— Nie przeszkodzi to nam w osiągnięciu naszego ostatecznego zwycięstwa — oświadczył Paul, wstając. — Słuszność jest po naszej stronie i nikt nie może stanąć na drodze prawdy i zwycięstwa. Poradzimy sobie z tym tak, jak uporaliśmy się ze wszystkimi działaniami stojących na drodze postępu rasy ludzkiej! Pokonamy ich, wytępimy i zatopimy w rzece czasu!
Celine spojrzała na niego zaskoczona, po czym potrząsnęła głową. — I to twoje ostateczne słowo?
— Potraktujemy to tak samo, jak wszystkie inne zniewagi — oznajmił Paul, nachylając się nad stołem. — Wysyłają przeciw nam swoich szpiegów, mroczne stworzenia nocy. Dobrze, wyślemy im naszych. Skoro chcą wojny, dostaną ją. Oni, którzy zabili miliony! Celine, nie będziemy w stanie przełamać tego wprost, ale w końcu tego dokonamy. Musisz robić większe kroki w swoich badaniach. Jeśli nie zmądrzeją, musimy upewnić się, że zrozumieją konsekwencje! Przygotuj swoje potwory, bo zgotujemy im horror Musimy wygrać tę wojnę dla dobra całej ludzkości, a jeśli przegramy, przegra ludzkość!
— Och, to łatwe. — Uśmiechnęła się radośnie, a potem spojrzała na Chansę. Odchylił się plecami na oparcie krzesła, z pustym wyrazem twarzy patrząc na Demona. — Łatwe — powtórzyła szczęśliwa. Uruchomienie programów będzie bardzo uciążliwe, ale było to nic w porównaniu z zielonym światłem dla rozpoczęcia niektórych z wstrzymywanych do tej pory projektów.
— Bardzo dobrze. — Paul uśmiechnął się z triumfem. — Wygramy! Dla dobra ludzkości. Spotkanie zakończone.
Daneh stała w drzwiach domu, patrząc na osiedle w dole, po czym wyprostowała ramiona i wyszła. Szła równo w dół wzgórza i w tłum, czasami pozdrawiając poznanych ludzi, aż doszła do nowszych budynków w pobliżu ratusza. Edmund powiedział jej, że gdzieś w tym chaosie urzęduje Lisbet McGregor, zajmując się logistyką. A Daneh uznała, że prędzej się przekręci, niż pozwoli sobie na ukrywanie się w domu.
Przeszła przez pierwsze znalezione drzwi i zesztywniała, gdy z zacienionego kąta odezwał się do niej mężczyzna.
— Nie powinnaś tu wchodzić — rzucił ostro.
— Szukam Lisbet — odparła bezbarwnie, próbując opanować nagłe uderzenie adrenaliny. Wiedziała, że jej głos brzmiał niepewnie, ale tylko odrobinę wyrwał się spod kontroli.
— Jest w następnym budynku — wyjaśnił mężczyzna. Ponieważ jej oczy dostosowały się już trochę do mroku zauważyła, że pochylał się nad jakimiś papierami i dotarł do niej lekko zatęchły zapach kiepsko wypranego materiału.
— Przepraszam — powiedziała tak spokojnie, jak tylko potrafiła. — Dziękuję.
— Przepraszam, że się wydarłem — rzekł mężczyzna, w półmroku błysnęły jego zęby. — Po prostu co chwila ktoś tu wchodzi i o coś pyta. A ja mam tyle pracy.
— Rozumiem. — Daneh kiwnęła głową i wyszła z powrotem przez drzwi.
Wzięła głęboki oddech i zmusiła się do uspokojenia. Gdy toczyła bój z efektami fali paniki, ktoś wpadł na nią od tyłu i prawie krzyknęła. Odwróciła się, ale ktokolwiek to był, już wtopił się w tłum. Cofnęła się pod ścianę i walczyła, by odzyskać oddech. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy przypadkiem nie popada w szaleństwo. Zamknęła oczy i podniosła dłonie do twarzy, próbując powstrzymać łzy.
— Madame Daneh — rozbrzmiał uprzejmie chropawy głos.
Opuściła dłonie i spojrzała w bok. W odległości przynajmniej dwukrotnie większej niż na wyciągnięcie ręki stał wysoki, starszy mężczyzna. Miał na sobie zbroję i wyglądał bardzo sztywno. Jednak z jakiegoś powodu — może dlatego, że ją znał, jeśli nawet ona jego nie — nie wzbudzał w niej strachu. Każdy inny mężczyzna w okolicy tak. Ale on nie. I miał w sobie coś dziwnie znajomego.
