– Jesteś w błędzie, dobry człowieku! Ta dziewczyna jest moją siostrą! Pokłóciliśmy się na statku w drodze z Aleksandrii i na złość mnie przystała do trupy aktorskiej. Odnalazłem ją w teatrze w Tyberiadzie. Ma już dość przygód. Zaczekaj, aż weźmie kąpiel, uczesze włosy i ubierze się jak należy. I milcz na jej temat, a nie pożałujesz.
Właściciel zajazdu uwierzył mi tylko połowicznie, gniewnie mrucząc coś pod nosem, że cichaczem ściągam mu ladacznicę i że nigdy nie pisnąłem słówka o siostrze. Doszedł jednak do wniosku, że nie jestem pijany, znałem Myrinę już dawniej i nie zabrałem jej z ulicy, więc wpuścił nas do środka i polecił niewolnicy, by zaprowadziła Myrinę do łaźni i do fryzjera. Wezwał też garderobianą, aby rozłożyła do sprzedaży różne fatałaszki. Miałem zamiar kupić tylko praktyczną odzież, aby nie rzucała się w oczy w czasie wędrówki, ale kiedy Myrina wróciła z kąpieli, chciała bodaj przymierzyć różne szatki i oglądać się w lustrze, które trzymała niewolnica. Tak mi dokuczyła, że rzuciłem się twarzą na łóżko i zatkałem uszy, by nie słuchać ich paplaniny.
Myrina zauważyła wreszcie, że jestem naprawdę zły. Cisnęła suknie na stertę, odesłała niewolnicę, usiadła obok mnie, ostrożnie dotknęła mego ramienia i rzekła:
– Żal i rozczarowanie kobiety mija, kiedy jej ciało natrą wonnymi olejkami, włosy pięknie utrefią i kiedy może włożyć nowe szaty. Ale zechciej zapamiętać, że mój rozlatujący się płaszcz i zniszczone buty byłyby mi bez porównania droższe, gdybym mając je na sobie mogła podzielić się z żywym bratem kawałkiem jęczmiennego chleba. Więc spróbuj się roześmiać, a ja spróbuję cię rozweselić, aby opuściły cię złe myśli.
– Och, moja siostrzyczko – wyrzekałem, ściskając głowę rękami
– chciałbym gorąco, aby minęły twoje smutki, gotów jestem pomóc ci nieść to brzemię. Nocy już sporo ubyło, a we mnie z każdą chwilą narasta strach. Nie wiem, czego się obawiam, ale w głębi serca modlę się do Jezusa Nazarejskiego, żeby nas nie odtrącił. Nie mów mi o fryzurze czy ubiorach! Nie obchodzi mnie, co na siebie włożę, co będę jadł albo pił, kiedy bliska jest godzina spełnienia i niedługo Jezus objawi się swym bliskim.
Myrina położyła się koło mnie, objęła mnie ręką, chudy policzek przycisnęła do mego ramienia i spytała cicho:
– Czy nazwałeś mnie siostrą z głębi serca? Jeśli tak, nie pragnę niczego innego. Właśnie tak spałam w objęciach brata, w poczuciu bezpieczeństwa opierając głowę na jego ramieniu.
I za moment zasnęła w mych objęciach, westchnąwszy jeszcze przez sen kilka razy. Ja z niepokoju nie mogłem usnąć. Na granicy jawy i snu miałem idiotyczne widzenie. Zestarzałem się, głowę miałem siwą i szedłem po pustyni nie kończącą się drogą, boso i w porwanym chitonie. Razem ze mną wędrowała zniszczona i wychudzona Myrina, niosąc ciężar na plecach. Nadjechała na kosmatym ośle Maria z Beeret, tak otyła i z takim grymasem niezadowolenia wokół ust, że poznałem ją jedynie po oczach. Gdzieś daleko przede mną posuwała się jakaś jaśniejsza zjawa, która od czasu do czasu oglądała się na nas, ale choć bardzo się spieszyłem, wiedziałem, że nigdy jej nie doścignę.
Obudziłem się, zlany zimnym potem. Jeśli to miała być zapowiedź mojej przyszłości i jeśli Jezus Nazarejski takie Królestwo chciał zaproponować swoim, to nie byłem pewien, czy chcę go szukać. Przypomniałem sobie, że dawał mi jeszcze i inne złe przepowiednie owej nocy nad brzegiem jeziora, jeśli to rzeczywiście był on. Opanowała mnie pokusa i czułem, jakby ciemność mroczniej sza od ciemności nocy podchodziła coraz bliżej i usiłowała mnie oplatać.
– Jezu Nazarejski, synu Boży, zmiłuj się nade mną – krzyknąłem głośno pełen bólu. Ciemność oddaliła się ode mnie. Zacisnąłem dłonie i w myślach odmówiłem modlitwę, której nauczyła mnie Zuzanna. Kiedy na zakończenie powiedziałem: „Amen", natychmiast usnąłem i spałem spokojnie aż do rana.
