Upłynęła już pierwsza nocna warta, ale nikomu nie sprzykrzyło się czekanie i nikt nie wstawał ani nie odchodził. Księżyc nie świecił, lecz gwiazdy lśniły jasno, a ich blask padał na ziemię jak srebro. Stopniowo coraz silniej odczuwałem obecność jakiejś mocy. Objąłem Myrinę ramieniem, czując, jak jej chude ciało stężało w oczekiwaniu. Miałem takie samo uczucie, jakie przeżyłem kiedyś w pokoju Nikodema w Jeruzalem – jakby padały na mnie ciężkie krople. Dotknąłem twarzy, nie wyczułem jednak żadnej wilgoci.
Zauważyłem, że ludzie podnoszą się, jakby chcieli lepiej widzieć, więc i ja się podniosłem. Spośród tłumu wstała ku światłu gwiazd potężna postać i przemówiła donośnym głosem:
– Mężowie, bracia! – Wszystko pogrążyło się w niezgłębionej ciszy. – Ziarno dojrzewa do młócki, żniwa pukają do drzwi, a czterdzieści dni, które nam dano, zbliża się ku końcowi. Chwila jest bliska i czeka nas pożegnanie. Tam, gdzie on pójdzie, my nie możemy podążyć. On był tym chlebem, który przyszedł z nieba. Kto spożywa ten chleb, żyć będzie wiecznie. Chleb, który nam dał, jest jego ciałem złożonym za życie świata. I już nie spieramy się, jak mógł dać nam swe ciało ku spożywaniu, bo w grupie jedenastu doświadczyliśmy tego i to potwierdzamy. To nam powierzył tajemnicę Królestwa. Zaprawdę, jeśli nie skosztujecie ciała syna człowieczego i nie wypijecie jego krwi, nie będzie życia w was samych. Ale ten, kto będzie spożywał ciało syna człowieczego i pił jego krew, będzie miał żywot wieczny i obudzi się w ostatnim dniu. Jego ciało jest prawdziwym pokarmem, a krew prawdziwym napojem. Kto spożywa jego ciało i pije jego krew, jest w nim. Lecz jeśli w gromadzie jest ktoś, kto temu bluźni albo uważa to za puste słowa, niechaj wstanie i odejdzie, a nikt go nie będzie osądzał.
Jednakże nikt nie wstał, aby odejść, ja też nie, chociaż bałem się tego misterium. Nie mógłbym nawet się podnieść, bo ręce i nogi miałem zwiotczałe i tchu mi brakowało.
Mówca milczał dłuższą chwilę i stał potężny jak skała w świetle gwiazd wśród bezgłośnego tłumu. Ale zaraz podjął znowu. Opowiadał zwyczajnie, jak dziecko, jakby sam sobie się dziwił:
– Jedliśmy mięso baranie razem z nim tamtej nocy, kiedy go wydano. Wtedy wziął chleb, pobłogosławił, przełamał i podał nam mówiąc: To jest ciało moje. Wziął kielich, podziękował, podał nam i rzekł: Pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem krew moja, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. – Wzniósł obydwie ręce:
– Bierzcie więc i jedzcie i pijcie wszyscy, którzy go kochacie i którzy tęsknicie za nim i wierzycie, że jest Chrystusem, synem Boga. Błogosławcie chleb w jego imieniu, przełamujcie i dawajcie innym, i błogosławcie wino w jego imieniu i dawajcie pić innym, aby każdy, kto ma, dał tym, którzy nie mają, i aby wszyscy otrzymali. Jedzmy i pijmy i czekajmy na niego.
Powiedziawszy to usiadł na ziemi, a w tłumie powstało poruszenie, ludzie bowiem wstawali myć ręce i pomagali sobie, wzajem lejąc wodę. Nie mieliśmy dużo wody, ale Natan polał ręce nam oraz ślepcowi i jego synowi, potem ja wziąłem naczynie i polałem jemu, a on nie przyjął tego jako obrazy. Jedzenia mieliśmy dosyć, lecz ślepiec zaczął się trząść i prosił szeptem, czy jednak nie mógłby jeść własnego chleba i pić własnego napoju. Nadal nikt nie mówił głośno, tylko szepty ludzi były jak szum wzbierającego wichru.
Nie obraziłem się, że trzymając się swych Ksiąg ślepiec nie chciał jeść naszego chleba. Natan pobłogosławił jego chleb imieniem Chrystusa, przełamał na pół i podał jemu i chłopcu. Potem w taki sam sposób pobłogosławił nasz biały chleb, dał mnie i Myrinie, sam jadł i mówił:
– Niechaj ten chleb będzie chlebem nieśmiertelności, o której mówiono. Niech stanie się dla ciebie chlebem życia, a nie śmierci.
– Niech się stanie jego wola, bo jest synem Boga – odrzekłem pokornie. – Jeśli wedle jego woli miałby mi przynieść śmierć, ponieważ jestem cudzoziemcem, będę temu posłuszny.
