Выбрать главу

– Taka jest moja nauka, nauka Marii Magdaleny, która z pewnością dojrzewała we mnie, gdy słuchałam przypowieści u jego stóp. W przyszłości jeden będzie mówił o nim to, inny tamto, każdy tak, jak sam zrozumie. Nie jestem bardziej prawowierna od innych, ale sądzę, że nie popełniam gorszych błędów. Uczniowie kazali mi zamilknąć jako kobiecie, więc odtąd będę pokornie milczała w ich obecności. Lecz tobie powiem, że Jezus narodził się jako człowiek i przyjął na siebie cielesne męki, aby zbawić świat. On wiedział, co się z nim stanie, i wielokrotnie mówił o tym jasnymi słowy. Chciał sam poświęcić się za wielu i w ten sposób, jako syn człowieczy i Boży utworzyć nowe przymierze i wziąć na swoje barki grzechy całego świata. Moje serce jest uszczęśliwione dzięki niemu.

Pouczała mnie w sposób emfatyczny, a ja zachowałem jej naukę w pamięci, choć nie wszystko wówczas zrozumiałem. Następnie rozmawialiśmy o powszednich sprawach i umówiliśmy się co do prezentu ślubnego dla Marii z Beeret, który miałem wysłać z Tyberiady. Po wydaniu Marii za mąż, a znając ją, chciała zrobić to jak najszybciej, zamierzała pojechać do Jeruzalem, aby sprawdzić, czy apostołom niczego nie brakuje, ponieważ przy wyjeździe nie wiedzieli, jak długo przyjdzie im tam zostać. Tomasz powiedział, że będą czekali na spełnienie obietnicy, choćby miało to trwać dwanaście lat.

W końcu odprowadziła mnie pod samą bramę. Maria z Beeret gorzko płakała, aż oczy jej napuchły, a Myrina szlochała ze szczerego współczucia dla Marii. Unosiłem w sercu promienną pewność, że choćby jeszcze nie wiem co mi się przydarzyło, to gdybym nigdzie nie zaznał spokoju, zawsze mogę wrócić do tego domu, do Marii Magdaleny. Oczywiście nie zamierzałem tu wracać, ale człowiekowi zawsze jest lżej, gdy wie, że istnieje miejsce, gdzie zawsze go chętnie powitają, chociażby nigdy tam się nie zjawił.

Powędrowaliśmy – Myrina i ja – w milczeniu do Magdali, a stamtąd na szlak prowadzący do Tyberiady. Żadne z nas nie czuło zmęczenia, więc nie było sensu wynajmować łodzi, chociaż na pewno bez kłopotu znaleźlibyśmy ją w Magdali. W drodze rozglądałem się wokoło, wdychałem zapach czystej wody i myślałem, że nie mam już co szukać w Galilei. Ale nigdzie indziej też mi się nie spieszyło. Dlatego miło było iść w milczeniu wzdłuż jasnego brzegu jeziora. I nie byłem sam. Miałem przy sobie Myrinę.

Pod wieczór doszliśmy do miasta. Miałem zamiar iść prosto do kąpieliska przy gorących źródłach, lecz na forum Heroda Antypasa wpadł na mnie głęboko zamyślony mężczyzna. Stało się to tak nagle, że nie zdążyłem odskoczyć i żeby nie upaść, musiałem złapać go za ramię. Potężnie zbudowany człowiek podniósł wzrok na mnie, jakbym wyrwał go z głębokiego snu i – ku swemu zaskoczeniu – poznałem Szymona Cyrenejczyka.

– Pokój tobie – pozdrowiłem go odruchowo, choć jednocześnie bałem się jego gniewu, jeśli mnie rozpozna. Nie rozgniewał się jednak, smętnie się uśmiechnął i odparł:

– To ty, Rzymianinie? Pokój również tobie.

Zdjąłem rękę z jego ramienia, lecz nie mogłem od razu iść dalej. I tak staliśmy naprzeciwko, patrząc na siebie. Po wydarzeniach, które miały miejsce w jego domu, nie widzieliśmy się ani razu – teraz zdawało mi się, że przez ten krótki czas, jaki upłynął, bardzo się postarzał. Oczy miał posępne, a głowę trzymał hardo, jakby mu się ten świat nie podobał. Równie dobrze mógłbym z nim w ogóle nie rozmawiać, ale przyszło mi na myśl, że nie bez powodu na niego wpadłem. Dlatego spytałem potulnie:

– Czy wybaczyłeś mi to, co zdarzyło się w twoim domu? Bo mnie obarczono odpowiedzialnością za to, choć uważam, że wina była nie tylko moja. Jeśli jednak czujesz do mnie żal, przebacz mi.

– Nie mam do ciebie żalu. Sam odpowiadam za swoje czyny. Przecież powiedziałem, że nie życzę ci nic złego.

