– Nie wierz ani jednemu jej słowu! – zawołała Maria z Beeret, bo choć nie rozumiała po grecku, i tak podejrzliwie patrzyła na Myrinę.
– Mówi potulnie i składnie, ale znam grecką chytrość, ty natomiast wcale nie znasz się na kobietach. – Wybuchnęła płaczem, zakryła twarz rękami i jęczała: – Masz serce z kamienia. Czy nie rozumiesz, że dla ciebie gotowa jestem wyrzec się wszystkiego i podążyć za tobą, żeby cię wyrwać z brudu pogaństwa?
– Czemu doprowadzasz ją do rozpaczy? – spytała przerażona Myrina, patrząc na nią zielonymi oczyma. – Czy nie widzisz, jaka jest piękna i jakie ma lśniące włosy, a wargi miękkie i czerwone? Już wczoraj byłam o nią zazdrosna. Ja nie mam takich piersi, jak przystoi kobiecie, nos mam za krótki i brzydkie oczy.
Zupełnie zdezorientowany patrzyłem na obydwie i myślałem, że właśnie realizuje się mój sen. Nigdy nie myślałem o małżeństwie z Marią z Beeret. Jest córką Izraela, więc zawsze uważałaby się za lepszą ode mnie. Podporządkowałaby sobie Myrinę jako służącą, a w końcu kto wie, czy przez ciągłe awantury nie doprowadziłaby do tego, że dla świętego spokoju wyraziłbym zgodę na obrzezanie. Podobnie postąpiło wielu słabych Rzymian, chociaż starali się utrzymać to w tajemnicy.
Potem błysnęła mi w głowie przerażająca myśl. A może tak musi być? Może wrota Królestwa Jezusa otwierają się tylko poprzez żydowskiego Boga, który nie ma oblicza? Może jego uczniowie już by mnie nie odtrącali, gdybym dzięki Marii z Beeret stał się prawdziwym prozelitą? Opuściłem Rzym z własnej woli i mogę budować życie, jak sam zechcę. Jeśli od związku ze zwolennikami Jezusa dzieli mnie tylko piekący zabieg kamiennym nożem, to jest to niewielka ofiara. W swoim życiu doświadczyłem większych cierpień. Zresztą służący w pustynnych garnizonach rzymscy oficerowie często poddawali się obcięciu napletka ze względów czysto higienicznych, bo dość mieli opuchlizny wywołanej miałkim piachem. Identyczny zwyczaj jest u Egipcjan i Arabów.
Jednakże buntowałem się przeciwko tej myśli. Przecież to najdostojniejsi kapłani, uczeni i starszyzna Izraela skazali Jezusa Nazarejskiego! W głębi serca czułem, że zdradzę Jezusa, jeśli pójdę do ich Świątyni, do tej olśniewającej rzeźni, i będę prosić, aby mnie przyjęli do swej społeczności. Wolę raczej być cichy i pokornego serca, niż gdybym miał pod kłamliwym pretekstem dać się obrzezać, aby wejść w środowisko apostołów, które mnie teraz odrzuciło.
Maria z Beeret przestała chlipać i w napięciu patrzyła na mnie, Myrina zaś spoglądała tak, jakby mnie już utraciła. Porównywałem ją z wygadaną Marią i czułem do niej tylko tkliwość. Wiedziałem, że będzie mi zawsze bliższa niż Maria. Wrócił rozsądek i rzekłem stanowczo:
– Nie musisz się dla mnie poświęcać, Mario z Beeret. Czekałaby cię tylko zguba, gdybyś dla mnie odłączyła się od narodu wybranego przez waszego Boga. Pamiętaj, że na grzbiecie własnego osiołka przywiozłem na górę tego młodzieńca, kiedy miał kość strzaskaną. Nie możesz złamać danej mu obietnicy. Muszę od ciebie odejść, ale szczodrze obdaruję cię tak wielkim prezentem ślubnym, że będziesz całkowicie od męża niezależna.
Widocznie Maria mi uwierzyła, bo przestała płakać.
– Świat niewdzięcznością stoi i wiem już, że Rzymianie są jak psy – powiedziała. – Na próżno będziesz mnie wspominał, leżąc na miękkich poduszkach. Pomyśl wtedy, że tymi stworzonymi do pieszczot rękami zgarbiona kręcę żarna i wypiekam chleby z oczyma zaczerwienionymi od dymu.
Jej słowa wcale mnie nie wzruszyły. Już im nie wierzyłem. Pomyślałem, że Maria należy do takich kobiet, które nad wszelką miarę wykorzystują swych mężów, a krewnych mają za chłopców na posyłki. Gdy się zestarzeje, będzie udręką swojej synowej i uprzykrzeniem zięcia. Ale mogłem się oczywiście mylić.
W końcu doszła do wniosku, że już wystarczająco poniżyła mnie słowami, raczyła więc udzielić mi przebaczenia i dodała:
– Właściwie powinnam cisnąć ci w twarz twoje słowa, ale muszę przyjąć od ciebie podarunki weselne, bo nie chcę uchodzić za bezwartościową w oczach rodziny mego męża. Ale to nie jest prezent, tylko kara, jaką płacisz za złamanie wszystkich obietnic.
