Выбрать главу

Mężczyzna oderwał wzrok od urządzeń pomiarowych. Podszedł do stojącego nie opodal stołu, między rozrzuconymi na jego blacie brulionami rysunków znalazł czystą kartkę i już po chwili zatonął w jakichś skomplikowanych obliczeniach. Martwiły go niektóre niezgodności obliczeń z praktyką — może rzeczywiście powinien był ograniczyć główne zasilanie, żeby tym łatwiej sterować mocą i działaniem całego agregatu wiertniczego?

Nagła cisza sprawiła, że z zaskoczeniem poderwał się od stołu, zerknął w monitor — wibrujący, syczący przepływ gazów z wywierconego szybu od dobrej chwili ustał. Widać zbyt długo pozostały bez nadzoru przeciążone ogniwa głowicy. Może nadmiar wytopionej magmy sprężył się gdzieś w głębi szybu jak ogromny korek? Mężczyzna skoczył ku pulpitowi rozrządu, lecz nim jego dłoń dosięgnęła wyłącznika zasilania głowicy, z korpusu pompy magmowej wystrzeliły potężne wentyle, uderzyły z impetem o osłonę komory. Wstrząs odepchnął człowieka od pulpitu — skoczył znowu, ale już jęknęły pierwsze sygnały alarmowe, a potem wybuchło piekło! Strumień lawy i sprężonych gazów wypływał z szybu jak gejzer, tryskał z przeraźliwym wyciem w lodowatą wodą, zamieniał ją w skotłowane, śmigające ku lodom na powierzchni pęcherze wrzącej jeszcze pary. Światło w komorze przygasło i jednocześnie wstrząsy wzmogły się tak, że człowiek zrezygnował z prób podporządkowania sobie rozregulowanych urządzeń — z trudem doczołgał się do śluzy wyjściowej, by przez wąski otwór wepchnąć się do kapsuły ratowniczej.

W panice szukał przycisku uruchamiającego katapultę, kiedy następne potężne uderzenie rozwaliło trzeszczące ściany. Kopulasta konstrukcja została wyrwana z betonowych kotw w dnie morza i odrzucona strumieniem gazów od ujścia szybu. Słup piekielnego ognia zmieszanego z pęcherzami pary zaczął wznosić się coraz wyżej, porywając ze sobą obłe jajko komory — po chwili metrowa warstwa lodu na powierzchni morza pękła z ogłuszającym trzaskiem. Tak zginął inżynier Edward Poliński dnia siedemnastego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku…

* * *

Łódź patrolowa UMB 104 — płynęła niezbyt szybko przez sektor KL 9. Ruchliwy promień światła z obracającego się reflektora przesuwał się badawczo po lodowej pokrywie nad łodzią. Drugi — równie jasny strumień — przebijał się aż na dno morza, zaś trzeci — kołyszący się bez przerwy jak wahadło — prześwietlał ciemną wodę do odległości dwustu metrów przed dziobem łodzi. Wszystkie stanowiska obserwacyjne były zajęte, choć UMB podążała w tej chwili najzupełniej pustym szlakiem. A jeszcze przed dwoma dniami aż roiło się tutaj od kesonów i uwijających się wzdłuż i wszerz łodzi i batyskafów. Jedynie od czasu do czasu widoczne były z dala słupy potężnych świateł. Oznaczały one co ważniejsze punkty podmorskiej kolonii: reaktor jądrowy, magazyny kontenerów, stacje pomp, wężowiska rurociągów, poszczególne stanowiska z komorami wiertniczymi i kompleksy kopuł mieszkalnych. Podświetlony tymi łunami pancerz arktycznych lodów robił wrażenie grubej, opalizującej mlecznym blaskiem warstwy chmur — tylko gdzieniegdzie poszarpane podnóża gór lodowych psuły ten łudząco spokojny obraz.

