Po pokonaniu zbocza ruszyliśmy w głąb kraju. Cała Galilea wydawała się jednym wielkim ogrodem, tak bujne były pola uprawne. Wielu pieszych omijało drogę, aby nie natknąć się na legionistów rzymskich, toteż okoliczni chłopi wybiegali na szlak, klnąc i lamentując, że wędrowcy rozdeptują im pola i niszczą okalające winnice murki.
Nikt nas nie sprawdzał ani o nic nie wypytywał, ale musieliśmy trzy razy zapłacić podatek za obydwa osły. Koło południa zrobiliśmy popas przy studni. Dopiero wtedy coś sobie przypomniałem i bardzo się zdenerwowałem. Zapytałem Natana, czy Maria Magdalena na pewno otrzymała wiadomość, czy nie należałoby zawrócić, żeby ją zabrać ze sobą. Natan uspokoił mnie zapewnieniem, że wszyscy oczekujący niewątpliwie o spotkaniu wiedzą.
W czasie odpoczynku obserwowałem ludzi, którzy szli traktem, nie zatrzymując się na odpoczynek w najgorętszej porze dnia. Próbowałem zgadywać, ilu z nich i którzy zmierzają na górę. Dostrzegłem kilku wędrowców, na których obliczu malowała się radość oczekiwania i jakiś blask i którzy zdawali się nie odczuwać zmęczenia ani dokuczliwego kurzu. Ci, co oglądali wyścigi, szli pochyleni i najwidoczniej znudzeni. Wiele osób ucięło gałęzie z drzew liściastych i osłaniało się nimi przed skwarem, dzień bowiem był gorący. W pewnej chwili minął nas przystojny młodzieniec, który prowadził ślepego mężczyznę.
Zaczęliśmy się szykować do dalszej drogi, gdy usłyszeliśmy z daleka stukot kopyt, turkot kół i pokrzykiwania woźnicy. Obok nas przemknął rydwan, który poprzedniego dnia brał udział w wyścigach. Woźnica dostał widocznie polecenie utrzymania porządku na drodze i wykorzystał tę okazję, aby rwać do przodu nie zważając na pieszych. Obawiałem się, że przy swojej szybkości spowoduje w tym tłoku wypadek.
Dojechawszy do zakrętu zobaczyliśmy, że wypadek już się wydarzył. Tłum ludzi przy drodze wygrażał pięściami za znikającym w oddali rydwanem. Młody chłopiec, który prowadził ślepca, zdążył wyszarpnąć swego podopiecznego spod kół, ale sam dostał się pod końskie kopyta. Miał rozbitą głowę, krew spływała mu po czole i najprawdopodobniej złamał nogę, nie mógł bowiem wstać. Ślepiec pojękiwał, nie rozumiejąc, co się właściwie stało.
Skoro okazało się, że potrzebna będzie pomoc, momentalnie ludzie się rozpierzchli i powędrowali każdy swoją drogą. Młodzieniec otarł krew z czoła i obmacywał nogę. Patrzyłem na niego z zaciekawieniem; powinien dziękować losowi, że żyje, myślałem. Zaciskając zęby gniewnym wzrokiem odpowiedział na moje spojrzenie i odwrócił się do ślepca, aby go uspokoić.
Przeszlibyśmy obok nich obojętnie, ale Myrina krzyknęła do Natana, żeby się zatrzymał, i szybko zeskoczyła z grzbietu osła. Uklękła przy młodzieńcu na drodze, zbadała jego nogę i zawołała do nas:
– Złamana!
– Jeśli zaspokoiłaś już swoją ciekawość – odkrzyknąłem ze złością – to ruszajmy dalej, bo nie mamy czasu.
– Izraelici, okażcie miłosierdzie, zlitujcie się nad moim ślepym ojcem – zwrócił się do nas młodzieniec. – Cieszymy się dobrą opinią. Mój ojciec stracił wzrok i obiecano mu, że znajdzie uzdrowiciela, jeśli dotrze do niego jeszcze dziś wieczór. Jutro będzie za późno. O mnie nie chodzi, ale błagam was: zabierzcie mojego ojca i dowieźcie do miejsca, gdzie zaczyna się równina Nazaretu. Tam na pewno znajdzie się ktoś, kto się zlituje i doprowadzi go na właściwe miejsce.
– Dróg jest wiele i wiele prowadzi na manowce – wtrącił się Natan. – Czy jesteś pewien swojej drogi, chłopcze?
