Выбрать главу

— A jeśli Rowana opowie się za Paulem, będziemy mieć nóż skierowany prosto w nasze plecy — podsumował w zamyśleniu Edmund. — Cóż, to nie szkodzi, do czasu, gdy będzie w stanie podjąć jakieś działania, my będziemy w stanie się obronić, jeśli do tego dojdzie. Jedną z rzeczy, które musisz wpisać w konstytucję jest to, w jaki sposób będą przyjmowane nowe grupy. W jaki sposób ustanawia się granice geograficzne, kto ma pełne prawa wyborcze, tego rodzaju rzeczy.

— Hmmm… — odezwała się Sheida z nieobecnym spojrzeniem. — Właśnie przeglądam kilka z bardziej znanych dokumentów historycznych.

— I jeszcze jedno. — Tak?

— Pierwsza konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki, Druga Poprawka. Cokolwiek napiszesz, jeśli chcesz mojego poparcia dla tego, musisz mieć coś podobnego albo mocniejszego.

Uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową.

— Da się zrobić.

— Czy istnieje możliwość, żebyś zabrała ze sobą Harry’ego? — zapytał nagle.

— Może. Czemu?

— Cięcie, które zrobiłem mu w nodze nigdy nie wyleczy się poprawnie, o ile nie odbudują tego nanity — Edmund wzruszył ramionami. — W tym społeczeństwie stał się praktycznie kaleką. To nie dobrze, ale druga strona tego jest taka, że on ma dobre podstawy wiedzy w zakresie przedindustriałnej wojny i rządów. Gdyby mógł trafić gdzieś, gdzie nie będzie odbierany jako kaleka, albo gdyby mógł zostać naprawiony, mógłby się przydać. Ale w obecnym stanie nie potrafi ani sobie, ani nikomu innemu wiele pomóc.

— Zobaczę, czy będę w stanie zgromadzić energię na teleportację — powiedziała po chwili namysłu. — Pracujemy nad metodami wymagającymi mniej energii, ale chwilowo jesteśmy uziemieni.

— No cóż, jeśli dasz radę to zrobić, to świetnie. Jeśli nie, znajdziemy coś dla niego. Jeśli nie będzie innego wyjścia, może uczyć walki na miecze po prostu krzycząc.

— Dobrze — zgodziła się Sheida, kiwając głową. — Dziękuję za radę.

— Zawsze do usług. I naprawdę odpocznij trochę.

— Wyśpię się w grobie.

— I dokładnie tam trafisz, jeśli nie zrobisz ze sobą porządku — skomentował Edmund.

— To… zbyt wiele. Oni są o tyle potężniejsi od nas, Edmundzie. — Westchnęła i schowała twarz w dłoniach. — Nie wiem, skąd biorą całą tę energię. Zasadniczo mamy dwie więcej elektrownie niż oni, a jeszcze pobieramy energię z Kamiennych Ziem. Ale oni mają dwa lub trzy razy tyle. Nie używają jej zbyt dobrze, ale zmusza nas to do zużywania prawie każdego erga na obronę przed nimi. A tymczasem oni mogą swobodnie… — przerwała i zadrżała. — Aż trudno mi uwierzyć w niektóre z rzeczy, jakie robią.

— Ja przypuszczalnie uwierzę — cierpko stwierdził Edmund. — Ale ja głęboko wierzę w ideę grzechu pierworodnego i zepsucie duszy ludzkiej.

— Cóż, też się ku temu skłaniam — powiedziała Sheida. — Paul ma dość energii, żeby praktycznie uniemożliwić wysłanie awatara do większości kontrolowanych przez niego obszarów, ale udało się nam przemycić kilka latających jednostek zwiadowczych i to, co zobaczyliśmy, jest straszne. Zbiera wszystkich uchodźców i Przemienia wbrew ich woli.

— Nie dziwi mnie to — ponuro mruknął Edmund. — Jeśli ma dość energii.

— Ma, ale i tak w większości pobiera ją z ich ciał. Używa ludzi jako źródła energii. Czasem ich to zabija. A to, co zostaje…

— Niech zgadnę. Niska inteligencja, prymitywny wygląd, kilka podstawowych umiejętności i… hmmm… agresja. Bezmyślna agresja, prawda?

— Słyszałeś.

— Och, słyszałem plotki. Ale co więcej, znam zaangażowanych w to ludzi. To wcale nie Paul się w to bawi, to Chansa i Celine oraz do pewnego stopnia Demon.

— Czemu? — zapytała Sheida poważnie.

— Cóż, Celine od stu pięćdziesięciu lat narzekała na wymuszane przez Sieć ograniczenia medyczne i bioinżynieryjne. Chce tworzyć potwory. Czemu? Ponieważ ona lubi potwory. One są takie fajne.

— Osy, które nas zaatakowały były prawdopodobnie jej dziełem — zauważyła Sheida.

