– Może i tak już wszystko wyśpiewał. – Yu nic na ten temat nie słyszał. Niewykluczone że dla Amerykanów Feng był ważny tylko jako świadek przeciwko Jii. – Czy Ding powiedział ci, co gang zamierza zrobić z Wen.
– Klął jak wariat. „Ta dziwka zmieniła zdanie. Nie wymknie się tak łatwo!"
– Jak to: zmieniła zdanie?
– Czekała na paszport, ale w ostatniej chwili uciekła. Przypuszczam, że o to mu chodziło.
– Co więc planują zrobić?
– Feng martwi się o dzieciaka w jej brzuchu. Jeśli Latające Siekiery ją złapią, Feng nawet nie piśnie. Dlatego polują na tę kobietę.
– Minęło prawie dziesięć dni. Muszą być naprawdę zaniepokojeni.
– No pewnie. Rozesłali już złote siekiery.
– A co to takiego?
– Założyciel Latających Siekier kazał zrobić pięć maleńkich złotych siekier z napisem: „Kiedy widzisz złotą siekierę, widzisz mnie". Jeżeli inna organizacja spełni prośbę człowieka ze złotą siekierą, może w zamian prosić o każdą przysługę.
– A więc poza Fujianem w poszukiwania Wen są zaangażowane inne gangi?
– Ding wspominał o ludziach z Szanghaju. Zrobią, co mogą, żeby dopaść Wen przed gliniarzami.
Detektyw Yu był zaniepokojony, martwił się zarówno o starszego inspektora Chena i jego amerykańską koleżankę, jak i o Wen.
– Co jeszcze ci powiedział?
– Chyba to tyle. Mówię szczerą prawdę, policjancie Yu.
– Cóż, przekonamy się. – Yu uważał, że Zheng rzeczywiście ujawnił wszystko. – Jeszcze jedno. Daj mi adres tej Tong.
Zheng nabazgrał kilka słów na kawałku papieru.
– Nikt nie wie, że tu jesteście?
– Nikt. Nie martw się. – Yu wstał od stolika do madżonga i na wizytówce dopisał swój numer telefonu. – Jeżeli dowiesz się czegoś więcej, skontaktuj się ze mną.
Wyszedł z łaźni jak zadowolony klient, odprowadzany do drzwi przez gospodarzy.
Na końcu wsi odwrócił się – Zheng nadal stał w drzwiach razem z Shou. Obejmował ją w talii; wyglądali jak para krabów związanych słomką na targu. Może naprawdę zależało im na sobie.
Rozdział 23
Po wieczornym karaoke starszy inspektor Chen obudził się w niedzielę rano z koszmarnym kacem.
Niewyraźnie przypominał sobie jedną scenę z szybko ulatującego snu. Jechał gdzieś pociągiem ekspresowym, ale na skasowanym bilecie nie widział nazwy stacji docelowej. Podróż była długa i nudna. Nie miał właściwie nic do roboty i tylko gapił się na korytarz, na stopy wciąż przechodzących osób – w słomianych sandałach, lśniących trzewikach, skórzanych mokasynach, eleganckich klapkach. Potem spojrzał na własne odbicie w szybie i zauważył muchę krążącą przy framudze. Gdy podniósł z irytacją rękę, odleciała z bzyczeniem. Ale natychmiast wróciła i kręciła się w tym samym miejscu. Pociąg wciąż jechał i nie jechał…
Światło sączyło się przez żaluzje, on zaś zastanawiał się: czy to starszy inspektor Chen śni o tym, że jest muchą, czy mucha śni, że jest policjantem?
Przypomniał sobie szczegóły wieczornej zabawy. Czym różnił się od zdeprawowanych urzędników w sprawie Boshena? Tłumaczył sobie, że przecież odwiedził klub w związku z pracą.
Przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by zadać miażdżący cios gangsterom, ale nie przypuszczał, że on również będzie musiał zniżyć się do tego, by wznosić toasty za przyjaźń z honorowym Niebieskim.
I jeszcze sprawa Li. Sekretarz mógł nie powiedzieć wszystkiego o śledztwie. Prawdę mówiąc, to, że minister Huang zarekomendował właśnie Chena do tej pracy i zadzwonił do niego do domu, wydawało się specyficzne. Niewykluczone, że starszy inspektor będzie potrzebował atutu w rozgrywce przeciwko potężnemu sekretarzowi partii.
O ósmej trzydzieści zadzwonił sekretarz Li, co nie dawało szczególnej nadziei, że ból głowy ustąpi.
– Jest niedziela, starszy inspektorze Chen. Zabawcie inspektor Rohn najlepiej, jak potraficie, żeby nie wysuwała kłopotliwych żądań.