Chciałem zapytać, kiedy jej cokolwiek obiecywałem, lecz na tyle zmądrzałem, że się nie odezwałem. W czasie naszej rozmowy pielgrzymi wyruszyli już w dalszą drogę. Przyszła Maria Magdalena, a choć miała promienną twarz, skarciła nas:
– Czemu się kłócicie? Wyjrzyjcie na dwór, jak piękny jest świat w promieniach słońca, gdy Królestwo Jezusowe zstąpiło na ziemię. Już nie czuję żalu do nikogo, nawet do Piotra. W nocy miałam sen i zrozumiałam, że łaska przyszła na świat. Białe gołębie spłynęły z nieba i siadły ludziom na głowach. Nawet na twojej głowie, Rzymianinie, dostrzegłam białego gołąbka. Nie potrafię nikogo odtrącić, bo każdemu należy się miara wszechogarniającej miłości Boga, jednemu za zasługi, drugiemu za nic, ale nikt nie będzie pominięty. Ojciec może ukarać nieposłuszne dziecię, nie ma jednak takiego ojca, który całkowicie by to dziecię odtrącił. Dlatego dzisiaj nie czynię różnicy między Rzymianinem i Hebrajczykiem, bo wszyscy ludzie pod sklepieniem nieba są moimi siostrami i braćmi. Nie odwracam się też od Samarytan, chociaż samarytańska wiedźma wykorzystała szatana, który mieszkał we mnie, i wzięła go na swoje usługi.
Objęła mnie za szyję i pocałowała. Odczułem promieniującą od niej siłę, wszystko pojaśniało w moich oczach, chciałem skakać i śmiać się jak dziecko. Objęła również Myrinę i Marię z Beeret, przyciągnęła je czule ku sobie i ucałowała, nazywając swoimi córkami. W taki sposób radość ogarnęła nas wszystkich i ruszyliśmy w dalszą podróż, zapomniawszy o jedzeniu i piciu, tak byliśmy przepełnieni Królestwem Jezusowym! Tego dnia przemierzaliśmy je, chociaż wciąż byliśmy na tej ziemi.
Po południu dotarliśmy do domu Marii Magdaleny i znów ujrzeliśmy Morze Galilejskie. Słudzy witali ją z radością, bo nic nikomu nie mówiąc wyszła z domu ukradkiem z Marią z Beeret.
Martwili się już o nią i bali, że znowu została nawiedzona przez szatana.
– Niech każdy weźmie dziś z mojej komory nowe szaty dla siebie
– powiedziała do sług. – I przygotujcie wielkie przyjęcie. Zróbcie to jak najlepiej, bo świętujemy dzień radości i wesela. Pan nasz, Jezus Nazarejski, powstał z martwych i objawił się swoim wiernym. Świadkiem tego było ponad pięćset osób. Idźcie więc do Magdali i zaproście na moją ucztę wszystkich, kto tylko zechce tu przybyć. Lecz nie zapraszajcie faryzeuszy ani dostojników synagogi, ani starszyzny, ani bogaczy. Zaproście biednych i cierpiących, celników i poborców podatkowych. Cudzoziemców też zaproście na ucztę. Powiedzcie wszystkim: Maria Magdalena zaprasza dziś na ucztę tylko grzeszników. Nabożnych nie zaprasza. Pan też nie zapraszał nabożnych i dla niego nie było nieczystych. Razem z nim przebaczenie za grzechy spłynęło na ziemię.
Mówiła do służby z taką emfazą, aż ci kręcili nad nią głowami, ale słuchali rozkazów. Mnie odprowadziła na bok, spojrzała mi z miłością w oczy, położyła rękę na ramieniu i rzekła:
– Nadeszła chwila rozstania. Uznaję cię za dziecko Królestwa, chociaż inni cię odtrącili. Złe dni przyjdą jeszcze na ciebie, a grzechów nikt nie może ominąć. Ale nie pozwól, by twoje serce skamieniało, nie rób się pobożnym na oczach ludzi i nie składaj zbyt wiele obietnic. Grzechy nazwij grzechami nawet wtedy, gdy sam w nie popadniesz. I nie usprawiedliwiaj się próżnymi wykrętami, tłumaczeniami, że w gruncie rzeczy nie jesteś gorszy od innych. Lecz jeśli popełnisz grzech i będziesz przez niego cierpiał, jeśli grzech stanie się twoją rozpaczą, a nie radością, wtedy będziesz dojrzały do poprawy. I nie ma tak wielkiego grzechu, którego ci Jezus nie podaruje, jeśli żałując w głębi serca zwrócisz się do niego z modlitwą. Nie przebaczy tylko wtedy, gdy serce ci skamienieje, ponieważ w takim wypadku człowiek z własnej woli odłącza się od niego. Jednakże nikt na tyle od niego nie odejdzie, aby nie mógł znaleźć ścieżki powrotu, tak bezmierne jest jego miłosierdzie! Jeśli będziesz szedł drogą Królestwa, unikniesz złego. I powierzę ci przepowiednię, którą zobaczyłam we śnie: „Sama droga jest już Królestwem". – Patrzyła na mnie ze łzami w oczach i ciągnęła: