Mówił bardzo kategorycznie, choć jego myśli przeskakiwały z jednej sprawy na drugą. Zaciekawiony spytałem:
– Czy rozmawiałeś z nim na górze?
– Jakżebym śmiał? – ofuknął mnie Szymon Cyrenejczyk, patrząc jak na głupiego. – Wystarczy, że go ujrzałem.
– Jedenastu nie chce mnie znać – powiedziałem nieśmiało.
– Piotr zabronił mi nawet mówić o nim, bo jestem Rzymianinem.
– Jak dożyją moich lat i przejdą w życiu twardą szkołę, to się zmienią i do wszystkiego będą inaczej podchodzić – zapewnił Szymon, który wcale nie przejął się moimi słowami. – Są tylko ludźmi, a nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Zresztą ludzie prości, gdy dorwą się do odpowiedzialnych stanowisk, powodują mniej szkód niż przemądrzali i żądni sławy. Mnie wystarczy, jeśli tego dziedzictwa nie zaprzepaszczą. Nie, daleko nie zajdą, jeśli całe Królestwo będzie w rękach jedenastu. Chociaż i to lepsze, niż gdyby mieli się kłócić o dziedzictwo. Będą się chyba rozwijać wraz ze swym posłannictwem. Takie rzeczy i dawniej się zdarzały…
– A co myślisz o jego dziedzictwie? – ośmieliłem się spytać.
W trakcie rozmowy machinalnie chodziliśmy długimi krokami tam i z powrotem po forum, jak sofiści. Myrina usiadła na kamieniu, żeby dać wytchnienie nogom. Szymon Cyrenejczyk zatrzymał się, by spojrzeć na mnie posępnym wzrokiem. Ręka, która uniosła się, by świadczyć, bezradnie opadła.
– Gdybym to wiedział!… – wyrzekał zbolały. – W czasie oczekiwania słyszałem wiele relacji o jego naukach, ale gorąco pragnąłem, aby okazały się tylko gadaniem szalonego proroka. Przecież kiedy zaczynał nauczanie w Galilei, matka i bracia uważali go za szaleńca i usiłowali ściągnąć z powrotem do domu! Był zbyt okrutny dla pobożnych i zbyt łagodny dla grzeszników. Poważni ludzie uważali za pewne, iż czynił cuda przy pomocy Belzebuba. Wyjaśnię ci, bo może nie wiesz, że Belzebub to taki zły duch, który zachował się od czasu pradawnych bogów. W rezultacie nie usiłowałem zapamiętać wszystkich jego nauk, bo jedni mówili zupełnie co innego niż drudzy. Nawet ci, którzy słuchali go równocześnie, twierdzili, że mówił różne rzeczy. Możesz sobie wyobrazić, jak strasznym przeżyciem było ujrzeć go na własne oczy! Przecież na własnych barkach niosłem jego krzyż na Golgotę! Nie mogę obalić jego nauk, ale ich nie rozumiem.
– Odpuść nam nasze winy – ciągnął, przyciskając mocno obie dłonie do siebie – tak jak i my odpuszczamy naszym winowajcom. Rozumiem tę spuściznę, ale mocno przeciwko niej się buntuję. Czy powinienem darować długi Herodowi Antypasowi? Jego zarządca Chuza przybiegał do mnie po pożyczkę, ilekroć książę odwiedzał Jeruzalem. Właściwie miałem niewielką nadzieję na odzyskanie pieniędzy, raczej traktowałem te pożyczki jak delikatne łapówki, żeby mi nie szkodził w interesach w Perei i Galilei. Jednak męczy mnie myśl, że miałbym stawić się przed księciem i ze szczerego serca, a nie przez przemilczenie darować mu, co jest mi winien. Wiem, że się naigrawał z Jezusa przed ukrzyżowaniem. Darowałem długi pewnemu biedakowi z Galilei, chociaż jego maleńki skraweczek ziemi chciałem przyłączyć do dużego majątku ziemskiego, który nabyłem na imię mojego syna Rufusa. Ale ten biedak miał rodzinę, a zadłużył się nie z własnej winy, tylko przez potrójne podatki i szarańczę. Nie opowiadam tego, żeby się chwalić, bo Jezus podobno powiedział, że lewica nie ma wiedzieć, co czyni prawica, nie mówiąc o pośrednikach. Ale poradź mi, co mam zrobić? Czy nie byłoby rozsądniej domagać się od księcia tyle, ile się uda od niego wyciągnąć, i rozdać to biednym? Bo niby dlaczego miałbym mu darować?
