Выбрать главу

– Ani za złoto, ani za srebro – odmówił Szymon Piotr, wznosząc odpychająco rękę.

– Ja, Jakub, pamiętam – rzekł drugi apostoł – jak zapewniał, że nie musimy się martwić o to, co będziemy mówić przed urzędnikami, bo wówczas wypłyną z naszych ust takie słowa, jakie będą potrzebne.

Ale w oczach Jana pokazały się łzy. Patrząc na mnie z czułością rzekł:

– Kocham cię, Rzymianinie, za twoją pokorę i wierzę, że nam źle nie życzysz. On zszedł do królestwa cieni, złamał bramę śmierci i wskrzesił umarłych. To wiem od jego matki, którą pod krzyżem powierzył mojej pieczy. Czyżby więc nie uwolnił narodów pogańskich? Ale jak to się ma stać, tego naprawdę jeszcze nie wiemy. Bądź cierpliwy, módl się, pość i pokutuj. Ale nie mów o nim innym, abyś nie wprowadził nikogo w błąd przez swój brak zrozumienia. Mówienie nam pozostaw.

Z pochyloną głową podniosłem się z ziemi i usiłowałem przezwyciężyć swoją pychę, chociaż dręczyło mnie podejrzenie, że dziedzictwo Jezusa Nazarejskiego rozleci się i rozwieje na wietrze, jeśli zostanie powierzone tylko tym jedenastu prostakom. Ale – pocieszałem się – z pewnością Jezus sam wie najlepiej.

– Weź osły, idź i pomóż niewiastom – powiedziałem do Natana – ochroń je, odprowadź do Kafarnaum czy gdzie indziej. Potem solidnie odpocznij i przyjedź po mnie do kąpieliska w Tyberiadzie.

– Taka samotna wędrówka z dziewczyną po Galilei nie jest bezpieczna – ostrzegł Natan. Rozejrzałem się dokoła i stwierdziłem, że ślepy starzec, który odzyskał wzrok, wykorzystał sytuację i zniknął wraz z synem.

Ale przekora wzięła górę. Pomyślałem, że Jezus Nazarejski na pewno mnie nie odtrąci, chociażby ludzie to zrobili.

– Pokój wam wszystkim – rzekłem, wziąłem Myrinę za rękę i poszedłem, prowadząc ją w dół po stoku góry tą samą ścieżką, którą przyszliśmy po ciemku. Obejrzałem się, zobaczyłem krążącą po zboczu grupę ludzi, którzy szukali znajomych i witali się, żywo dyskutując. Ale wiele osób zmęczonych nocnym czuwaniem zwinęło swoje węzełki i przed powrotną drogą ułożyło się do drzemki.

W czasie marszu przypomniałem sobie wszystko, co wydarzyło się w nocy, i wcale się nie dziwiłem, że ślepy odzyskał wzrok i że noga chłopca się zrosła, choć kość była złamana. Te cuda wydawały mi się zupełnie naturalne i najmniej znaczące. Jego miłość była tak wielka, że choć objawił się swoim, to również nieproszonych wybawił z cielesnych bolączek.

Mijało czterdzieści dni i jak słyszałem, miał wrócić do domu swego Ojca. Usiłowałem przywyknąć do myśli, że mimo wszystko przyjdzie do mnie, gdy go będę wzywał, toteż nigdy już nie będę samotny. Myśl ta była zdumiewająca i gdyby powiedział to ktoś inny, wydawałaby się nonsensem, ale ja musiałem wierzyć. Tak głęboko przeżyłem spotkanie z Jezusem.

Zamyślony szedłem ścieżką przez zarośla w dół po stoku, prowadząc Myrinę za rękę. Drogę przebiegł nam lis. Myrina spojrzała na mnie i zauważyła:

– Zupełnie zapomniałeś, że nie jesteś sam, chociaż trzymasz mnie za rękę.

Popatrzyłem na nią jak wyrwany ze snu i pomyślałem, że chyba Jezus Nazarejski dał mi miejsce brata Myriny, ażeby nie zginęła. Nie mógł jej powierzyć Żydom, bo oni by się nią nie zajęli. Dlatego wybrał mnie, Rzymianina. A to wszystko uczynił w nagrodę za łyk wody!

A ja, pomyślałem zmieszany, nigdy nic nie dałem Jezusowi. Przeciwnie, to on był stroną dającą, nakarmił mnie na brzegu Morza Galilejskiego, pozwolił się ogrzać i wysuszyć odzież przy jego ognisku – jeśli to rzeczywiście on był tym samotnym rybakiem. Ale jeżeli będę uważać Myrinę za siostrę, przysłużę się Nazarejczykowi.

– Myrino, od tej chwili jesteś moją prawdziwą siostrą i nigdy cię nie opuszczę. Wszystko, co posiadam, stanowi również twoją własność. I spróbuj wybaczyć mi moje uchybienia i próżność.

– Marku, bracie mój… – Myrina mocno ścisnęła moją rękę.