Chen pokręcił głową. Nie ma sensu dyskutować z Li, zwłaszcza kiedy w tle kręci się Wydział Wewnętrzny. Ludzie gadali, że starszy inspektor może zostanie następcą sekretarza partii Li, ale teraz zastanawiał się, czy to aż tak atrakcyjne stanowisko.
Catherine Rohn nie sprawiała wrażenia rozczarowanej, kiedy przedstawił jej propozycję wspólnego spędzenia dnia. Może też zdała sobie sprawę, że dalsze prowadzenie rozmów w Szanghaju nic nie da. Zasugerował, żeby poszli na obiad do Moskiewskiego Przedmieścia.
– Rosyjska restauracja?
– Pragnę pokazać pani, jak dynamicznie zmienia się Szanghaj – wyjaśnił. Chciał także dać trochę zarobić swojemu przyjacielowi Lu.
Zamierzał spotkać się przed obiadem ze Starym Myśliwym, ale mu się nie udało. Kiedy odłożył słuchawkę, otrzymał przesyłkę ekspresową. Na kasecie od detektywa Yu znajdowała się nalepka: „Rozmowa z dyrektorem Panem". Wysłuchanie materiału było ważniejsze. Położył na czole mokry ręcznik, usiadł na sofie i odtworzył nagranie. Potem przewinął taśmę do fragmentu, w którym dyrektor Pan wyjaśnił, że dowiedział się o umowie zawartej przez Fenga w Stanach Zjednoczonych. Szybko sporządził notatkę, zastanawiając się, czy Yu zwrócił uwagę na tę część rozmowy.
Spojrzał na zegarek. Nie miał już czasu zadzwonić do detektywa. Musiał się spieszyć.
Właściciel restauracji Lu – elegancki, w trzyczęściowym, ciem-nografitowym garniturze i szkarłatnym krawacie przypiętym szpilką z brylantem – czekał na nich przed Moskiewskim Przedmieściem.
– Stary, kopę lat. Jakież dobre wiatry cię tu dziś przywiały?
– Poznaj, proszę, Catherine Rohn, moją amerykańską przyjaciółkę. Catherine, to Zamorski Chińczyk Lu.
– Miło pana widzieć, panie Lu – powiedziała po chińsku.
– Witam. Przyjaciele starszego inspektora Chena są moimi przyjaciółmi – oświadczył Lu. Zarezerwowano dla was gabinet.
Specjalne względy okazały się konieczne. Sala restauracyjna była zatłoczona. Jadło w niej obiad sporo cudzoziemców mówiących po angielsku.
Rosyjska hostessa zaprowadziła gości do elegancko urządzonego pokoju. Jej smukła talia kołysała się jak topola na wietrze. Obrus lśnił śnieżną bielą, szkło błyszczało w świetle wypolerowanych kandelabrów, a piękne srebra stołowe wyglądały, jakby pochodziły z Pałacu Zimowego. Kelnerka zamarła w bezruchu przy stoliku. Lu odesłał ją ruchem dłoni.
– Przyjdź później, Anno. Bardzo długo nie rozmawiałem ze swoim kumplem.
– Jak interesy? – spytał Chen.
– Zupełnie nieźle – rozpromienił się Lu. – Jesteśmy znani z oryginalnej rosyjskiej kuchni i autentycznych rosyjskich dziewcząt.
– Słyniecie z jednego i drugiego!
– Otóż to. Dlatego ludzie do nas ciągną.
– A więc teraz jesteś naprawdę Zamorskim Chińczykiem, któremu się powiodło – zauważył Chen. – Dziękuję za to, co zrobiłeś dla mojej matki.
– Daj spokój. Traktuję ją jak własną matkę. Sam wiesz, że czuje się trochę samotna.
– Tak. Proponowałem, żeby się do mnie przeprowadziła, ale stwierdziła, że za bardzo już przywykła do starego poddasza.
– Chce, żebyś miał tę kawalerkę tylko dla siebie.
Chen wiedział, do czego zmierza Lu. Nie miało sensu poruszać tej sprawy w obecności inspektor Rohn, więc skwitował:
– Uważam się za szczęściarza, że posiadam kawalerkę tylko dla siebie.
– Wiesz, co mówi Ruru? „Starszy inspektor Chen należy do zagrożonego gatunku". Dlaczego? Już dawno temu jeden z tych parweniuszy wręczyłby komuś na twoim stanowisku lśniący klucz do mieszkania z trzema sypialniami. – Lu zaśmiał się cicho. – Bez obrazy, stary. Ruru gotuje dobrą zupę, ale nie rozumie, jakim jesteś uczciwym gliniarzem. Aha, Gu Haiguang z klubu Dynastia przyszedł tu wczoraj i wspominał o tobie.