Выбрать главу

– Nie jestem żadną pospolitą Egipcjanką – obraziła się Myrina.

– Pochodzę z dobrej greckiej rodziny i nie rozumiem, co miałeś na myśli mówiąc, że byłam od dzieciństwa grzeszna. Mój zawód nie jest haniebny, swą pracą daję rozrywkę i uśmiech ludziom. Nie twierdzę, że miałam tylko jednego chłopca, ale do takiego grzechu potrzeba dwoje. Nie wiem, czy bardziej winna jestem ja czy też mężczyzna, który wykorzystując moją nędzę zapłatą skłania mnie do grzechu. Zresztą skończyłam z poprzednim życiem tak definitywnie, jakbym się już powiesiła. Pragnę dla siebie nowego i lepszego życia. Pieniędzmi tego nie da się załatwić. Musisz mi pomóc, jakbyś był moim bratem.

Chciało mi się płakać. Ledwie pozbyłem się Marii z Beeret, a już na kark wpakowała mi się druga, jeszcze bardziej obca i niebezpieczna dziewczyna! Musiałem jednak coś powiedzieć. Dobierając ostrożnie słowa rzekłem:

– Nie wiem, jak wiele z tego zrozumiesz, ale widziałaś świat i doświadczyłaś zapewne rzeczy, których się nie da wyjaśnić. Ja mam podstawy wierzyć, iż człowiek, którego ugościłaś wodą przy studni i z którym ja rozmawiałem w nocy na wybrzeżu, jest niejakim Jezusem Nazarejskim.

– Ależ ja o nim słyszałam! – ku mojemu zaskoczeniu zawołała Myrina. – Legioniści z Dekapolis rozpowiadali o nim szeroko. Czynił cuda, uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, a Żydom obiecał otworzyć królestwo. Dlatego go ukrzyżowali w Jeruzalem, ale uczniowie wykradli jego ciało z grobu sprzed nosa Poncjusza Piłata i wmawiają ludziom, że wstał z martwych. Twierdzisz, że naprawdę zmartwychwstał i że właśnie jego spotkałam przy studni?

– On powstał z martwych – zapewniłem. – Przecież jest synem Boga i mam podstawy, by wierzyć, że ma pełnię władzy w niebie i na ziemi. Nigdy dotąd nic takiego się nie wydarzyło! Po zmartwychwstaniu poszedł do Galilei. Przypuszczalnie widziałaś go w czasie tej wędrówki. Obiecał, że spotka jeszcze swoich na górze.

– Ależ – zaprotestowała racjonalnie Myrina – jakże mógł odczuwać pragnienie, skoro jest synem Boga?

– Skąd mogę wiedzieć? – rozzłościłem się. – Sam wyczułem palcami ślady biczowania na jego ciele, jeśli to był rzeczywiście on. Mogę zaświadczyć, że jest z krwi i kości. Jest człowiekiem wśród ludzi, ale równocześnie synem Boga. I przestań mnie wypytywać, co i dlaczego, ponieważ właśnie to jest w nim najdziwniejsze. Dlatego też jego Królestwo nie może być królestwem ziemskim, jak to sobie Żydzi wyobrażają.

Myrina rozglądała się wokoło szeroko otwartymi oczyma, przerażona rozmyślała nad moimi słowami i w końcu rzekła:

– Jeśli jest tak, jak mówisz, to wysłał cię do mnie na miejsce mego zmarłego brata, na pewno nie tylko po to, żebyś mi dał pieniądze. W ten sposób związał nas ze sobą, jak łączy się parę gołębi, wiążąc im nogi. Ja również tęsknię za jego Królestwem, choćby było nie wiem jakie, byle różniło się od tego ziemskiego padołu, którego mam już dosyć. Chodźmy więc razem na górę i razem rzućmy mu się do stóp, aby nas zabrał ze sobą, skoro ciebie uczynił moim bratem, a mnie twoją siostrą.

– Myrino, wcale nie chcę ani nie potrzebuję siostry. Naprawdę. Ogromnie się pomyliłaś. A już w żadnym wypadku nie zabiorę cię ze sobą na górę, ponieważ sam jeszcze nie wiem, czy tę górę znajdę. A kto wie, może jego uczniowie mnie zabiją, sądząc, że szpieguję ich święte tajemnice? Spróbuj zrozumieć: oni wierzą, iż jego Królestwo przeznaczone jest wyłącznie dla Żydów, którzy są obrzezani. I nie dopuszczą tam Rzymian, Greków czy nawet Samarytan, ponieważ ci nie uznają ich Świątyni. Cała sprawa jest bardziej skomplikowana i ryzykowna, niż sądzisz. Ale jeśli obiecasz mi grzecznie poczekać i nie przeszkadzać, to zaraz po spotkaniu z nim wrócę, żeby ci wszystko opowiedzieć. Oczywiście jeśli od razu nie zabierze do swego Królestwa tych, których uzna za swoich. W takim wypadku już nie wrócę, ale mam nadzieję, że zachowasz o mnie dobre wspomnienie.

