— Daj spokój. Zrobili to na pewno, a my mamy w tej chwili równie ważny problem do rozgryzienia — powstrzymał ją Peerth.
Oboje ponownie zwrócili się ku Ortedze, który rzekł:
— A moim zdaniem zrobiono po prostu zbyt wiele hałasu koło tej sprawy. Mimo wszystko trochę za wcześnie panowie eksperci usiłują wysłać Rossa na emeryturę. Czy nie warto byłoby mu pomóc?
W tym momencie Peerth po raz pierwszy przyznał Ortedze rację — on również uważał, że można było znaleźć mniej drastyczne rozwiązanie. A Frank dorzucił jeszcze:
— Podejrzewam, że rozchoruję się ciężko podczas powrotnego rejsu. Czuję, że tym razem prowadzący statek Ross nie popełni błędu.
Peerth zamyślił się nagle. Wstał, zaczął spacerować dookoła biurka. — Hm… Ortega… Młodzik niby, ale uparty za dwóch staruchów. Ot, chociażby takich jak ja… A właśnie. Czy na jego miejscu mówiłbym inaczej? — uśmiechnął się pod wąsem — Ortega… Najpierw twierdzi, że go nic ludzie na Marsie nie obchodzą. To, że się zdecydował jest zrozumiałe. Skoro dowiedział się, że jest tam jego przyjaciel. Ale teraz broni przecież tych obcych sobie ludzi tak zaciekle…
Peerth spróbował jeszcze raz zaprotestować, ale sam czuł, że zabrzmiało to sztucznie i nieprzekonywająco:
— Atest lekarski Rossa odpowiada wszelkim wymaganiom floty. Ale w rzeczywistości nie jest chyba aż tak dobrze. Ostatecznie lekarze też ludzie…
— I komputery medyczne… także ludzie, prawda? — z łagodną, ledwie uchwytną kpiną podpowiedział Ortega. — Szczególnie te, które badały stan zdrowia Franka Rossa parę dni temu… Człowiek może się pomylić. Stu ludzi również. Ale trzy komputery są w stanie zagwarantować stuprocentową prawdziwość odpowiedzi, czy tak? A słyszałem nie tak dawno temu, że nasza służba medyczna ma ich troszkę więcej, niż trzysta…
Peerth usiłował ukryć rozbawienie pod maską gniewu:
— Flota Międzyplanetarna to nie instytucja dobroczynna! A poza tym… — i nagle zrobiło mu się dziwnie przykro, że on może jako argumentów użyć jedynie suchych, służbowych przepisów, a ten chłopak ma do dyspozycji całą swoją młodą i żarliwą wiarę w ludzi.
— Przemyślałam całą sytuację — włączyła się milcząca od dłuższej chwili Sybill. — Byłoby to chyba bardzo korzystne, gdyby kapitan Ortega mógł opierać się od czasu do czasu na bogatym zasobie doświadczeń nawigatora Rossa…
— Nadal obstaję przy proponowanym przeze mnie składzie załogi — przypomniał o swoim istnieniu Ortega.
Peerth zamyślił się ponownie. — Czy w Sztabie panuje w tej chwili podobna sytuacja? Jeżeli tak, to Ortega ma spore szanse. Ale mimo wszystko nadal nie wiadomo, jaka będzie ostateczna decyzja.
Ciszą przerwał ponowny meldunek służby ostrzegawczej:
— Uwaga! Uwaga! Pojawiają się pierwsze złomy skalne czwartego rzędu wielkości. Spodziewane przecięcie się ich trajektorii lotu z wymodelowaną trasą SP178 Nova Orbit nastąpi około godziny trzeciej siedemnaście czasu uniwersalnego. Odległość czoła roju — siedemset dwadzieścia kilometrów…
Pułkownik Aleksander Peerth zatrzymał się tuż przed kapitanem Ortegą i powoli, starannie zasalutował:
— Wycofuję swoje zastrzeżenia, panie kapitanie. Sądzę, że dokonał pan trafnego wyboru — uśmiechnął się przyjaźnie. — A więc: dużo szczęścia i gorących dysz…
Sybill podskoczyła radośnie ku Frankowi wołając:
— Frank! Ode mnie też! I pamiętaj: dopóki widzisz Słońce, nie zagubisz Ziemi.
Na ekranie stojącego z boku, zapomnianego stereowidu połączonego bezpośrednio za Stanowiskiem Dowodzenia w Sztabie zajarzył się napis: „Sztab Operacyjny do pułkownika Peertha, kierownika SP178 Nova Orbit! Akceptujemy załogę z propozycji Kapitana Ortegi. Start: godzina 8,31 czasu uniwersalnego”.
