Выбрать главу

– Pokój tobie – powitałem samotnego rybaka. – Wpadliśmy w sztorm. Czy pozwolisz, żebyśmy wysuszyli się przy ogniu?

Zrobił nam miejsce, więc rozebrałem się i rozwiesiłem odzienie na kiju. Na rozgrzanych płaskich kamieniach piekł się chleb, a na rozżarzonych węglach dwie duże ryby. Według miary rzymskiej minęła godzina szósta. Zacieniony górami brzeg, na którym się znajdowaliśmy, ogarnął już zmierzch, chociaż na zachodnim brzegu nadal jarzył się odblask światła nad budynkami i krużgankami Tyberiady.

Nieznajomy rybak miał czyste oblicze, wyglądał na potulnego i prostego człowieka, którego nie trzeba się bać. Przyjaźnie powitał rybaków i zrobił im miejsce koło ognia. Obmacali jego sieci i spytali o połowy. Powiedział nieśmiało, że ma nadzieję, iż sztorm przygna ławicę do zatoczki i że rano będzie próbował szczęścia.

Nie zapraszał nas oficjalnie do posiłku, lecz – jakby to rozumiało się samo przez się – wziął chleb, pobłogosławił, odłamał po kawałku dla każdego z nas i dla siebie. Miał też kwaśne wino. Nalał go do kubeczka zrobionego z korzeni winorośli, też pobłogosławił i podał nam do picia: wszyscy czterej piliśmy z tego samego kubka. Rybę piekł po mistrzowsku, a że nie miał soli, przyprawił ją rosnącą na brzegu polną cebulą i cierpkimi ziołami. Jedliśmy w milczeniu. Zauważyłem, że moi rybacy od czasu do czasu spoglądają podejrzliwie na samotnika, który patrzył w ziemię, uśmiechał się do siebie i jakby delektował każdym kęsem. Po posiłku, zapewne dla ukrycia swej nieśmiałości, w roztargnieniu rysował coś patykiem po piasku.

Mokre ubrania wyschły przy ogniu. Czułem, jak ziąb ustępuje z mych członków, ciepło rozchodzi się po ciele. Było mi bardzo dobrze. Ogarnęło mnie senne znużenie, oczy same się zamykały. Patrzyłem na mężczyznę, który tak gościnnie i bez słowa podzielił się z nami posiłkiem. Miał blizny na rękach i nogach, a w twarzy coś jakby pozostałości gorączki i niemocy – chyba przechodził ciężką chorobę i dla jej przezwyciężenia usunął się w samotność. Ale nie chciałem być natrętny, bo i rybacy go o nic nie pytali. W ten sposób nawet się nie spostrzegłem, gdy nagi zasnąłem przy ognisku i tylko przez sen czułem, że ktoś okrywa mnie moimi osuszonymi szatami.

Potem miałem sen i obudziłem się jak w gorączce. Zerwałem się i usiadłem. Moi rybacy spali mocno, lekko pochrapując. Gorące łzy piekły, spływając mi po twarzy, ogarnęło mnie wrażenie niewysłowionego osierocenia. Ognisko prawie wygasło. Po gwiazdach i księżycu widziałem, że musiała już minąć trzecia godzina nocnej warty. Jezioro przede mną skrzyło się gładkie i błyszczące jak lustro. Ale czwartego spośród nas nie było. Zaniepokojony zerwałem się na równe nogi. Z uczuciem ulgi zobaczyłem, że stoi kilka kroków dalej, odwrócony do mnie plecami, patrząc w jezioro. Okryłem się płaszczem, szybko podszedłem do niego i przystanąłem obok.

– Na co patrzysz? – spytałem.

– Zobaczyłem otwarte niebo i jasność mego Ojca i zatęskniłem do domu Ojca mego – odrzekł nie odwracając się.

Mówiłem do niego po grecku i w tym języku otrzymałem odpowiedź. Dlatego też, a także na podstawie jego słów, doszedłem do przekonania, że jest być może uczniem zamęczonego Jana Chrzciciela, uciekł przed prześladowaniem Heroda do pustelni i żywi się samymi rybami. /

– Ja także szukam Królestwa. Obudziłem się we łzach tęsknoty. Zaprowadź mnie na właściwą drogę – poprosiłem.

– Droga jest tylko jedna: co uczynisz jednemu z najmniejszych, mnie uczynisz. – A po chwili dodał: – Nie tak jak daje świat, ja wam daję. Niech się nie trwoży serce twoje ani się nie lęka. Duch prawdy przyjdzie po mnie, ale świat przyjąć go nie może, ponieważ świat go nie widzi ani nie zna. Ale jeśli go poznasz, będzie przebywać u ciebie i w tobie. Nie zostawię nikogo sierotami.

Serce topniało mi jak wosk, oczy zasnuły się łzami i podniosłem bezradnie ręce, lecz nie odważyłem się go dotknąć.

