Najdziwniejsze było jednak to, że biały zaprzęg dzięki swej szybkości niepostrzeżenie znalazł się na trzecim miejscu, mimo że wielokrotnie zderzał się z innymi. Nieco zmęczone piękne białe rumaki znowu pędziły zgodnym rytmem. Ten, którego wcześniej oślepiło uderzenie bicza, podniósł łeb i zarżał. Woźnica pochylił się, uspokajająco przemawiając do niego, i koń przestał się wyrywać.
Znowu jakiś zawodnik wypadł z wyścigu, ponieważ oderwało się koło. Woźnica zdążył skręcić na środek areny, lecz koło potoczyło się po torze wprost pod kopyta jadącego tuż za nim kasztanowego zaprzęgu, który musiał je ominąć. Woźnica Heroda wykorzystał okazję. Ryzykując wybiciem się z rytmu, wściekle chlasnął konie biczem, pociągnął do przodu i udało mu się wyprzedzić Rzymianina. Tłum wrzeszcząc i wyjąc zerwał się na równe nogi, a Klaudia Prokula skakała i krzyczała na całe gardło, zapomniawszy, że radość z powodu porażki Rzymianina nie przystoi żonie prokuratora Judei. Ale to zachowanie wzbudziło dużą przychylność otaczającej gawiedzi i wielu ludzi uśmiechało się do niej.
Liczba rydwanów zmniejszyła się, jednakże maruderzy przeszkadzali woźnicy Heroda w wykorzystaniu uzyskanej przewagi. Woźnica idumejski, broczący krwią z twarzy na wpół odartej ze skóry, odwrócił się ku niemu, pomachał znacząco ręką i zjechał na bok, dając mu wolną drogę, po czym z rozmysłem zajechał drogę Rzymianinowi i zwolnił. Stało się to na prostej, a nie na zakręcie. Rzymski woźnica miotał przekleństwami, bo istotnie postępek Idumejczyka był sprzeczny z regulaminem wyścigów. Ale któż by dbał o regulamin! Zresztą zawsze można wymyślić jakieś usprawiedliwienie. Arabowie, którzy obstawili rzymski rydwan, teraz wrzeszczeli i zaciskali pięści. Równocześnie biały zaprzęg przemknął torem po zewnętrznej, mijając zarówno Idumejczyka, jak i Rzymianina, po czym wpadł na środek toru tuż za zaprzęgiem Heroda. Cała widownia zamarła i na moment ucichły krzyki, czegoś takiego bowiem nikt się nie spodziewał.
Za zakrętem Rzymianin znowu wybrał tor zewnętrzny i bez wysiłku zrównał się z zaprzęgiem idumejskim. Równie dobrze zdążyłby wyminąć okaleczony rydwan przed następnym wirażem, ale mocno trzymał konie i z rozmysłem walił batem po głowie idumejskiego woźnicę, aż ten padł w swym wozie na kolana. Ten nieludzki wyczyn podniósł znowu na widowni lawinę gniewnych okrzyków, ale zyskał też wielu zwolenników; wściekłość Rzymianina udzieliła się widzom, ludzie między ławkami brali się za łby.
Wszystko przebiegło błyskawicznie. Idumejczyk z trudem dźwignął się z kolan, poderwał konie do ostatniego wysiłku, wyprzedził Rzymianina i tuż przed nim ostro zawrócił, doprowadzając do czołowego zderzenia. To już nie były zawody, ale walka na śmierć i życie. Olbrzymie kasztanowe konie w pełnym galopie wpadły na rydwan idumejski. Nagłe zahamowanie z pełnego galopu wyrzuciło Rzymianina w powietrze – mimo skórzanej osłony i hełmu roztrzaskał głowę o kamienną balustradę tuż przed ławkami widzów. Idumejczk zginął pod kopytami koni.
Ten wypadek zmusił pozostałe rydwany do zmniejszenia szybkości. Woźnica Heroda ryczał i tak groźnie wymachiwał batem, że służba cyrkowa, która próbowała znieść Rzymianina z toru, rzuciła ciało i uciekła, ratując własne życie. Woźnica usiłował zmusić czarne konie, aby przejechały po trupie, lecz to nie były konie bojowe i nie chciały wziąć człowieka pod kopyta. Spłoszone stawały dęba i tak miotały rydwanem, że omal go nie przewróciły. Równocześnie rydwan arabski, jadąc prawie stępa, przemknął tuż obok zaprzęgu Heroda. Koło arabskiego wozu wpadło na kamienne obrzeże toru i przejechało po nim, ale rydwan nie przewrócił się i dojechał do wirażu, zanim woźnica Heroda zdążył opanować konie i ominąć zwłoki. I oto, choć wydawało się to nieprawdopodobne, biały rydwan prowadził wyścig na niewiele okrążeń przed metą! Teraz ja z kolei zerwałem się na nogi i jąłem krzyczeć, a wtórowali mi wszyscy Arabowie na widowni.
