Выбрать главу

Rybacy ostro zabrali się do wioseł. Łódź przecinała wodę, w której odbijały się grzbiety gór i płonące smugi wstającego słońca. Ja nadal miałem to dziwne uczucie obnażenia, a im więcej myślałem o tym, co wydarzyło się w nocy, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać, czy aby to wszystko mi się nie przyśniło. Bo jaki pustelnik znad Morza

Galilejskiego zna język grecki?

Rybacy napierali na wiosła, wypatrując właściwego kierunku, i ani razu nie obejrzeli się za siebie. Zapewne chcieli jak najszybciej oddalić się od obcego brzegu. Ja oglądałem się wielokrotnie, usiłując wypatrzeć sylwetkę samotnika, lecz nigdzie nie było go widać. W końcu spytałem:

– Kim był ten człowiek, przy którego ognisku nocowaliśmy? Czy znacie go?

– Nie bądź taki ciekawy, Rzymianinie. Przecież byliśmy na obcym brzegu – rzekł jeden.

Po chwili drugi dodał:

– Chyba kiedyś widziałem, jak przemawiał do ludzi. Ale zdaje się, że go wychłostali i wyrzucili z Galilei. Do tego niewiele trzeba. Jana skrócili o głowę, gdy odważył się zakazać naszemu księciu ożenku z żoną jego brata.

– Z twarzy i oczu było w nim coś z Jezusa Nazarejskiego. – powiedział pierwszy. – Zrazu omal nie wziąłem go za Mistrza. Ale Jezus był wyższy i bardziej władczy, nie taki potulny jak ten. Czy to przypadkiem nie jego brat albo jakiś towarzysz, który się ukrywa?

Nieprawdopodobna myśl jak błyskawica uderzyła mi do głowy i przeszyła na wylot całe ciało.

– Zawracamy! – krzyknąłem, zrywając się na równe nogi.

Nie usłuchali mnie, dopóki nie zagroziłem, że skoczę do wody i popłynę wpław do brzegu. Niechętnie zawrócili łódź i powiosłowali z powrotem. Dziób łodzi jeszcze nie zdołał otrzeć się o brzeg, a ja już wskoczyłem do wody i zdyszany pobiegłem pędem do szałasu. Wszystko było jak przedtem, palenisko i wgłębienie w ziemi, ale nie zastaliśmy żywej duszy. Jak wariat biegałem po wybrzeżu w obydwie strony, na próżno wypatrując bodaj śladów stóp, aż rybacy siłą schwytali mnie i wsadzili do łodzi.

Zakryłem twarz, wyrzucając sobie głupotę, że go nie poznałem. Potem znów mnie ogarnęło zwątpienie, bo przecież ten mężczyzna był żywym człowiekiem, co stwierdziłem własnymi rękami. Nie zauważyłem w nim żadnej boskości, która byłaby zgodna z moim wyobrażeniem istoty nadprzyrodzonej. Jego słowa odbierałem jako świadectwo zaćmienia umysłu. Dlaczego jednak boskość ma być właśnie taka, jak sobie wyobrażam? A może boskość jest równie prosta jak chleb, którym nas karmił, i wino, które wypiliśmy? Czy mogę wyrokować, do czego ma być podobny syn Boga i w jaki sposób ma się objawiać ludziom?

Ogarnęła mnie dręcząca niepewność i nie wiedziałem już, czemu dać wiarę. Dlatego jeszcze raz w myślach słowo po słowie powtórzyłem swoje pytania i jego odpowiedzi. Nadal nic nie rozumiałem, ale pomyślałem, że wkrótce okaże się, czy rzeczywiście będę oglądać wyścig rydwanów w tyberiadzkim cyrku.

– Sam wam wczoraj opowiadałem, że Nazarejczyk powstał z grobu trzeciego dnia – ze złością wypominałem rybakom. – Skoro domyśliliście się, że to on, czemu nie rozmawialiście z nim?

– A po co mieliśmy do niego mówić? – odpowiedzieli pytaniem na pytanie, spoglądając po sobie. – Gdyby miał do nas sprawę, toby nam powiedział. Poza tym baliśmy się. – Po czym dodali: – Nie mamy zamiaru nikomu opowiadać o tym spotkaniu i ty też lepiej zrobisz milcząc. Jeśli to rzeczywiście był Jezus Nazarejski, w co trudno uwierzyć, to ma swoje powody, żeby ukrywać się przed Rzymianami.

– Jeśli to był on, to nie musi obawiać się niczego na świecie. Zresztą w Jeruzalem ukazał się swoim uczniom, którzy znajdowali się za zamkniętymi drzwiami.