Obudziłem się, gdy Myrina usiadła obok mnie. Przez szpary okiennic widziałem wstający świt. Myrina patrząc gdzieś przed siebie błyszczącymi oczyma, z uśmiechem rzekła:
– Och, bracie mój, Marku, miałam przedziwny sen! Szliśmy w ogniu po schodach, ty, ja i ktoś trzeci, ten ogień nie płonął, wchodziliśmy coraz wyżej i wyżej ku większej światłości. Ty się zmęczyłeś i nie chciałeś iść dalej, a ja wzięłam cię za rękę i poprowadziłam do przodu. To był najpiękniejszy sen, jaki kiedykolwiek śniłam. To dobra wróżba dla nas.
– Ja też miałem sen – odrzekłem i zdążyłem pomyśleć, że obydwa sny mówią o tym samym, bo przecież na każdą rzecz różne osoby mogą patrzeć zgoła inaczej. Właśnie w tej chwili zapukano do drzwi, do pokoju zajrzał przestraszony i zaspany służący, wywołał mnie i powiedział:
– Nie gniewaj się, panie, ale pytają o ciebie. Nie odważyłbym się budzić, lecz na dole czeka jakiś uparty człowiek z dwoma osiołkami. Zapewniał mnie, że musisz natychmiast ruszać w drogę.
Narzuciłem tunikę i zbiegłem na dół; słońce jeszcze nie wzeszło, toteż drżałem z zimna. Ujrzałem Natana i krzyknąłem z radości, gdy go poznałem. Podniecony oczekiwaniem Natan przełamał swoje milczenie.
– Nocą wyszli z Kafarnaum – oświadczył. – Wszystkim swoim przekazali wiadomość. Wyszli grupami, niektórzy z rodzinami i krewnymi. Zuzannę też wzięli ze sobą, dałem jej jednego osiołka. Drugiego pożyczyłem Szymonowi Piotrowi, którego teściowa jest stara i schorowana. Sądziłem, że przyda ci się, żeby miał wobec ciebie dług wdzięczności, choć on jeszcze nie wie, czyjego osła mu pożyczyłem. Oni chyba nikogo, kto dostał wiadomość, nie odtrącą, bo to czas miłosierdzia. W najbliższą noc zapewne zostanie utworzone królestwo Izraela.
– Czy mam wziąć miecz? – spytałem szybko.
– Nawet nie myśl o tym – ostrzegł Natan. – On powiedział, że kto mieczem wojuje, od miecza zginie. Jak będzie trzeba, to nawet legion aniołów wezwie do pomocy. A więc żywo w drogę i wędrujmy jak ci, co widzą sen.
Spytałem, czy na tę górę daleko. Natan powiedział, że ją zna i zna dojście do niej. Oddalona jest o dzień drogi z okładem. Jego zdaniem naj rozsądniej będzie przybyć tam dopiero o zmierzchu, żeby nie wzbudzić niczyjej uwagi. Poprosiłem o chwilę cierpliwości, żebym mógł się ubrać i przygotować do drogi swoją towarzyszkę.
Dopiero gdy już zeszliśmy z Myriną na dół, zrozumiałem, że Natan myślał o Marii z Beeret jako o mojej towarzyszce. Z ukosa spojrzał na Myrinę, a potem karcąco na mnie. Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, jakbym zawiódł jego zaufanie, więc szybko wyjaśniłem usprawiedliwiająco:
– To cudzoziemka jak ja, po śmierci brata przybrałem ją za siostrę. Na Jezusa Nazarejskiego zaklinam, bądź dla niej miłosierny! Jeśli nie zechcesz jej zabrać, to i ja nie mogę z tobą jechać, ponieważ wiąże mnie obietnica, że doprowadzę ją na górę.
Mój autorytet wyraźnie zmalał w jego oczach i z całą pewnością uważał mnie za rozpustnika. Ale rozłożył ręce i bez sprzeciwu przyjął moją decyzję. Może okres wyczekiwania był już tak długi, że wziąłby nawet Heroda Antypasa, gdyby ten ładnie poprosił? Humor mi się poprawił i pomyślałem, że może w radosnym nastroju oczekiwania uczniowie pozostawią samemu Jezusowi decyzję, kogo ma do siebie dopuścić, a kogo odtrącić.
Omijając miasto Natan wiódł nas na przełaj, na główny szlak prowadzący w głąb kraju. Było tak, jak odgadłem – miasto opuszczało mnóstwo ludzi, którzy przybyli obejrzeć wyścigi rydwanów i nocowali w Tyberiadzie. Trakt wspinał się na strome zbocza. Obejrzałem się za siebie na wspaniałą panoramę Morza Galilejskiego i miasto z jego kolumnadami. Drogę za nami wypełniał barwny tłum, a tumany kurzu przed nami wskazywały kierunek. Przy drodze w niewielkich odstępach, a także przy każdym moście stały posterunki legionowe. Widocznie władze poleciły zarzucić gęste sieci tego dnia, bo legioniści zatrzymywali każdy środek transportu – osły, wielbłądy, konie i woły – i pobierali podatek drogowy. Pieszych nie zmuszali do płacenia, ale od czasu do czasu wybierali z tłumu mężczyznę, który wydał im się podejrzany, przesłuchiwali go i rewidowali w poszukiwaniu broni.