Niewidomy głośno zajęczał i oderwał jedną rękę od osła, wymacując szew odzienia, by je rozerwać. Chłopiec przytrzymał go za rękę i rzekł:
– Ci cudzoziemcy okazali nam miłosierdzie, kiedy Żydzi nas porzucili. Nie okazuj zatwardziałości serca i nie doprowadzaj ich do gniewu. Słońce naszego Ojca świeci zarówno dobrym, jak i złym, tak samo dzieciom Izraela, jak i poganom. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś jaśniejszy pod jego słońcem, skoro zostałeś ukarany ślepotą.
Ślepiec kazał mu zamilknąć i poprosił, by Natan prowadził osiołka przodem, w pewnej odległości od nas. Myrina i ja pozostaliśmy w tyle; młodzieniec zatrzymał swego osiołka, aby się z nami zrównać, i patrząc na nas bez strachu tłumaczył:
– Trudno jest staremu uwolnić się od przeszłości. Choćbym się rozerwał dla wypełnienia Pisma, nie uwolni mnie to od grzechu. Nie sądzę, że jestem lepszy od poganina, ani nie wierzę, żeby wasze miłosierdzie mnie strefiło.
Przyjrzałem mu się. Oblicze miał pożółkłe z bólu i zaciskał zęby, byle utrzymać się na grzbiecie osła.
– Twarz masz czystą i oczy jasne. Nie sądzę, abyś dobrowolnie upadł w grzechu.
– Bóg stworzył człowieka na swój obraz – wyjaśniał. – Ale przez upadek naszych praojców, Adama i Ewy, obraz Boga we mnie uległ zaciemnieniu, czuję się nagi przed Bogiem i jest mi wstyd.
– Czytałem i słyszałem o tym – rzekłem – ale nigdy tego nie mogłem zrozumieć. Uczony Żyd w Aleksandrii wyjaśnił mi, że to opowiadanie należy rozumieć wyłącznie alegorycznie.
– Cóż ja, prosty chłopiec, mogę wiedzieć? – młodzieniec próbował się uśmiechnąć. – Ale widziałem Jezusa z Nazaretu nad brzegiem jeziora. Uzdrawiał ślepych, a kulawych i sparaliżowanych stawiał na nogi. Mówił, że jest chlebem życia. Bardzo chciałem iść za nim, ale mój ojciec jest surowym człowiekiem. Gdyby był dobry i czuły, uciekłbym od niego, a tak serce mówiło mi, że pogłębiłbym jego srogość, gdybym poszedł za Jezusem. Mój ojciec wierzy uczonym w Piśmie, którzy skazali Jezusa, bo obcował z grzesznikami. Wielokrotnie bił mnie za Jezusa, kiedy słuchając go zaniedbywałem pracę. Uważał go za wichrzyciela. Aż stało się coś nieoczekiwanego. Wieczorem normalnie czytał modlitwy i poszedł spać. Rano obudził się i nic nie widział. Z początku nie wierzył, że dzień zaświtał. Popadł w rozpacz i nikt nie był w stanie mu pomóc. Stał się skłonny uwierzyć w Jezusa, chciał go znaleźć, ale Jezus powędrował do Judei i Jeruzalem, gdzie został ukrzyżowany. Ojciec szukał pomocy u cichych, którzy wyjawili mu, że Jezus zmartwychwstał, i podali dzień i drogę, którą teraz idziemy. Mocno wierzy, iż Jezus może go uzdrowić, jeśli tylko zdążymy dotrzeć na czas. Jak także w to wierzę, chociaż wolałbym, aby ojciec raczej szukał jego Królestwa niż odzyskania światła oczu.
Myrina zapytała mnie szybko, o czym chłopak tak długo mówił.
Przetłumaczyłem jego wypowiedź. Była bardzo zdziwiona i rzekła:
– Ten jasnooki chłopiec jest tak czystego serca, że nie wiem, czy istnieje jeszcze drugi taki na ziemi. Dlaczego właśnie jego musiało spotkać to nieszczęście?
– Nie pytaj o to – ostrzegłem – skoro on sam poddaje się losowi i o nic nie pyta. Zapominając o swoim bólu pragnie dobra dla nieczułego ojca. Pismo żydowskie nakazuje czcić ojca swego i matkę swoją.
Natan usłyszał moje wyjaśnienia, ą rozumiał po grecku. Odwrócił się do nas, prowadząc nadal osiołka ślepca, i powiedział:
– Takie było Prawo. Lecz mówiono mi, że Jezus Nazarejski nauczał, aby dla Królestwa mąż odstąpił od żony, syn od ojca i matki, braci i sióstr, bogaty od swoich bogactw, domów i towarów. Kiedy on zawoła, rybak musi zostawić swoją sieć w jeziorze, a chłop wołu przy pługu. Nie dopuścił do siebie nawet tego, który chciał najpierw pochować własnego ojca.