Łódź patrolowa dopłynęła do granicy sektora LM 10 — słupy świateł stały się cokolwiek rzadsze. Tu zaczynały się zewnętrzne granice pola wiertniczego. Łódź nie osiągnęła jeszcze północnego punktu zwrotnego Nieft’1, kiedy hydrofon w kabinie sterowniczej odtworzył jakiś silny, podwodny zgiełk czy szum, przerywany co chwilę mocniejszymi, dalekimi odgłosami. Posterunek nasłuchu zidentyfikował je szybko jako typowe dźwięki wrzenia erupcyjnego przy gwałtownym wybuchu gazu ziemnego. Kierując łódź w tamtą stronę komendant zamierzał właśnie o poczynionych obserwacjach zameldować swojej centrali, kiedy już odezwało się stanowisko dowodzenia. Wydany rozkaz potwierdził tylko zamiar komendanta: bezzwłocznie skierować się ku stanowisku wiercenia laserowego numer siedemdziesiąt jeden i tam przedsięwziąć dokładne badania sytuacji. Bezzwłocznie to bezzwłocznie — komendant kazał obsłudze zwiększyć obroty potężnych śrub do maksimum — łódź patrolowa pomknęła jak zwinny rekin w pogoni za ofiarą. Jednocześnie w jej wnętrzu rozpoczął się ożywiony ruch i krzątanina przy sprawdzaniu ciśnieniowych urządzeń gaśniczych i przygotowywaniu ich do pełnej gotowości do działania — wszystkie dźwignie uruchamiające sprężarki przestawiono w pozycję „Pogotowie pożarowe”. Jednocześnie nasłuchowiec próbował wśród szumu wyłowić głos autentycznego hydronamiaru przy wieży LB71, lecz żadna próba się nie powiodła, więc wysyłał co chwila nowe sygnały, rejestrując jednak w przystawce pamięciowej kolejne odgłosy wstrząsów, dobiegające z kierunku, w którym łódź od paru chwil pędziła na złamanie karku.

Po kilkudziesięciu sekundach wszystko ucichło, lecz patrol mknął równie szybko, by czym prędzej ustalić, co właściwie stało się na uszkodzonym stanowisku. Zajście było tym dziwniejsze, że był to przecież jeden z dwóch dni w tygodniu wolnych od pracy, więc większość stanowisk nie pracowała. Czynne były jedynie te, w których wymagała tego sytuacja i zaawansowanie wierceń. Bulgot, szmery i huki uspokoiły się na dobrych kilka minut przed przybyciem UMB 104 w rejon alarmu.

W całym obszarze LB 71 unosiła się nieopisana mieszanina pęcherzyków pary i gazu, rzadkiego, rozgrzebanego mułu i poszarpanych szczątków ryb, których jakaś większa ławica musiała akurat przepływać w pobliżu. Wszystko to razem tak bardzo ograniczało widoczność, że dopiero po długich kilkudziesięciu minutach można było zobaczyć, co się właściwie stało…

* * *

Podmorska sieć kablowa przekazała tylko kilka krótkich, urywanych sygnałów ostrzegawczych. Dyżurny w hali kontroli na polu naftowym „Nieft’1” mruknął zatroskany:

— Co, u licha? Najpierw to nie dokończone ostrzeżenie, a teraz wcale nie ma sygnału? — Zaczął systematycznie sprawdzać poszczególne połączenia. Automaty pospiesznie wywoływanych stanowisk zgłaszały się natychmiast. I nagle…

Jedno ze stanowisk milczało uparcie. Dyżurny zastanowił się:

— Najpierw ostrzeżenie o nadmiernym poborze mocy, teraz LB 71 milczy jak zaklęte…

Hydrofony przekazały nagle jakiś odległy łomot. Dyżurny podbiegł do pulpitu, wystukał zwinnymi palcami krótki kod wywoławczy i rzucił w mikrofon:

— Uwaga, UMB 104! Uwaga UMB 104! Otrzymaliśmy sygnał awarii z głębiny Sedova… — piekielne szumy i trzaski były jedyną odpowiedzią. Powtórzył więc:

— Uwaga, UMB 104! Sygnał awarii z głębiny Sedova! Zmieńcie kurs i płyńcie tam bezzwłocznie. Musicie jak najszybciej zbadać, co stało się przy LB 71! Uwaga… — przestał krzyczeć, usłyszawszy nareszcie potwierdzenie odbioru polecenia. Dyżurny zwrócił się teraz w stronę komputera koordynującego wszelkie prace na terenie pola naftowego. Po chwili odczytał z wyplutych przez komputer kart osobowych, że na polu naftowym przebywa w tej chwili jedynie siedmiu techników, mających wykonać jakieś niewielkie naprawy podzespołów rozrządu. Ale żaden z nich — na szczęście — nie znajdował się w obrębie głębiny Sedova. Tam wszystkie stanowiska wiertnicze były na razie nieobsadzone. Więc życie ludzkie nie było w niebezpieczeństwie!