– Cudzoziemcze – zaśmiali się serdecznie – nie wierz wszystkiemu, co opowiadają Galilejczycy! Mamy bardzo bogatą wyobraźnię!

Dotarłem wreszcie do swojego pokoju w luksusowym greckim zajeździe i poczułem ogromną ulgę na myśl, że w końcu jestem sam i mogę spokojnie rozmyślać i spędzać dzień, jak mi się podoba. Dotąd Maria z Beeret bez przerwy plątała się koło mnie. Jak bardzo mi przeszkadzała, uświadomiłem sobie dopiero teraz, kiedy uwolniłem się od niej dzięki Marii Magdalenie.

Usiłowałem przemyśleć wydarzenia znad jeziora, lecz cisza wokół mnie stawała się pustką, a serce ogarnęło niespokojne rozdrażnienie. Tutaj, w wygodnym otoczeniu, gdzie do rangi spraw najważniejszych urasta kwestia przyjemnego spędzenia czasu, omawiania dolegliwości i zjadanie posiłków, nie mogłem w żaden sposób przyjąć do świadomo-, ści, że naprawdę spotkałem Jezusa Nazarejskiego. Wstrząs spowodowany sztormem zmącił mój umysł i narzucił taką pokrętną interpretację faktów. Przecież nawet rybacy szydzili ze mnie. Gdyby to był Jezus i gdyby chciał mi się objawić, to chyba mówiłby ze mną otwarcie i sam by się przedstawił.

Niepokój narastał, aż stał się tak męczący, że nie mogłem usiedzieć na miejscu. Chodziłem tam i z powrotem po pokoju i już nie umiałem cieszyć się samotnością. W końcu wysłałem wiadomość o swoim powrocie do Klaudii Prokuli, ale odpowiedziała, że nie ma dla mnie czasu. Posłaniec doniósł, że przybyli do niej dostojni goście z pałacu Heroda Antypasa.

Dopiero następnego dnia Klaudia Prokula przysłała przez służącego zaproszenie na obiad. Nie byłem jedynym gościem, przybył bowiem również rzymski doradca Heroda Antypasa, małżonek Joanny imieniem Chuza, oraz osobisty lekarz Heroda przysłany przez księcia dla zbadania dolegliwości Klaudii Prokuli. Lekarz ten był liberalnym Żydem, studiował na wyspie Kos i tak przesiąknął greckim duchem, że był bardziej grecki niż rodowici Grecy. Przed przyjściem Klaudii Prokuli podano nam wino i ostre przekąski. Dworzanie księcia zadawali mi różne podchwytliwe pytania, ale ograniczyłem się do wychwalania leczniczych właściwości tyberiadzkich wód i na dowód ich skuteczności pokazywałem nogę, którą tak szybko wykurowano z zakażenia krwi.

Klaudia Prokula życzyła sobie, aby w obiedzie uczestniczyła Joanna, chociaż jej mąż wyraźnie tego nie pochwalał. Joanna cały czas milczała, natomiast bardzo blada Klaudia Prokula skarżyła się, że nadal cierpi na bezsenność, a kąpiele ją tylko znużyły. Jeśli uda jej się zasnąć, mówiła, męczą ją koszmarne zjawy, aż służba musi ją budzić, bo strasznie jęczy przez sen.

– Ach, Marku, nie zgadniesz, w jakie wpadłam tarapaty, choć jestem chora. Mój mąż przestrzegał mnie przed taką ewentualnością, ale nawet się nie domyślał, że znajdę się w tak trudnej sytuacji. Nigdy nie wymagałam zbyt wiele i nie mieszałam się do polityki. Książę Galilei i Perei, Herod, jest aż za bardzo łaskawy. Pragnie za wszelką cenę zorganizować wyścigi rydwanów pod moim patronatem, aby w ten sposób okazać przyjaźń dla Poncjusza Piłata. Nie chciałabym jednak wywoływać sensacji, już i tak uczynił dla mnie wiele, bo na wieść o moim przyjeździe wysłał aż do granicy eskortę jeźdźców w purpurowych płaszczach. Spójrz tylko – wyraźnie złośliwie popatrzyła na dworzan księcia – chcą, abyśmy jego piękna małżonka Herodiada i ja siedziały obok siebie w książęcej loży i razem przyjmowały oklaski tłumu. Ale ja nawet nie znam Herodiady! Słyszałam, że jej małżeństwo jeszcze nie jest ważne w myśl żydowskiego Prawa.

Dworzanie szybko podnieśli ręce, jakby odżegnując się od takiej zniewagi; zauważyłem też, że długobrody Chuza jest zaniepokojony. Nie miałem nic do stracenia i nie zależało mi na przychylności księcia, dlatego powiedziałem otwarcie, bo zrozumiałem, że Klaudia Prokula tego pragnie: