Выбрать главу

Jej pytanie kazało mi uporządkować myśli i zastanowić się nad sobą.

– Miałem w życiu szczęście. W młodości studiowałem języki w Antiochii, kształciłem się w szkole retoryki na Rodos. Szczytem moich marzeń było wówczas stanowisko kancelisty namiestnika w którejś prowincji wschodniej albo filozofa domowego przy jakimś rzymskim patrycjuszu. Byłem rozgoryczony, gdy po przybyciu do Rzymu nie dostałem się do konnicy, choć wcześniej wcale nie marzyłem o służbie wojskowej. Dzięki spadkowi otrzymałem prawo noszenia sygnetu rycerskiego, ale wtedy już nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Raczej lekceważę zaszczyty, a pierścień noszę w sakiewce. Ilekroć otrzymywałem to, o co zabiegałem, przestawało mieć dla mnie prawdziwą wartość. Potem oślepiła mnie namiętność, aż musiałem uciekać z Rzymu, żeby mnie nie zamordowano… Czego oczekuję od życia? Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Bezskutecznie dociekam, jaka siła zmusiła mnie do wyjazdu z Aleksandrii do Jeruzalem i zatrzymała przy krzyżu żydowskiego króla, gdy cały świat pociemniał. Przez kaprys Fortuny w początku wieku męskiego mogłem mieć wszystko, czego wcześniej nadaremnie pożądałem: przyjaźń, życzliwość, rozkosze ciała. Władzę też bym otrzymał, gdybym tylko po nią sięgnął, ale nigdy nie mogłem zrozumieć żądzy władzy. Szybko zresztą czułem smak popiołu w ustach. Po bezgranicznej rozkoszy byłem tylko niespokojny. Ale wiem, że nie chcę jako opuchnięty zgrzybiały starzec tępo powtarzać zużytych myśli i wyświechtanych frazesów. A to jedyna rysująca się przede mną przyszłość. Gdybym wrócił do Rzymu, zapewne skrócono by mnie o głowę w czasie zbliżającego się nieuchronnie przewrotu. Na tyle szanuję duchy opiekuńcze cesarza, że nie chcę mieszać się w intrygi żądnych krwi ludzi niskiego pochodzenia. Wolę być cichy i pokornego serca.

– Czego oczekujesz od Jezusa Nazar ej skiego? – dociekała Maria Magdalena.

– Odgadłem, na czym polega jego Królestwo. Nie jest ono tylko marzeniem i poezją, jak królestwo zmarłych Wergiliusza, jest realne jak rzeczywistość, w której żyjemy, wkracza w nią i narusza jej spokój. Mario Magdaleno, jestem szczęśliwy, że mogę żyć teraz, gdy on jest w Galilei. Nie, nie proszę go o nic, nie chcę niczego, czego on sam nie chciałby mi dać. Rozumiem, Królestwo nie może być ziemskim królestwem, to na pewno coś zupełnie nowego, inaczej nie miałoby sensu. Przecież różne królestwa budowano od początku świata i wszystkie się rozpadły, nawet władztwo Aleksandra. Chociaż Rzym może się utrzyma…

Rozmawialiśmy też o innych sprawach, aż wróciła Maria z Beeret. Zmyła szminkę z twarzy i gładko uczesała włosy, włożyła prostą białą tunikę, a nogi miała bose. Była taka młoda i urocza, że rozczuliłem się i przestałem źle o niej myśleć. Ażeby nasze rozstanie nie było zbyt bolesne, postanowiłem zaraz wracać do Tyberiady. Maria Magdalena obiecała bezzwłocznie wysłać mi wiadomość, gdyby dowiedziała się czegoś ważnego, i prosiła o przekazanie pozdrowień Joannie i Klaudii Prokuli.

Poszedłem pieszo do wioski, noga w ogóle mi nie dokuczała. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie byłoby dobrze przespacerować się wzdłuż wybrzeża do Tyberiady. Nad brzegiem spotkałem rybaków, którzy przywieźli nas łodzią. Wbrew mojemu poleceniu zostali i czekali na mój powrót, ponieważ nie spieszyli się, a dobrze im zapłaciłem. Niebo zaciągnęło się chmurami i zerwał się wiatr, fale huczały spienionymi grzywami. Obydwaj rybacy spoglądali na niebo i czarne chmury, wiszące nad przełęczą górską, przestrzegając:

– Morze Galilejskie jest zdradliwe. Mogą nadejść nagłe uderzenia wiatru od strony lądu i zalać łódź. Czy umiesz, panie, pływać?

Odpowiedziałem, że w młodości wygrałem zakład przepływając z Rodos na kontynent grecki i nie bałem się prądu morskiego, ale oni nigdy nie słyszeli o wyspie Rodos i nie potrafili docenić mojego wyczynu. Muszę dodać, że wówczas towarzyszyła mi całą drogę łódź i nic nie zagrażało memu życiu, a bardziej niż chęć wygrania zakładu dopingowała mnie pamięć o podniecającej dziewczynie, która obiecała mnie uwieńczyć, jeśli dopłynę. Wytężałem siły do granic wytrzymałości, po zwycięstwie przestałem nagle żywić sympatię do dziewczyny.

