Выбрать главу

W przyzwoitych i bezpiecznych wyścigach, które znawcy lubią ustawiać tak, by napięcie wzrastało, wypuszcza się po dwa rydwany równocześnie, aby kilkakrotnie przejechały po torze. Rydwan, który przegrywa, zostaje wyeliminowany z wyścigu i dwa ostatnie rozgrywają bieg finałowy. Ale barbarzyńcy kochają ryzyko i skandale. Ogromnie byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem, że wszystkie rydwany ustawiły się jednocześnie w rzędzie. Słyszałem, że mają zrobić w jednym biegu czterdzieści okrążeń. Żal mi było koni, bo wiele z nich połamie nogi, a nie ulegało wątpliwości, że takie rozgrywanie wyścigu spowoduje także śmiertelne ofiary w ludziach.

Patrzyłem na spłoszony i stawiający opór biały zaprzęg. Przypomniałem sobie, co mi powiedział w nocy samotny rybak, lecz w duchu zastanawiałem się, czy rzeczywiście warto na niego stawiać. Zacząłem się wypytywać, odpowiedziano, że to był faworyt, ale z uwagi na to, co pokazał na wstępie, nikt już nie chciał na niego stawiać. W takim trudnym wyścigu grupowym odniosą zwycięstwo zapewne mocne konie i cierpliwi jeźdźcy.

– Rydwan Heroda! – krzyknęła Klaudia Prokula, entuzjastycznie wznosząc ręce. Lśniące czarne konie oraz ich czarnoskóry woźnica wyglądali rzeczywiście imponująco. Występowali jednak jako zaprzęg czerwony, a nie czarny; przecież żaden rozsądny człowiek nie będzie obstawiał czarnego koloru! Klaudia niedbale na wpół odwróciła się w moją stronę i spytała: – Masz chyba dość pieniędzy?

Powinienem był odgadnąć, dlaczego tak gorąco namawiała, żebym z nią jechał. Nie spotkałem dotąd kobiety, która by robiła zakłady własnymi pieniędzmi! Jeśli przegra, może bez kłopotu zapomnieć o pożyczce i tylko narzekać na fatum. Jeśli wygra, w najlepszym razie odzyska się stawkę.

– Sto drachm – powiedziałem niechętnie.

– Marku Mezencjuszu Manilianusie! – Klaudia Prokula odwróciła się do mnie całkowicie i zdumiona spytała: – Czy specjalnie mnie obrażasz, czy też naprawdę stałeś się Żydem? Powiedz chociaż: sto złotych monet. I to byłoby zbyt mało na tak wspaniałe konie.

Znalazłem się w tarapatach, lecz między ławami zajętymi przez arystokrację kręcili się tyberiadzcy bankierzy i też przyjmowali zakłady. Zawołałem imię, które mi podał Arystenos, i wskazano mi człowieka, który – sądząc po twarzy i ubraniu – mógł być bliźniakiem jeruzalemskiego bankiera. Zwierzyłem mu się ze swego kłopotu. Udzielił mi szczodrego kredytu i po cichu poinformował, że przy obstawianiu koni Heroda nie ma co oczekiwać przyzwoitej wygranej, najwyżej jeden do jednego. Udało mu się w końcu skłonić do przyjęcia zakładu pewnego arystokratę z Idumei, a i ten oświadczył, że robi to wyłącznie z grzeczności dla żony prokuratora Judei.

– Pamiętaj o mnie, gdy będziesz liczyła pieniądze po zwycięstwie – zawołał uśmiechając się do Klaudii Prokuli i wpisując swe nazwisko na tabliczce woskowej, jakby złożył jej dar.

Jeszcze raz spojrzałem na zaprzęgi, którym było trudno ustać w miejscu. Długie oczekiwanie na start jest potrzebne nie tylko w celu obstawienia koni – ma też zdenerwować woźniców i konie. Bałem się, że któryś rydwan wywróci się jeszcze na wybiegu. Biały zaprzęg arabskiego wodza wyraźnie nie był przyzwyczajony do okrutnej jazdy grupowej, konie kopały wóz i kąsały wędzidła, w kącikach ich pysków widziałem pianę.

– Ile dałbyś za biały rydwan? – spytałem bankiera.

– Jeśli już chcesz mi te pieniądze podarować – powiedział z uśmiechem – to sam przyjmę zakład i dam jeden do siedmiu. Ile mam zapisać?

– Czterdzieści złotych monet od Marka na biały rydwan, siedem do jednego – zdecydowałem w ostatniej chwili, bo Herod już podnosił włócznię.