– Moim zdaniem za bardzo troszczysz się o swój majątek i zyski. Mówił serio o tym, nad czym ja też się zastanawiałem. W końcu powiedziałem ostrożnie: – Jestem także zamożny, ale zbytnio nie dbam o to. Może dlatego, że stałem się bogaty bez swego udziału i zdaniem wielu, nieuczciwie. Radziłbym ci, abyś się wstrzymał i nie postępował lekkomyślnie. Słyszałem, że apostołowie zamierzają czekać w Jeruzalem choćby dwanaście lat, aż spełni się obietnica, która wszystko wyjaśni. Czemu miałbyś się spieszyć bardziej niż oni?
– Dlatego, że jestem człowiekiem złym i srogim – szybko odrzekł Szymon Cyrenejczyk, jakby tę odpowiedź miał od dawna przemyślaną. – Spieszę się, aby otrzymać przebaczenie za moje winy i okrucieństwa.
– Umiesz myśleć tylko jak kupiec starej daty – stwierdziłem.
– Zamierzasz coś dać, aby coś w zamian otrzymać. Myślę, że Jezus Nazarejski nie będzie nikomu dawał według zasług. On przyszedł na ten świat, aby zgładzić jego grzechy, ponieważ sam człowiek nie jest w stanie tego zrobić. To niby nonsens, ale jak sam powiedziałeś, w jego nauczaniu rozpatrywanym na modłę mędrców znajdziesz wiele pozornych nonsensów.
– Nie rozumiem, o czym mówisz. – Szymon Cyrenejczyk przyłożył rękę do czoła i ciężko westchnął. – Głowa boli mnie bardziej niż kiedykolwiek. Czy naprawdę twoim zdaniem chęć kupienia przebaczenia jest wyrazem tylko niewolniczej i kupieckiej pychy? Zresztą, co ty będziesz mnie uczył! Przecież sam powiedziałeś, że zabronili ci o nim mówić.
– Wybacz mi, Szymonie Cyrenejczyku – prosiłem, gorzko żałując swej nierozwagi. – Gdzieżbym śmiał ciebie pouczać? Prosiłeś o radę i popełniłem ten błąd, że ci odpowiedziałem, choć z pewnością nie rozumiem jego nauk lepiej niż ty, przeciwnie, raczej gorzej, bo jesteś człowiekiem starszym i bardziej doświadczonym. Szukaj Królestwa swoimi sposobami. Ja będę próbował po swojemu.
W roztargnieniu Szymon Cyrenejczyk podniósł spracowaną rękę i pogładził po policzku Myrinę, która w dalszym ciągu siedziała na kamieniu.
– Szkoda, że nie mam córki – pożalił się. – Zawsze chciałem mieć córkę. Może byłbym lepszy, gdybym oprócz synów miał również dziewczynkę?… Za dużo gadaliśmy. – Zdumiony patrzył na swą rękę. Było już ciemno i przed domami zapalono lampy. – Im więcej mówiliśmy, tym bardziej się denerwowałem, ale wystarczyło, bym dotknął twarzy twojej córki, a głowa przestała mnie boleć i dobrze się czuję.
– To nie jest moja córka, taki stary znowu nie jestem – zaperzyłem się. – To moja siostra, Myrina. Nie rozumie twojej mowy.
– Na pewno była z tobą na górze – odgadł Szymon Cyrenejczyk, jak lunatyk wpatrując się w swą rękę. – Poczułem to, kiedy ręką dotknąłem jej twarzy. Nie odniosłem takiego wrażenia, kiedy wpadłeś na mnie i złapałeś za rękę. Jej spokój przeniknął mnie i już się nie przejmuję głupstwami. Nie było sensu słuchać twego przemądrzałego gadania, skoro wystarczyło dotknąć twarzy twojej siostry.
To było moim zdaniem zupełnie niesprawiedliwe, ale nie chciałem mącić jego spokoju, jeśli rzeczywiście go uzyskał przez muśnięcie ręką twarzy Myriny. Poczułem się tylko ogromnie wyczerpany, jakby to gadanie zmęczyło mnie bardziej niż całodzienna wędrówka. Dlatego chciałem iść do mego greckiego zajazdu, lecz Szymon Cyrenejczyk nas prowadził, trzymając Myrinę za rękę. Szliśmy więc we trójkę, z Myrina w środku, aż dotarliśmy do oświetlonego zajazdu. Szymon koniecznie chciał, żebyśmy coś zjedli. To był taki zajazd, w którym wolnomyślni Żydzi jadali z jednego garnka z gojami.