Nawierzchnia toru, zryta kopytami jak orne pole, stała się niebezpieczna dla jadących. Woźnica czarnego rydwanu stracił panowanie nad sobą i kilkakrotnie próbował różnymi sposobami siłą zepchnąć biały zaprzęg z toru. Arabskie konie uratowała szybkość i dobry rytm. Takim lekkim wozem nie warto było robić dużych objazdów, bo jedynie dzięki prędkości mógł nie dopuszczać do siebie rydwanu Heroda.
Na torze pozostały jeszcze trzy rydwany poza arabskim i książęcym. Biały starał się je omijać, jadąc uczciwie po zewnętrznej, natomiast woźnica Heroda rykiem usiłował utorować sobie drogę. Dwaj woźnice przestraszyli się i posłuchali, ale trzeci, powożący krzepkimi, spokojnymi końmi, których nikt nie obstawiał, nie chciał ustąpić. Woźnica Heroda z premedytacją zaciął swe konie, złamał rytm galopu i piastą swego koła wjechał na koło przeciwnika, przewracając go. Woźnica odniósł ciężkie obrażenia, a zaprzęg został wyeliminowany z wyścigu. Dwa pozostałe rydwany utrzymały się na torze, licząc na łut szczęścia, który mógłby jeszcze zmienić ich z pretendentów w zwycięzców.
Próżne to były nadzieje, albowiem lotem jaskółki, w przepięknym harmonijnym rytmie, białe rumaki mknęły po zwycięstwo. Publiczność wiwatowała, oklaskiwano też konie Heroda, które od zwycięstwa dzieliła zaledwie długość wozu. Obydwaj woźnice zgodnie z regulaminem jechali teraz ramię w ramię, zatrzymali konie i obłudnie, lecz z szacunkiem pozdrowili się, składając sobie gratulacje. Wódz plemienia arabskiego przeskoczył przez balustradę swojej loży i w rozwianych szatach pobiegł witać konie. Przemawiał do nich, poklepywał je i zalany łzami całował zapuchnięte oko zranionego zwierzęcia. Na widowni zaczęły się awantury, lecz żołnierze Heroda szybko je uciszyli. Ci, którzy przegrali zakłady, przynajmniej usiłowali być zadowoleni z dobrych wyścigów.
Bankier wraz z idumejskim kupcem przyszli mi pogratulować. W mojej obecności kupiec wypłacił bankierowi sto słoty eh monet, które przegrała Klaudia Prokula. Dla mnie bankier odliczył sto osiemdziesiąt złotych monet. Trzeba od tej kwoty odjąć czterdzieści sztuk złota, ale i tak na czysto zyskałem ich sto czterdzieści, co dla wielu ludzi na świecie oznacza małą posiadłość. Toteż nie czułem żalu do Klaudii Prokuli.
Przypomniałem sobie, że w nocy po burzy na jeziorze miałem sen o białym koniu. Ten sen z jakiegoś powodu był tak wyraźny, że obudziłem się zalany łzami. Jest więc możliwe, że gdy ujrzałem piękny biały zaprzęg, potraktowałem ten sen jako wyrocznię i z własnej inicjatywy postawiłem na siwki. Nie jest to jednak pewne. Wszak konie przed wyścigiem padły na kolana. Można nie wierzyć w wyrocznie, ale przecież rozsądny człowiek nie będzie działał przeciwko nim. Dlatego uznałem za swój obowiązek odszukanie dziewczyny, której brat umarł. Nie miałem żadnych innych wskazówek poza słowami samotnego rybaka, że tamtej nocy opłakiwała brata w greckim teatrze.
Klaudia Prokula prosiła, żebym poszedł z nią na przyjęcie do Heroda, chociaż nie otrzymałem zaproszenia od księcia. Z pewnością sądziła, że taki gest przychylności wart jest stu złotych monet. Ale ja nie miałem ochoty iść między setki ludzi, których Herod Antypas uważał za słuszne zaprosić ze względów politycznych. Zresztą Klaudia Prokula nie obraziła się, kiedy ją opuściłem, chociaż na pewno uznała mnie za głupca, skoro nie korzystam z okazji.