– Postaraj się wytrzymać ze mną, ale przede wszystkim wyjaśnij mi, co się właściwie stało, czego chcieli tamci trzej mężczyźni i dlaczego tak źle na mnie spoglądali?

Ponieważ jednak apostołowie zabronili mi mówić, nie ośmieliłem się nawet Myrinie opowiedzieć o Jezusie Nazar ej skim i jego Królestwie zgodnie z moim własnym rozumieniem tych spraw. Powiedziałem tylko:

– To byli trzej święci mężowie z tych jedenastu, którym Jezus Nazarejski powierzył tajemnicę swego Królestwa. Oni nas odrzucają, bo nie jesteśmy dziećmi Izraela; w ich oczach jesteśmy nieczystymi poganami. Zabronili mi mówić i wyjaśniać, na czym polega Królestwo Nazarejczyka wedle mojego rozumu. Ale powiedz, co ty sądzisz o tym, co się nam przydarzyło?

– Najpierw zjedliśmy pożywienie ofiarne, jak się dzieje w Syrii, kiedy grzebie się Adonisa, a potem on wstaje z martwych. Ale to było inne pożywienie, ponieważ Jezus Nazarejski sam siebie dał w ofierze i sam powstał z grobu. Ubiegłej nocy uwierzyłam, że to syn Boga. Przypomnij sobie, że ani chleba, ani wina nam nie ubywało. To jednak dla mnie nie jest ważne. Najważniejsze było to, że kiedy patrzył na mnie, kochałam go z całego serca i w tamtej chwili nie było takiej rzeczy, której nie byłabym gotowa zrobić dla niego. To jest wielkie misterium, na pewno większe od misteriów greckich czy egipskich. Sądzę, że jego Królestwo jest niewidzialne dla moich oczu, ale jednak istnieje, że jestem w nim, chociaż nogi noszą mnie po ścieżkach tego świata. Nie, nie mogłabym sama otrząsnąć się z jego Królestwa, choćbym chciała. Niczego się nie boję, bo cudownie jest przebywać w Królestwie, gdzie nie ma we mnie grzechu.

– Na pewno pobłogosławił cię na górze i jesteś szczęśliwsza ode mnie – patrzyłem z podziwem i zawiścią na wychudzoną twarz Myriny i jej zielone oczy. – Jego prawda musi być rzeczywiście prosta jak chleb i wino, żeby i prości mogli ją posiąść. Mądrość ziemska jest we mnie czarną ścianą, wiedza siecią, w której się plączę, a logika sofistów pułapką, w której grzęznę. Pomóż mi, siostrzyczko, żebym przypomniał sobie o tym, kiedy pokusy nadejdą.

Rozmawiając zdążyliśmy dojść do podnóża góry. Rozejrzałem się dokoła i zrozumiałem, że zgubiliśmy ścieżkę, której trzymaliśmy się w nocy, i że jesteśmy na złej drodze. Nie speszyło mnie to, bo mogłem kierować się słońcem i wiedziałem, że dojdziemy do głównego traktu. Nigdzie się nam nie spieszyło. To sobie uświadomiłem. Nigdy już i nigdzie nie musiałem się spieszyć, ponieważ z pewnością otrzymałem już wszystko i nie ma niczego, czego bym jeszcze pożądał. Władałem skarbem. Jeśli będziemy umieli żyć, to zarówno Myrinie, jak i mnie wystarczy do końca życia.

– Myrino – powiedziałem, bo ogarnęło mnie takie zmęczenie, jak jeszcze nigdy – nawet kroku więcej nie zrobię. Każde miejsce mi odpowiada. Zostańmy tutaj i prześpijmy się w cieniu drzewa figowego. Mamy całe życie do wspólnej wędrówki. Odpocznijmy tu, gdzie Królestwo jest jeszcze blisko i jest nam dobrze.

Położyliśmy się u stóp sykomory i wziąłem ją w ramiona. Oboje usnęliśmy mocnym snem. Obudziliśmy się dopiero o ósmej. Poszliśmy wzdłuż pól i zagonów, szukając dojścia do traktu. W drodze nie rozmawialiśmy ze sobą, ale po przebudzeniu czułem się jak nowo narodzony i odczuwałem w Myrinie pokrewną bliskość. Pożółkłe pola Galilei oraz brunatne i niebieskawe zbocza pagórków wydawały się piękne w moich oczach. Było mi lekko oddychać i o nikim na świecie źle nie myślałem.

Bardzo się zdziwiłem, gdy pierwszymi ludźmi, których ujrzałem na trakcie, były Maria Magdalena i Maria z Beeret. Maria Magdalena siedziała na grzbiecie osła, a Maria z Beeret szła boso po zapylonej drodze, popędzając osiołka rózgą. Zdumiony klasnąłem w ręce i skoczyłem, żeby je powitać. Ale Maria Magdalena obojętnie na mnie spojrzała i wcale się nie ucieszyła, że mnie widzi.