— Tak, to ja — odpowiedziała. — W czym mogę pomóc?
— Zastanawiałem się nad tym samym — rzekł obcy, nie podchodząc bliżej. — Wydaje się pani zdenerwowana. Czy mam panią zaprowadzić do sir Edmunda?
— Nie, dziękuję — odpowiedziała ostro. Potem westchnęła i potrząsnęła głową. — Przepraszam. Jestem trochę… nie w formie.
— Jest pani znacznie więcej, niż tylko trochę nie w formie, madame. Czy mogę spytać, czemu zeszła pani w dół już dzisiaj? Rozumiałem, że miała pani wypoczywać.
— Czy całe miasto wie o tym, co się ze mną stało?! — zapytała gniewnie.
— Nie. O ile wiem, to nie. Ale ja właśnie przybyłem. Edmund powiedział mi o tym w ramach odprawy. Jesteśmy starymi przyjaciółmi. Prawdę mówiąc, byłem na waszym weselu, ale pewnie mnie pani nie pamięta.
— Teraz już tak — odparła, przyglądając mu się uważnie. — Serż…? Tak na ciebie mówią?
— Tak jest, proszę pani. A sir Edmund powiedział mi o tym tylko dlatego, że będę odpowiadał za siły obronne. To nie było luźne plotkowanie.
Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, potem ze zrozumieniem pokiwała głową.
— Przypuszczam, że nie. Gdzie się kierujesz?
— Zapewne w to samo miejsce, gdzie pani, spotkać się z Lisbet McGregor. — Uprzejmie wskazał ręką, żeby poszła przodem, po czym znieruchomiał. — Czy może woli pani, żebym poszedł pierwszy?
Zastanowiła się nad tym przez chwilę, po czym znów wyprostowała ramiona.
— Nic mi nie jest — oświadczyła. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się do niego plecami, przechodząc przez drzwi.
Tym razem zapukała, a drewniane drzwi praktycznie się otwarły.
— Odejdź — przywitał ją mężczyzna po drugiej stronie. — O ile nie masz uprawnień do wchodzenia tu, nie powinno cię tu być\ Daneh w pierwszej chwili skurczyła się w sobie, ale potem wygrał jej gorący temperament.
— Skąd u diabła masz wiedzieć, czy mam prawo tu być, czy nie? — powiedziała ostro. — Nawet nie wiesz, kim jestem!
— Ale ja wiem — odezwała się Lisbet, wychodząc naprzód. — Wszystko w porządku, Sidikou, to Daneh Talbot.
— Ghorbani — automatycznie poprawiła ją Daneh. — Witaj, Lisbet. Budynek był równie ciemny, jak poprzedni, ale większy i na drugim końcu pomieszczenie zawalono torbami i pakunkami. Lisbet nachylała się nad listą i próbowała czytać ją w słabym świetle.
— Zniszczysz sobie w ten sposób oczy — rzekła Daneh. — Och, Lisbet, to jest Serż…
— Czołem, Serż — radośnie powitała go Lisbet. — Teraz wiadomo już, że wszystko obraca się w ruiny, pojawił się Serż.
— Och, robi się gorzej — lekko powiedziała Daneh. — Wczoraj wieczór zjawiła się tu Bast. Teraz wyciągnęła moją córkę nie wiadomo gdzie.
— Ojej. — Lisbet roześmiała się. — Strach pomyśleć, jakich psot razem się dopuszczą. Bast powinna mieć na imię Bandyta.
— Nie ta płeć — ponuro zauważył Serż. — Ale poza tym, wszystko się zgadza. Nie jest najbardziej zdyscyplinowaną osobą.
— W porównaniu z tobą, Serż, nikt nie jest zdyscyplinowany — pogodnie zaoponowała Lisbet. — Nie wszyscy chcemy chodzić we włosiennicach.
— Nie noszę włosiennicy — zaprotestował Rutherford. — To niepotrzebna forma kary. Istnieją lepsze sposoby sprawiania bólu.
— Skoro mowa o bólu — wtrąciła się Daneh, rzucając pytające spojrzenie na Serża — Edmund powiedział coś o tym, że powinnam urządzić się tu jako lekarz. Ale do tego potrzebuję czegoś więcej niż tylko witryna. Nie wspominając już o bandażach, łubkach, materiałach do szycia i lekach. Macie tu cokolwiek?
— W tej chwili niewiele. — Lisbet wzruszyła ramionami. — Tylko to, co byliśmy w stanie zebrać w lasach albo mieliśmy w magazynach.