– Zgoda – rzekła Myrina z goryczą, porywczo ciskając przede mnie sakiewkę. – Tonący brzytwy się chwyta. Dlatego byłam gotowa przystać do Jezusa Nazar ej skiego i przyjąć ciebie za brata, chociaż nie możesz się z nim równać. Z nim rozumieliśmy się w pół słowa i w drgnieniu oka, śmialiśmy się z tego samego i żartowali ze wszystkiego, nawet z poniżenia, żeby tylko przetrwać w tym podłym aktorskim życiu. Idź swoją drogą, ty bezduszna kukło, która pieniędzmi chce kupić człowieka! Biegnij prosto na tę górę! Ciekawa jestem, co to za Królestwo, do którego się spodziewasz dostać, skoro mnie wtrącasz w biedę i śmierć. Czym dla ciebie jest bezbronna dziewczyna, bogaczu?

Spojrzałem na nią i w jej rozgniewanych zielonych oczach wyczytałem, że naprawdę z żalu i gniewu gotowa będzie powiesić się – jeśli nie z innego powodu, to żeby mi zrobić na złość. Mówiła z takim przekonaniem, że zaczęły mną targać wątpliwości. Może rzeczywiście Jezus Nazar ej ski chciał, abym się wzruszył i wziął Myrinę za siostrę? Choć to zupełnie idiotyczne. Zacząłem rozumieć, że jego Królestwo to nie same przyjemności, bo stawia wymagania, których realizacja nie jest łatwa.

– Siostrzyczko Myrino – powiedziałem kwaśno – chodźmy więc razem i żebyś mnie potem nie winiła.

– Nie mów do mnie z takim przekąsem. – Myriny nie zadowoliły moje słowa. – Jeśli masz mnie wziąć ze sobą, to zrób to z chęcią, jak brat. Inaczej nigdzie z tobą nie pójdę.

Trudno i darmo, musiałem po bratersku zamknąć jej chude ramiona w swoich objęciach, ucałować policzki i pocieszyć dobrym słowem. Jeszcze parę łez wylała, ale potem wyszliśmy razem z teatru, nie zatrzymywani przez starego Greka, który w wartowni podśpiewywał sobie przy dzbanie wina.

Dzień właśnie chylił się za górami ku końcowi. W huczącym mieście rozpalono niezliczone lampy i kuchnie domowe. Tak się spieszyłem, by wrócić do zajazdu, że nie pomyślałem o kupieniu dla Myriny nowej odzieży. Jej aktorski strój i zdobne sandały wywoływały niedwuznaczne zaczepki i okrzyki przechodniów. Miałem sporo kłopotów z bezpiecznym wyprowadzeniem jej z miasta na drogę, wiodącą do kąpieliska. Wewnętrzny głos mówił mi, że uczniowie Jezusa właśnie tej nocy wyruszą na górę – to byłby najlepszy termin, bo przecież jutro rano będą wyjeżdżać z Tyberiady ludzie z całego kraju, więc wędrowcy na drogach nie wzbudzą najmniejszego zainteresowania. Dlatego się spieszyłem.

Dopiero gdy zdyszany i spocony stanąłem w greckim zajeździe, w świetle jasnych lamp zrozumiałem, że wykazałem się brakiem rozsądku. Wytworny właściciel zajazdu, który przyzwyczaił się bez mrugnięcia powiek patrzeć na dziwactwa bogaczy, podszedł do mnie, wzrokiem zmierzył Myrinę od stóp do głów i rzekł z wyrzutem:

– Jesteś, Rzymianinie, jak dziurawy worek. Najpierw przywozisz ze sobą do zabawy Żydówkę, tyle że nic mi do tego, skoro trzymałeś ją w swoim pokoju. Ale przyprowadzać w świąteczny wieczór brudną aktorkę, to już szczyt wszystkiego. Przecież gdy zaśniesz, zacznie się sprzedawać innym gościom za parę drachm, wywoła niezadowolenie i jeszcze na odchodnym cię okradnie. Wiemy, co potrafią aktorki.

Jego oczami spojrzałem na Myrinę i zobaczyłem zniszczony brudny krótki płaszczyk aktorski, spłowiałe barwy ozdobnych sandałków i brudne kolana. Twarz miała zapuchniętą od płaczu i wyglądała, jakby przyszła tu prosto z orgii. Pod pachą trzymała pięciogłosowy flet swego brata, instrument nie rekomendujący do bogatego zajazdu. Zrozumiałem intencje gospodarza.

Myrina opuściła wzrok na ziemię i uważała, że lepiej milczeć, choć na pewno język ją świerzbił. Mimo to słowa gospodarza uraziły mnie, ponieważ śmiał powątpiewać w mój dobry smak, a przecież dużo podróżuję i jestem obywatelem Rzymu. Byłem tak oburzony, że oburącz złapałem się za głowę i krzyknąłem: