięknymi kobiercami i drogimi meblami; powiedziała, że gdy wyzwoliła się z opętania, usunęła wszystkie greckie wazy i rzeźby, ponieważ Pismo zabrania trzymania w domu wizerunków ludzi czy zwierząt. Przypomniała sobie, że często pogrążony w myślach Jezus rysował coś gałązką na ziemi, ale zawsze ścierał nogą rysunek, zanim Maria albo ktokolwiek inny zdążył nań popatrzeć. Gdy tak spacerowaliśmy po tym wielkim domu, same nasuwały się jej na myśl wspomnienia o Jezusie i wiele ich opowiedziała.

Kazała służbie przygotować posiłek. Nie siadła jednak razem ze mną, tylko prosiła o zgodę na przestrzeganie żydowskiego obyczaju usługiwania mi w czasie jedzenia. Zawołała Marię z Beeret, pozwoliła, by wodą polała moje ręce, i z uśmiechem dawała jej wskazówki, jak najlepiej usługuje się jedzącemu mężczyźnie. Podała też własnoręcznie zmieszane lekkie białe wino galilejskie, które szło do głowy jak tchnienie wiatru. Po przekąsce'"słonej i słodkiej była pieczona ryba i kawałki mięsa gołębiego w sosie rozmarynowym. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek jadł tak dobrze i smacznie przyrządzone potrawy.

Gdy już się tak nasyciłem, że nie mogłem zjeść ani kęsa więcej, zgodziła się przysiąść na dywanie u moich nóg i zjeść wraz z Marią. Była łagodna, promienna i pięknie się uśmiechała. Patrzyłem na nią przez leciutką zasłonę wypitego wina. Naprawdę musiała być swego czasu jedną z piękniejszych i powabniej szych kobiet swego kraju. Marię z Beeret również ośmieliła jej życzliwość, tak że odważyła się odezwać:

– Kiedy się tak uśmiechasz, Mario Magdaleno, wierzę absolutnie, że mężczyźni aż z Damaszku i Aleksandrii przyjeżdżali, żeby spotkać się z tobą. Za otrzymane od nich podarunki wybudowałaś duży dom i kupiłaś piękne meble. Naucz mnie, w jaki sposób można otrzymywać od mężczyzn tak wspaniałe dary za to samo, za co poganiacze wielbłądów w Jeruzalem godzą się płacić ledwie kilka asów?

– Nie pytaj mnie o te sprawy – nachmurzyła się Maria Magdalena. – I wierz mi: żadnej kobiety tego nauczyć nie można. To jest udziałem opętanej, często opętanej przez kilka biesów na raz. Taki bies wyczerpuje kobietę i szczuje na samą siebie, więc ma stale jakby kłującą pętlę na gardle. I nic już jej nie zaspokoi, nic nie daje radości, aż znienawidzi siebie więcej niż mężczyzn, a mężczyzn bardziej niż cokolwiek.

– Może to i prawda. – Maria z Beeret spoglądała na nią z niedowierzaniem. – Mimo to chętnie przyjęłabym biesa, jeśli uczyniłby mnie piękniejszą w oczach mężczyzny.

– Zamilcz, głupia dziewucho, bo nie wiesz, co mówisz! – krzyknęła Maria Magdalena, uderzając ją dłonią po ustach.

Maria z Beeret przestraszyła się i wybuchnęła płaczem, a Maria Magdalena, oddychając ciężko, jakby była w gorączce, pokropiła wszystko dookoła wodą i rzekła:

– Nie będę cię przepraszała, bo nie uderzyłam cię z nienawiści, tylko dla twojego dobra. Żałuję, że mnie tego nie uczyniono, kiedym plotła równie lekkomyślnie jak ty przed chwilą. Szatan może cię zmusić, byś zamieszkała w grobowcu i żywiła się odpadkami. Żadne łańcuchy cię nie utrzymają ani najmocniejsi mężczyźni cię nie uspokoją, gdy bies w tobie wpadnie w szał. I sama nie wiem, które szatany są gorsze: czy te, które gryzą ludzkie ciało, czy też te, które pożerają duszę człowieka, aż zostanie mu tylko przeraźliwa pustka. Zmartwiłaś mnie, ale nie mam do ciebie żalu. Dobrze się stało, że przypomniałaś mi moją przeszłość. Pod tą powabną powłoką krył się do nagości obgryziony szkielet! Przeze mnie diabły doprowadziły do zguby wielu mężczyzn! Moja wina jest ogromna, choć mi wybaczono. Powinnaś się modlić: Nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Ty natomiast w swoim sercu zanosisz modły: Powiedź mnie na pokuszenie i doprowadź do złego. Widzę to po twoich oczach i ustach, i po stopach, które tak niecierpliwie postukują o podłogę. Czy nie pamiętasz już, jak w Jeruzalem obiecywałaś do końca życia zadowalać się kawałkiem chleba jęczmiennego, jeśli wydobędziesz się z nędzy? Dlatego wysłałam cię do tego Rzymianina, ale ty zamiast patrzeć w ziemię i dziękować, próbujesz zarzucić na niego sieci.