– Jest tylko jedna droga – odpowiedział radośnie młodzieniec, uśmiechając się mimo bólu, a uśmiech rozjaśnił jego umazaną krwią twarz, czyniąc ją piękną.
– W takim razie mamy przed sobą tę samą drogę – stwierdził Natan i spojrzał pytająco na mnie. Bez słowa sprzeciwu zsunąłem się z osiołka i powiedziałem:
– Chodź, ślepcze, pomogę ci dosiąść osła, a sam pójdę pieszo.
– Jeśli rzeczywiście idziemy tą samą drogą, i to przez góry – wtrąciła Myrina – nie możemy zostawić chłopca na pastwę losu! Przewiążę mu ranę i posadzę na osiołku. Mam wprawę w pieszych wędrówkach.
– Nie chciałbym być dla was zawadą, ale skoro jesteśmy dziećmi tego samego ojca, on z pewnością pobłogosławi was za to – dziękował młodzieniec.
Trudno mi było pogodzić się z myślą, że ten biedny galilejski chłopiec ze złamaną nogą i jego gniewnie pomrukujący ojciec są równi mnie i mają takie samo, jeśli nie większe – jako Żydzi – prawo szukać Jezusa Nazarejskiego. Byłem jednak wdzięczny Myrinie, ponieważ jej wrodzona życzliwość była szybsza od powolnego toku moich rozważań. Razem umyliśmy twarz chłopca, przewiązali głowę, założyli usztywniające łubki na złamaną kończynę i daliśmy mu mocny kij, za pomocą którego skacząc na jednej nodze dotarł do osiołka. Jego ojciec przez cały czas siedział na grzbiecie osła, gotów do odjazdu, i zniecierpliwiony kręcił głową, nasłuchując, o czym rozmawiamy. Nagle zawołał ostrym tonem:
– Kim jest ta dziewczyna, której głos słyszę, a która tylko kilka słów mówi w naszej mowie? Nie pozwól, by cię dotknęła, synu, nie rozmawiaj z nią i nawet nie patrz na nią, bo się strefisz w tej wyprawie.
– Mój ojciec dobrze zna Pismo i przez całe życie dokładnie przestrzegał przepisów – rzekł zawstydzony młodzieniec. – To nieszczęście spotkało go nie przez brak pobożności. Zrozumcie go. On nie chciałby się strefie przed spotkaniem uzdrowiciela.
Złoszczący się ślepiec obydwiema rękami tak wczepił się w osiołka, że trudno byłoby nawet siłą ściągnąć go na drogę. Moje dobre myśli rozproszyły się i ostro skarciłem starego:
– Twoje własne plemię porzuciło cię tu przy drodze. Dziewczyna jest Greczynką, a i ja jestem nie obrzezany, chociaż ubieram się na modłę żydowską. Mam nadzieję, że mój osiołek cię nie strefi, skoro tak mocno się w niego wczepiłeś.
– Nie bój się ich, ślepcze – urzekł ugodowo Natan. – Jestem Żydem i należę do cichych. Oni szukają tej samej drogi co ja. Wiedz, że swego czasu mieszkałem na pustyni w zamkniętym domu, uczyłem się czytać Księgi, a swój dobytek oddałem dzieciom światła i jadłem z nimi pospołu. Ale nie zostałem uczonym w Piśmie. Wyruszyłem z pustyni szukać nauczyciela nowej pobożności i znalazłem proroka odzianego w szaty z wielbłądziej sierści, który głosił nadejście Królestwa. Od niego otrzymałem chrzest. Kiedy go ścięto, złożyłem ślub milczenia, aby nic nie kusiło mnie do głoszenia tego, co tylko prawdziwy mistrz pobożności może wiedzieć. Teraz nadeszła chwila: jest wszechobecna. Dlatego zwolniłem się ze ślubowania. Wierz mi, ślepcze, ani w tych czasach, ani w tym narodzie, ani w żadnym plemieniu nie ma nikogo, kto by był czysty i bezgrzeszny. Żadne obmywanie ani ofiara cię nie oczyści, nawet najprawdziwszy mistrz pobożności nie może tego zrobić. Ale słowo stało się ciałem i krąży między nami, chociaż go nie poznaliśmy. Ukrzyżowano go, a on wstał z grobu, aby nas uwolnić od naszych grzechów. Jeśli w niego uwierzysz, uzdrowi twoje oczy, aby przejrzały. Lecz jeśli uważasz, że ty jeden spośród nas jesteś czysty, to nie sądzę, aby cię uzdrowił.