Napis zamigotał kilkakrotnie i zgasł, lecz pułkownik Peerth nie zauważył go wcale, bo właśnie w tej chwili obrócony od stereowidu do kapitana Franka Ortegi mówił:
— Oczywiście życzę panu jak najlepiej, kapitanie. A gdyby pan tak w drodze powrotnej rzeczywiście trochę pochorował, to…
Nawet już w drodze powrotnej po planowym wykonaniu zadania Frank zastanawiał się jeszcze, czy przy swoich ostatnich słowach pułkownik Peerth mrugnął ku niemu porozumiewawczo, czy też tak mu się tylko zdawało…
ŚLADY NA LODZIE
Olbrzymia ławica lodowa rozciągała się pod czarnym niebem arktycznej nocy. Zdawać by się mogło, że nawet cisza tutaj zamarzła i tylko dzwoni słabiutko w podmuchach polarnego wiatru. Jedynie od czasu do czasu dobiegało z oddali słabe jak cisza skrobanie i tarcie, spowodowane morskimi prądami skrytymi przed mrozem pod metrową warstwą spojonych ściśle bloków kry. Zimne światło gwiazd odbijało się drobniutkimi łyśnięciami na powierzchniach lodowych brył, przebijających śnieżną pokrywę ostrokanciastymi wierzchołkami.
I nagle coś pod lodem zabłysło, zabulgotało — pokrywa lodowa pękła z głośnym hukiem. Ze szczelin trysnęły fontanny wody i lodowych wiórów, wyziewy gorącej pary uniosły się nad pęknięciem jak obłoki z cukrowej waty. Na kilka sekund wróciła cisza, lecz nie trwała długo — z pęknięcia w ślad za kłębami pary zaczął wyślizgiwać się obły, wypukły kształt. A potem zagadkowe „coś” rozprysnęło się ze straszliwym łoskotem, potężny słup jaskrawego ognia na moment wzniósł się do czarnego nieba, rozlał po nim krótkotrwałą łuną i zgasł równie szybko, jak zapłonął, pozostawiając po sobie tylko nieregularną jamę w krze — w dziurze o niemalże stumetrowej średnicy kotłowała się połyskująca tłusto, ciemna woda…
Ciemność i cisza arktycznej nocy robiły po tym widowisku podwójnie wielkie wrażenie — o ile jakiś człowiek zobaczyłby to wszystko w owej chwili. Zobaczyłby zresztą więcej; porozrzucane dookoła szczątki jakiejś konstrukcji, wbite w lód siłą potwornej eksplozji. W czarnobiałej dali spoczywało coś w rodzaju elastycznej puszki czy półprzeźroczystego kokonu, kryjącego w sobie ciało jakiegoś człowieka. Nie żył on jednak. Nie żył już wtedy, kiedy pękający lód cisnął kokonem o jakiś sterczący blok zamarzniętej wody…
Wir w przerębli uspokajał się. Podmuch mrozu wytrącił z powietrza na ziemię resztki pary wodnej, potem zaczął cienką warstewką lodu zasnuwać czarną wodę. Znowu niepodzielnie zapanowała ciemność i tylko na południu — daleko, daleko na horyzoncie — unosił się niezmiernie słaby, widmowy blask, taki jak rzucona na niebo łuna wielkiego, oddalonego miasta. Bądź co bądź wybrzeże najbliższego kontynentu odległe było o sto kilometrów co najmniej. Biegun leżał o wiele bliżej…
Komora wiertnicza na dnie morza wibrowała pod naciskiem przegrzanych gazów, które zbyt wąskimi przewodami wylewały się z głębi szybu. Człowiek przebiegł spojrzeniem po skalach wskaźników i uśmiechnął się zadowolony — po przełączeniu ogniw laserowych znacznie wzrosła wydajność głowicy, ale — tu mężczyzna zmarszczył brwi — dopływ energii elektrycznej do dział wiertniczych przez główny kabel zasilania wzrósł nieco ponad maksymalną granicę. — No, nic, powinno wytrzymać jeszcze trochę — pomyślał. — Ale koniecznie trzeba będzie stosować przewody o większej przewodności…
Patrzył teraz z zadowoleniem na swoje obliczenia — zgodnie z nimi udoskonalony system głowicy wiertarki wżerał się pionowo w skały z podwójną prędkością. Sugerowało to, że obliczenia były prawidłowe, ale inżynier Edward Poliński nadal uważał, że jeszcze za wcześnie, by mówić o sukcesie.
Jego ręka machinalnie powędrowała do kieszeni na piersi — dopiero po chwili inżynier przypomniał sobie, że szukany po wszystkich zakamarkach ubrania list z dyrekcji swojej firmy zostawił w mieszkaniu. Informowano go w nim, że zostanie odwołany ze swojego dotychczasowego miejsca pracy, aby mógł objąć kierownicze stanowisko w Zakładach Budowy Sprzętu Laserowego. Wiadomość ta zmusiła go do maksymalnego przyspieszenia swojej pracy nad metodą wierceń plazmowych. I ta sama wiadomość spowodowała, że znalazł się tutaj — na stanowisku LB71 w dniu wolnym od pracy. Pragnął przed odjazdem z Arktyki zostawić tu coś istotnego — swój wynalazek, mający od dziś służyć wszystkim poszukiwaczom ropy w podmorskich okolicach bieguna.