– Dobrego też mi nie życzyłeś-odparłem oskarżające – Chciałeś się ode mnie uwolnić. Czy teraz wierzysz, że nie jesteś magiem? Co sądzisz o tym wszystkim?

Podejrzliwie rozejrzał się dookoła, ale o tej porze forum było opustoszałe. Podniosłem rękę i powiedziałem:

– Nie obawiaj się mnie. Ja też wracam z góry. Więc co o tym myślisz?

– Cóż, było tam przecież ponad pięćset osób – westchnął. – Nic dziwnego, że ciebie nie widziałem w tym tłumie. A skoro tam byłeś, to wiesz, co myślę. Na łeb, na szyję wyruszyłem z Jeruzalem, gdy tylko dowiedziałem się, że obiecał być przed nami w Galilei. Wielu ludzi wyjechało wówczas, ale wiadomości były niepewne i nawet sprzeczne; nie wszyscy też wierzyli, że pokazał się apostołom na brzegu jeziora. Niektórzy zniecierpliwili się i wrócili do Jeruzalem. Ale mnie życie nauczyło cierpliwości, bo niewolnik musi być cierpliwy. Zresztą to oczekiwanie w Galilei miało dla mnie swoje plusy. Nie marnowałem czasu. W głębi serca myślałem, że apostołowie kłamią. Oczekiwanie mnie uspokoiło. Wierzyłem, że znów wrócę do Jeruzalem, do poprzedniego trybu życia, który mi odpowiada. Dałem przecież obydwu synom najlepsze co można: wiarę Izraela, wykształcenie greckie, rzymski spokój i mądrą lokatę pieniędzy. Ale po otrzymaniu wiadomości poszedłem na górę i tam go zobaczyłem. – Mięśnie twarzy mu zadrżały i zdenerwowany ciągnął: – Zobaczyłem, że naprawdę zmartwychwstał. Uwierzyłem, że jest Chrystusem. I teraz muszę znowu zaczynać wszystko od początku. Na świecie jest coś więcej niż to, co oko widzi, a ręka stwierdzi i zmierzy miarą i wagą! To straszliwa świadomość. Chciałoby się przeklinać dzień, w którym natknąłem się na niego i włożono mi jego krzyż na ramiona. Przez niego za mało mi tego, co jak sądziłem, tak rozsądnie zbudowałem dla synów. Pytałeś, co myślę o tym wszystkim. Myślę, że muszę tak postępować, żeby być godnym Królestwa i doprowadzić obydwu synów do wiary w nie. Prawa dawane przez niego są bardzo niesprawiedliwe. Są bezlitosne dla człowieka, który najpierw był niewolnikiem, a potem dorwał się do wolności i bogactwa. Ale teraz, gdy upewniłem się, że zmartwychwstał, muszę podporządkować się tym prawom. Miałem nadzieję, że będę się mógł z nim chociaż potargować, jak przy każdej umowie handlowej między ludźmi. Ale on jest nie tylko człowiekiem. Kiedy zobaczyłem go w nocy na górze, zrozumiałem, że z nim targować się nie można. Do jego niewoli muszę wejść ze skórą i całym owłosieniem. Nic na to nie poradzę. A już od niego będzie zależało, czy da mi kartę wyzwolenia, czy nie. Ja sam nic tu nie mogę uczynić. Nad tym wszystkim właśnie tak mocno się zadumałem, aż wpadłem na ciebie, Rzymianinie.

– Ależ – rzekłem zdumiony – czy nie uraża cię, że jestem Rzymianinem i poganinem?

– A dlaczego Żyd ma być przed jego obliczem lepszy od Rzymianina czy Greka? – Szymon Cyrenejczyk patrzył na mnie równie zdziwiony. – Tego nie można zrozumieć, gdy patrzy się po nowemu. Do Jezusa należy odróżnianie dobra od zła. Byłbym szalony, gdybym wyobraził sobie, że jestem w stanie jednych ludzi traktować jako jego własność, a innych odtrącać. W tym też jest niesprawiedliwy. Nie, rozmyślanie mi w rozumieniu nie pomoże. Nie należę do tych, którzy sądzą, że znaleźli wieczną szczęśliwość, jeśli zaszyją się w leśnych ostępach z dala od innych. Jestem człowiekiem czynu. Dla mnie czyny liczą się bardziej niż myśli. Muszę przeżyć swój żywot wśród ludzi, niezależnie od tego, czy będą to Żydzi czy Rzymianie. Prócz tego podejrzewam, że on rzeczywiście stworzył nowe Przymierze chleba i wina. Podobno płakał nad losem Jeruzalem. Może uda mi się z przeznaczonego na upadek gniazda w porę ocalić to, co moje. Jeśli rzeczywiście będzie tak, że Świątynia nikogo nie uratuje, to razem z moimi pisklętami przeniosę się do innego kraju. Ale nie wiem jeszcze nic pewnego.