— Tak, podobnie jak te… rzeczy. Ci Przemienieni. Jeśli chodzi o Chansę, czy kiedyś zastanawiałaś się, czemu uczynił się takim wielkim? To czysty brak wiary w siebie. Zawsze chciał kontroli, nad sobą, nad otaczającymi go ludźmi. Nie wiem, co pchnęło go w tę stronę i nie uważam, żeby tak na prawdę miało to jakieś znaczenie, może ktoś go bił, gdy był dzieckiem. Wszystko jedno. Chce kontrolować wszystkich, którzy go otaczają. Chce Poddanych, nie równych sobie. Celine tworzy wspaniałą rasę niższą, nad którą będzie mógł władać, a oboje sprzedają to Paulowi jako coś „dla dobra ludzkości”.

— Masz szpiega w Radzie Sojuszu Nowego Przeznaczenia? — poważnie zapytała Sheida. — Ponieważ to dokładnie obraz, jaki udało mi się uzyskać.

— Nie, ale to dość cholernie oczywiste, jeśli zna się graczy.

— A co z Demonem?

— Ciekawe, prawda? Jak pojawił się dokładnie w idealnym momencie, kiedy wszystko zaczęło się walić — cierpko zauważył Edmund. — Naprawdę uważasz, że to przypadek?

— Myślisz, że siedział w tym od początku?

— Myślę, że siedział w tym, jeszcze zanim się to zaczęło. Trochę teraz za późno na szukanie, ale ciekawe byłoby się przekonać, jak Celine, która od początku była stuknięta, i Chansa dostali się do Rady. Demon jest stary, Sheida. Starszy niż my oboje. Tak stary jak niektóre elfy.

— Myślisz, że on to zaplanował? — zapytała. — To wszystko? Nawet on nie jest chyba tak szalony?

— Demon? Och tak, Sheida, jest. Westchnęła i zmęczona pokiwała głową.

— Przypuszczam, że masz rację. Ale gdzie nas to stawia?

— W cholernie wielkiej dziurze — przyznał Edmund. — Ale po to są łopaty. Wracaj do domu. Niech na jedną noc wszystko idzie w diabły. Ściągnij wszystkie awatary i trochę odpocznij.

— Dobrze — zgodziła się, uśmiechając się łobuzersko. — Żałuję, że mnie tu nie ma. Odpoczęłabym z tobą.

— Nie dzisiaj — oświadczył Edmund. — Zamierzam stać na straży koszmarów.

— Racja. — Sheida potrząsnęła głową. — Jeśli go znajdziesz…

— Przybiję go za jaja do najbliższego drzewa — spokojnie obiecał Edmund. — Widzisz, gdzieś tam głęboko we wnętrzu, wcale nie dbam o prawo.

* * *

Herzer przyjął żeton żywnościowy i skierował się w stronę budynków, zanim jeszcze jego mózg naprawdę zaskoczył. Dotarł do Raven’s Mill, deszcz ustał i po raz pierwszy od tygodni będzie mógł jeść i spać pod dachem. Ostrzeżono go, że jedzenia nie będzie wiele, a schronienie kiepskie. Jednak było to jedzenie i dach nad głową, a to już coś.

Po jedzenie stała kolejka, więc ustawił się na końcu. Zirytowało go, że część przychodzących osób nie szła na koniec ogonka, tylko podchodziła do przodu, wciskając się po prostu do znajomych. Jednak najwyraźniej nie było nikogo, kto mógłby temu zapobiec.

Ludzie czekający na posiłek stanowili smutny widok. Wszyscy wyraźnie wymęczeni drogą i w oczywisty sposób nieprzywykli do niej. Wielu wyglądało na… złamanych, jakby nigdy już, do końca życia, nie mieli się poprawić. Jednak byli i tacy, którzy nie robili takiego wrażenia. Rozmawiali uprzejmie z innymi; rozglądając się przy tym wokół siebie. Wydawało się, że nie wyróżniają się niczym szczególnym i Herzer nie umiał przewidzieć, kto będzie wbijał wzrok w ziemię, a kto patrzył ciekawie na świat. Niektórzy z ewidentnie najsłabszych w grupie okazywali się zarazem najaktywniejszymi osobami, podczas gdy i wśród najsilniejszych zdarzali się tacy, którzy wyglądali, jakby rozpadli się na strzępy — Zgromadzeni stanowili jeszcze z innego powodu dziwny widok. Bardzo mało dostrzegał wśród nich Przemienionych. Herzer przyzwyczaił się, że w tego rodzaju grupach stanowili oni przynajmniej jedną czwartą, od ludzi ze skrzydłami do kobiet-kotów. Owszem, zobaczył jedną przedstawicielka tych ostatnich, naprawdę uroczą pręgowaną blondynkę, oraz, na czele kolejki, ktoś wyglądający na niedźwiedzio — czy świniołaka. Ale żadnych więcej Przemienionych. Nie sądził, żeby miasto ich nie wpuszczało, jednak musiał istnieć jakiś powód, dla którego było ich tu tak niewielu.