Położyłem się na poduszkach na rufie i obserwowałem szybko przebiegające po niebie chmury. Rybacy zawinęli tuniki do pasa, zepchnęli łódź na wodę i chwycili za wiosła. Oczywiście doskonale wiedzieli, iż gościłem w domu Marii Magdaleny. W wiosce rybackiej wszyscy się znają, a obcych obserwują szczególnie starannie, więc moja wizyta nie mogła pozostać tajemnicą. Nawet nie dziwili się, że zostawiłem Marię z Beeret, wymienili między sobą na ten temat, śmiejąc się, kilka dwuznacznych uwag.

– Co przez to rozumiecie? – spytałem z gniewem.

– Ależ nic złego. Tylko wygląda na to, że hodowczyni gołębi wraca do starych obyczajów. Czy dużo ci zapłaciła za dziewczynę?

– Ona wzięła ją z dobroci serca, żeby nauczyć fachu! – krzyknąłem, choć nie musiałem się tłumaczyć, ale zirytowałem się uszczypliwościami pod adresem Marii Magdaleny.

– Tak, tak! Dobrze nauczy fachu dziewczynę! – rybacy ryknęli śmiechem. – Przedtem też kształciła dziewuchy w grze na pogańskich instrumentach, wykonywaniu rozpustnych tańców i łapaniu gołębi, ale jakich gołębi, tego nie powiemy z poczucia przyzwoitości.

Nie zdążyłem im odpowiedzieć, bo gwałtowny poryw wiatru przechylił łódź, bałwany wzniosły ją wysoko i spieniona fala chlusnęła do środka, zalewając moje posłanie. Krzyknąłem tylko, że powinni potraktować to jako karę za niegodziwe słowa, i zaraz wszyscy mieliśmy mnóstwo roboty z utrzymaniem ciężkiej łodzi w kierunku przeciwnym do wiatru. Wicher miotał nią jak szczapą, a gdybyśmy spróbowali płynąć z falami, łódź natychmiast wypełniłaby się wodą.

A ci dwaj, gamonie, chcieli postawić maszt i żagle! Stanowczo się temu sprzeciwiłem, ponieważ łódź nie miała balastu. Zza gór sunęły sztormowe chmury, ściemniło się i błyskawice rozdzierały niebo. Na wyścigi wylewaliśmy wodę z łodzi, lecz nie na wiele się to zdało. Wichura pchała nas na wschodni brzeg, zaczęliśmy dryfować. Przemoczeni do nitki i przestraszeni rybacy, groźnie na mnie spoglądając, wyrzekali:

– Ty pogański Rzymianinie, razem z tobą wzięliśmy do łódki przekleństwo! Popełniliśmy bezbożny czyn, pomagając ci zawieźć żydowską dziewczynę do lupanaru. Ale nie znaliśmy twoich zamiarów.

– Sami ściągnęliście na siebie przekleństwo, źle mówiąc o Marii Magdalenie-odgryzłem się, zanurzony w wodzie po szyję i trzymając się burty.

Woda nie była wprawdzie bardzo zimna, lecz i tak zdążyliśmy dobrze zziębnąć, zanim wiatr na tyle się uspokoił, że mogliśmy ją wylać z łodzi i wpłynąć do ujścia wyschniętego potoku. Płaski odcinek brzegu był tutaj węższy niż zachodni, wprost przed nami wznosiły się strome góry. Wicher wciąż dął, a fale biły o brzeg z taką siłą, że pod wieczór rybakom przeszła ochota na wiosłowanie pod wiatr, chociaż przypuszczali, że na noc ucichnie.

Zaczęło się zmierzchać i było nam zimno, choć wykręciliśmy odzienie z wody jak można najlepiej. W oddali, tam, gdzie z niskiego brzegu wystrzelały góry, dostrzegliśmy maleńki szałas, a przed nim migocący ogień. Zaproponowałem, żeby tam się udać i wysuszyć ubrania, ale rybacy wahali się i ostrzegali:

– Jesteśmy na obcym brzegu. Na szczęście nie mamy sieci, inaczej zapłacilibyśmy karę za połowy w niedozwolonym miejscu. Na tę stronę uciekają rozbójnicy i przestępcy z Galilei, w grotach zaś mieszkają trędowaci.

Rybacy mieli ze sobą krzemień i żelazo, lecz fale sztormowe tak zmoczyły wszystko na brzegu, że nie mogliśmy rozpalić ognia. Skierowałem się do szałasu, a rybacy szli za mną z ociąganiem. Z bliska zobaczyłem, że przed szałasem siedzi mężczyzna i dorzuca chrust do ognia, którego płomień strzelał wysoko w górę. Poczułem zapach smażonej ryby i chleba. Obok szałasu wisiała susząca się sieć.