– Nie mówisz jak zwykły człowiek – szepnąłem. – Mówisz jak ten, który ma władzę.

– Dana mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi.

Dopiero teraz odwrócił się do mnie. W świetle gwiazd i księżyca widziałem jego czarowny uśmiech, z którym patrzył na mnie. Jego spojrzenie rozbierało, jakby jedna warstwa odzienia po drugiej spadała ze mnie, i stawałem się coraz bardziej obnażony. Jednakże to uczucie nie było przykre – było wyzwalające.

– Tam-wskazał na drugą stronę j eziora – w książęcym mieście, w teatrze greckim, płacze w tej chwili dziewczyna, której umarł brat i nie ma znikąd pomocy. Co ci się śniło?

– Widziałem we śnie białego konia – przypomniałem sobie.

– Niech tak będzie. Za kilka dni będziesz oglądał wyścigi. Postaw na biały rydwan. Potem odszukaj dziewczynę i daj jej wygraną.

– Jak w tym wielkim mieście mam znaleźć dziewczynę, która straciła brata? I ile mam postawić?

– Ileż zbędnych pytań, Marku!… – zganił mnie. Uśmiechnął się znowu, ale tym razem jego uśmiech był tak smutny, aż mnie zabolało.

– Skąd znasz moje imię? Czy ja ciebie znam? Wydaje mi się, jakbym cię gdzieś wcześniej spotkał.

– Czy nie wystarczy, że ja znam ciebie? – odrzekł potrząsając głową.

Pomyślałem, że specjalnie się maskuje, i utwierdziłem w przekonaniu, że musi być jednym z cichych, któremu rozmyślania religijne i samotność pomieszały rozum. Bo jakże inaczej mógłby się chełpić, że ma pełnię władzy na niebie i ziemi? A może ma zdolności jasnowidza? Dlatego postanowiłem zapamiętać jego rady. On wszakże jeszcze powiedział:

– Och, człowieku! Patrzysz, a nie widzisz. Słuchasz, ale nie słyszysz. Zapamiętaj sobie, Marku. Będziesz musiał umrzeć dla mojego imienia, aby zajaśniało w tobie, tak jak mój Ojciec zajaśniał we mnie.

– Tyle złego mi przepowiadasz – przestraszyłem się, lecz tak naprawdę w ogóle nie pojąłem jego słów. Pomyślałem, że pewnie mówi źle po grecku, więc nie mogę dokładnie zrozumieć.

Westchnął głęboko i zsunął z barków płaszcz aż do pasa, obnażając górną część tułowia. Był tak ubogi, że nie miał na sobie nawet tuniki. Odwróciwszy się do mnie plecami polecił, abym dotknął jego pleców.

Wyciągnąłem rękę, zrobiłem, co kazał, i palcami wyczułem blizny po biczowaniu. Ponownie westchnąwszy dotknął boku – przesunąłem tam dłoń i znalazłem głęboką szramę. Był torturowany i męczony, więc nic dziwnego, że rozum mu się pomieszał. W duchu przeklinałem Żydów, którzy dla swojej religii w tak straszliwy sposób prześladowali się nawzajem. W tym człowieku nie było zła, chociaż mówił tak nieskładnie. Ogarnął mnie głęboki żal i zaproponowałem:

– Podaj mi swoje imię. Może będę mógł spowodować, żeby cię już więcej nie prześladowali.

– Jeśli uznasz mnie przed ludźmi, gdy nadejdzie chwila, to i ja uznam cię przed Ojcem moim.

– Ale jak się nazywasz? – nalegałem. – I kim jest twój ojciec, skoro tak się nim chełpisz, dziwny człowieku?

Nie odpowiedział, tylko narzucił płaszcz na ramiona i odszedł wzdłuż wybrzeża. Tak, był dziwny, ale był człowiekim z krwi i kości, co sam ręką wyczułem. Nie ośmieliłem się iść za nim i zamęczać go dalszymi pytaniami. Wróciłem do szałasu, gdzie zasnąłem natychmiast i nic mi się nie śniło.

Obudziłem się, gdy słońce świeciło mi w oczy zza gładkiego jak lustro jeziora i wyzłoconych słońcem gór. Po drugiej stronie wody lśniły kolumny Tyberiady i wszystko w mych oczach wydawało się świeże i piękne, jakbym nowo narodzony obudził się w nowym świecie. Obydwaj rybacy byli już na nogach, właśnie wznieśli ręce i modlili się słowami „Słuchaj, Izraelu". Nie było ani samotnego rybaka, ani jego sieci. Ułożył natomiast pozostałości posiłku wieczornego, jakby zapraszał nas do zjedzenia. Chętnie to uczyniliśmy, a następnie udaliśmy się do zatoki, zepchnęli łódź na wodę i wsiedli. Rozglądałem się, chcąc ujrzeć samotnego rybaka, lecz nigdzie go nie widziałem, chociaż wczoraj mówił, że rano będzie łowić ryby. Nie został po nim ślad.