Maria z Beeret chlipała przerażona, nie śmiąc się nawet na mnie spojrzeć. W głębi serca było mi jej żal, lecz Maria Magdalena srogo popatrzyła na nią spod zmarszczonych brwi.

– Pomyśl dobrze, czego chcesz: pokusy, grzechu i zła, które doprowadzą cię do zguby, czy prostego życia?

– Chcę przebaczenia za grzechy i oczyszczenia, abym znów była nieskalana – szybko odpowiedziała Maria z Beeret, unosząc na chwilę głowę. – Nie zmuszaj mnie, żebym wyznała, czego chciałabym później. Ale czy to może się spełnić, choćbym nie wiem jak gorąco się modliła?

– Rozumiem cię lepiej, niż sądzisz, czytam w twoich prostych myślach – rzekła Maria Magdalena. – Zaufaj mi, bo jestem bardziej doświadczona od ciebie. Zdejm z siebie te pstrokate łaszki i tanie ozdoby i dla swego dobra zostań u mnie. Nauczę cię łapać gołębie, a twoje serce oczyszczę ze złych myśli. Jeśli objawi mi się Jezus Nazarejski, może zechce ci okazać miłosierdzie.

– Tego się właśnie bałam! – krzyknęła Maria z Beeret i przylgnęła do moich kolan, zanosząc się jeszcze większym płaczem.

– Marku, nie zostawiaj mnie u tej kobiety! Zapędzi mnie do roboty albo sprzeda w niewolę! Ma straszną opinię, tylko ty jeszcze o tym nie wiesz!

– Gdybyś była bardziej doświadczona, tobyś zrozumiała, że już najwyższy czas, abyś odeszła od Marka, zanim będzie miał cię dosyć i odprawi, a ty najesz się wstydu. Skąd wiesz, czy u mnie nie nauczysz się, jak stać się bardziej interesującą?

Odetchnąłem z ulgą widząc, jak Maria Magdalena z dużym taktem stara się uwolnić mnie od coraz bardziej nieznośnego ciężaru. Maria z Beeret ściskała i zwilżała łzami moje kolana, ale po jakimś czasie uspokoiła się i pogodziła ze swym losem. Maria Magdalena posłała ją, aby umyła twarz i przebrała się, a kiedy tamta wyszła, powiedziała:

– Czuję się odpowiedzialna za tę dziewczynę. Jest jeszcze taka młoda, że jej serce jest równie podatne na dobro, jak i na zło, a przy tym kusi mężczyzn. Dobrze o tobie świadczy, że przetrzymałeś próbę i nie uległeś złu. Maria z Beeret jest taka niewinna w swojej prostocie! Gdybyś ją zgorszył, lepiej by ci było kamień młyński zawiesić u szyi i utopić się w głębokim morzu.

– Wcale nie zamierzałem jej zgorszyć – stwierdziłem obrażony.

– Odwrotnie, to ona próbowała mnie uwieść. Gdybym się nie rozchorował, może nawet wziąłbym ją z nudów, kiedy Zuzanna i Natan zostawili mnie. Ale lepiej jej będzie u ciebie. Zaopiekuj się nią, a ja będę mógł swobodnie szukać Jezusa Nazarejskiego.

– Wiesz – powiedziała Maria Magdalena – sądzę, że Zuzanna wcale cię nie oszukała. Jest na to zbyt prostolinijna. Może tkwi bezradna w Kafarnaum, przekonana, że nic się nie dzieje. Ale pozwól, że zapytam: czego ty chcesz od życia, Marku Mezencjuszu?