Po spożyciu chleba Natan pobłogosławił napój ślepca i dał pić jemu i chłopcu, dla nas zaś zmieszał wodę z winem i pobłogosławił naczynie z winem i czarkę. Kolejno wypiliśmy i czarka została w ręku Myriny. Wszyscy wokół nas także jedli i pili, dzieląc się pokarmem z innymi.
Ślepiec zjadł tylko parę kęsów, po czym rozpłakał się, siedząc na ziemi kiwał głową i jęczał:
– Jadłem ciało syna Bożego i piłem jego krew. Wierzę, że on wszystko może. Niech się zmiłuje nad moją niewiarą.
Myrina podała mi czarkę. Wypiłem i podałem Natanowi, który też wypił. Czarka znów wróciła do rąk Myriny, która napiła się i przechyliła ją, patrząc ze zdumieniem. Cicho szepnęła:
– Czarka wcale się nie opróżnia.
– Sądziłem, że zjedliśmy wszystek chleb, a obok mnie leży nadal bochenek – powiedziałem równie zdziwiony. – Natanie, czy to ty go położyłeś?
– Nie, nie kładłem chleba obok ciebie, ale może mieliśmy go więcej, niż myślałem.
Jeszcze raz wypiliśmy po czarce, a ona nadal się nie opróżniła. Ale już więcej się nie zastanawiałem, wszystko to działo się jak w pogodnym śnie. Siedziałem na ziemi, czułem jej chłód, widziałem nad sobą niebo i słyszałem szmer ludzkich głosów, który jak ciężkie fale rozlegał się wokół. Nie było we mnie żadnej innej myśli poza dominującą pewnością, że Jezus Nazarejski nadchodzi i że go zobaczę. Jego chleb nie utkwił mi w gardle ani jego winem się nie zakrztusiłem.
Tak upłynęła druga nocna warta i nie sądzę, aby ktokolwiek zasypiał, bo wszyscy czekali. I w tym oczekiwaniu nie było nic denerwującego, było ono przygotowaniem. Nagle ślepiec podniósł głowę i spytał:
– Czy dzień świta?… Zobaczyłem jasność… – Radośnie wpatrywał się w środek tłumu.
I my podnieślimy się, aby popatrzeć, i ujrzeliśmy, że zmartwychwstały jest wśród swoich uczniów. Jak i kiedy przyszedł – nie mogę wytłumaczyć, ale nie mogłem się mylić. Miał na sobie białe szaty, jasne światło gwiazd odbijało się od nich, lecz cała jego postać i twarz jakby promieniowały światłem. Bardzo wolno chodził wśród tłumu, chwilami zatrzymywał się przy swoich i wyciągał do nich ręce, jakby ich witał i błogosławił.
Stopniowo wszyscy unieśli głowy i wpatrywali się weń, ale nikt nie ośmielił się powstać i biec ku niemu. Nagle usłyszeliśmy nienaturalnie głośny krzyk kobiety. Rzuciła się przed nim twarzą ku ziemi i wołała głosem nabrzmiałym łzami i radością: „Pan mój i Bóg mój!" Tłum się zakołysał, a Nazarejczyk pochylił i ręką dotknął jej głowy. Kobieta natychmiast ucichła. Usłyszeliśmy westchnienie tłumu i mnożące się szepty: „To On, Pan przyszedł do nas."
Ślepiec wyciągnął szyję, położył ręce na kolanach i rzekł:
– Nie widzę go. Widzę tylko jasność, jakby słońce świeciło mi w oczy.
Nie jestem w stanie stwierdzić, jak długo był między nami. Czas się zatrzymał, chociaż równocześnie żyłem pełnią ludzkiego życia. On chodził wśród tłumu, zatrzymując się często i nie zapominając o nikim. Wszystko przebiegało zupełnie prosto i naturalnie, a we mnie nie było ani cienia zwątpienia czy zdziwienia. I nie mogłem tego przyjmować inaczej, jak tylko być pewnym, że gdy Go zobaczyłem, znajdowałem się w Jego Królestwie.
W końcu podszedł blisko nas. Wszystko zakołysało się we mnie i przelewało, jakby moją istotę stanowiła zawiesina. Zdawało mi się, że rozmawia z ludźmi błogosławiąc ich, ale nie słyszałem głosów, choć słyszałem, jak ktoś gorąco potakuje, chyba mu odpowiadając. Jezus stanął przed nami i patrzył na nas. Miał zmęczoną i prześwietloną blaskiem twarz, a w Jego oczach jaśniało Królestwo. Widziałem, jak poruszają się usta ślepca, lecz głosu nie słyszałem, nawet pomyślałem, czy nagle nie ogłuchłem. On wyciągnął rękę, dotknął oczu ślepca, później położył ją na głowie chłopca. Obydwaj padli przed nim na ziemię i nie wstawali. Nieco dalej leżało na ziemi kilka osób, których nawet nie tknął.