– Dostałem się w szpony bluźnierców – głośno jęczał ślepiec – i sam szatan prowadzi osła! Czy można czegoś dobrego spodziewać się po drodze, której wyznawcy słowami zabijają Pismo?
– Nie słyszałem, żeby Jezus tego nauczał – pocieszał go posmutniały syn. – On powiedział, że błogosławieni będą cisi i pracujący dla pokoju. Zabronił mówić źle i złem odpłacać za zło, nakazywał kochać swych wrogów i modlić się za prześladowców. Zapewniał, że jego Ojciec zna wszystkie nasze potrzeby i spełni je, jeśli nie bacząc na jutro przede wszystkim szukać będziemy Królestwa.
– Dużo już słyszałem o nim i o jego słowach – rzekłem gorzko.
– Jego nauczanie jest wewnętrznie sprzeczne, wygląda, jakby zależało od tego, kto je powtarza. Już naprawdę nie rozumiem, co mam o tym wszystkim myśleć!
– Czemu kłócicie się o niego, skoro do niego idziemy? – spytała Myrina, która patrzyła na nas zdumiona. – Myślę, że jestem z was najszczęśliwsza, bo jeszcze nic o Jezusie nie wiem i jestem jak pusty dzban, który on, jeśli zechce, będzie mógł napełnić.
Jej słowa dotknęły mnie do żywego. Kiedy tak maszerowaliśmy za osiołkami, wpatrywałem się w kurz pod nogami i myślami przebiegałem wszystko, co mi się przytrafiło i co przyjmowałem zmiennymi uczuciami. Nie znalazłem w sobie już nic dobrego ani wystarczająco dużo miłości. Mimo to jednak zapewniałem sam siebie, że szukam tego, który zmartwychwstał, nie ze zwykłej taniej ciekawości. W głębi serca modliłem się do Jezusa i prosiłem, aby wyrzucił ze mnie pychę i egoizm, wiedzę i moje ziemskie pojmowanie zjawisk, a nawet mój własny rozum, żebym i ja był jak pusty dzban gotów przyjąć jego prawdę, jeśli zechce we mnie ją przelać.
Modląc się tak podniosłem wzrok i ujrzałem wznoszącą się za rozległą równiną górę. Popołudniowe słońce wyzłacało jej kopulasty szczyt. Już na pierwszy rzut oka wiedziałem, że to jest właśnie ta góra. Wysoka, harmonijna i przepięknie zaokrąglona, dominowała nad całym krajobrazem. Po przejściu wyschniętego koryta strumienia szliśmy kawałek głównym traktem, a później ścieżką po zboczu góry na południe, omijając miasto, które – jak powiedział Natan – leżało na północnym stoku. Pola uprawne skończyły się, ścieżka wiodła przez gęste zarośla. Szliśmy w cieniu góry. Wokół była cisza. Nie widzieliśmy żywego ducha, nie słyszeliśmy nawet głosów zwierząt. Wszystko było tak wyciszone, że zacząłem się lękać, czy aby jesteśmy na właściwej drodze. Lecz od ziemi, drzew i zboczy płynęła ku mnie świadomość, że stąpam po świętej ziemi. Ogarnął mnie spokój, odpłynęła gdzieś niecierpliwość.
Natan też się nie spieszył. Myślę, że celowo wybrał tę trudną drogę, aby uniknąć wędrowców i zbędnych wypytywań. Spojrzał na niebo, na gęstniejący cień i zatrzymał osiołki na popas. Jako Rzymianin dziwiłem się, że nie spotkaliśmy żadnych czat wystawionych przez cichych. A przecież skoro w grę wchodziło tak duże tajne zgromadzenie, zwolennicy Jezusa powinni byli wysłać na górę przewodników, by wprowadzali przybywających i zatrzymywali nieproszonych gości!
Kiedy na niebie zajaśniała trzecia gwiazda, ruszyliśmy w drogę, po ciemku dotarliśmy w pobliże szczytu i zobaczyliśmy dużą grupę, która rozłożyła się na ziemi.
Wszystko odbywało się w nieprawdopodobnej ciszy. Ludzie rozmawiali ze sobą szeptem. Można by usłyszeć nawet najlżejszy powiew wiatru znad wierzchołka góry. Natan przywiązał osły w lasku i pomógł ślepcowi zejść na ziemię. Myrina i ja pomagaliśmy chłopcu. Podeszliśmy do zgromadzonych i usiedli na ziemi z boku, kilka kroków od najbliższej grupki. Również z drugiej strony widzieliśmy na tle nieba ruch i kontury nadchodzących ludzi. Przybysze siadali na ziemi bez słowa, by czekać podobnie jak my. Z dolatujących do mych uszu szeptów dowiedziałem się, że na wierzchołku zgromadziły się setki ludzi. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak ogromny tłum może oczekiwać w takiej ciszy.