Bankier zanotował dokładnie wtedy, gdy opatrzona chorągiewką włócznia wbiła się w piasek. Jeźdźcy krzyknęli i zaprzęgi ruszyły z impetem. Doświadczeni woźnice z całej siły ściągnęli lejce, odchylając się do tyłu, aby powstrzymać konie przed gnaniem na złamanie karku. Ale było prawie niemożliwe, by człowiek mógł wstrzymać spłoszone konie, które poniosły. Dwa pierwsze rydwany mknęły pełnym galopem, a pochyleni woźnice okładali batami rumaki, aby zwiększyć odległość dzielącą ich od pozostałych i dojechać do wirażu jako pierwsi. Była to walka o życie, bo pędzące za nimi konie łatwo mogłyby ich stratować.

Zerwałem się z miejsca, nigdy bowiem nie oglądałem na arenie tak potwornej gonitwy. Rydwan Heroda umiejętnie torował sobie drogę w gromadzie innych, jego woźnica zuchwale wymachiwał ciężkim batem, spychając na boki pędzące konie. Widziałem, jak smagnął biczem po oczach białego rumaka, usłyszałem nawet klaśnięcie. Arabski rydwan otarł się o kamienną balustradę, aż poszły iskry, i nie wiem, jakim cudem koło się nie rozleciało.

Na drugim wirażu woźnica kasztanowego zaprzęgu dowódcy kohorty jeźdźców Cezarei umyślnie przewrócił ciężkim rydwanem wóz idumejski. Spłoszone konie wlokły na lejcach woźnicę po torze, aż upadł koń boczny. Kasztanowy rydwan zyskał sporą przewagę, ale ruszył za nim rydwan Heroda. Zakrwawiony woźnica idumejski dźwignął się z toru i choć chwiał się na nogach, złapał leżącego konia za pysk, zmuszając go do powstania, odwrócił wóz i pojechał dalej. Podniesiony koń paskudnie kulał, więc zaprzęg nie liczył się w wyścigu i stanowił tylko przeszkodę dla innych zawodników. Podejrzewałem, że wraca na tor jedynie po to, aby się zemścić na rzymskim woźnicy.

W takich rozgrywkach, kiedy szanse rydwanów są wyrównane, praktycznie nie można osiągnąć większej przewagi niż jedno okrążenie. Tu ostatnie rydwany zatarasowały drogę, a woźnica jadący w czołówce mógł tylko liczyć na ślepe szczęście, aby je ominąć. Biały rydwan całkowicie wybił się z rytmu, bo boczny koń, oślepiony uderzeniem bicza, rozpaczliwie rzucał łbem. Jego woźnica stracił cierpliwość, chłostał, klął i wygrażał Herodowi pięścią, kiedy przejeżdżał obok jego loży. Czarny zaprzęg zaczynał dochodzić potężnych kasztanowych rumaków ciężkiego rzymskiego rydwanu. Klaudia Prokula stała w loży, krzyczała i pozłacanymi sandałkami tupała o podłogę.

Nie byłem w stanie liczyć okrążeń. Nie widziałem dokładnie przyczyny, ale nagle jakby wyrzucony z katapulty z grupy rydwanów wyskoczył na środek areny wóz syryjski. Konie padły łamiąc karki, a woźnica, wciąż opasany lejcami i bezmyślnie wymachujący biczem, runął wprost pod końskie kopyta. I nie potrafię powiedzieć, co zabrzmiało bardziej przeraźliwie – czy jego przedśmiertny krzyk, czy śmiertelne rżenie któregoś z koni.

Chwilę później biały rydwan przycisnął do balustrady inny zaprzęg i zmusił go do zmniejszenia szybkości, a sam przemknął obok bez szwanku. Okazję wykorzystał też zaprzęg arabski. Ten manewr udał się chyba tylko dlatego, że boczny siwy koń nadal był na wpół ślepy

– gdyby widział na oboje oczu, nie przybliżyłby się tak bardzo do drugiego wozu. Śmiertelnie zagrożony woźnica potrąconego rydwanu z trudem zdążył skierować konie na środek areny, unikając splątania z następnym zaprzęgiem. Naprawdę podziwiałem sztukę powożenia tego człowieka, który dostrzegłszy biegnących ku niemu stajennych, zrobił parę kroków, padł twarzą do ziemi i więcej nie wstał.

Rozentuzjazmowani widzowie podbijali zakłady. Kasztanowy zaprzęg zyskał chyba zwolenników; wiele osób obstawiało go przeciwko zaprzęgowi Heroda. Wyróżniali się zwłaszcza Arabowie, którzy wyciągali palce, machali chustami i nawet odstępowali od własnego zaprzęgu, obstawiając raczej rydwan rzymski niż Heroda. Woźnica księcia Galilei wielokrotnie usiłował wyminąć Rzymianina, ale ten z zimną krwią parł do przodu, wywijając świszczącym biczem. Herod powstał w swojej loży, tupał nogami i głośno krzyczał, zachęcając swego woźnicę do przeciśnięcia się obok Rzymianina bodaj przemocą. Wszystkie konie były już spienione, a tumany kurzu wzbijały się w powietrze, chociaż tor przed wyścigami starannie skropiono wodą.