— Po kilku dniach takich suchych, oficjalnych rozmów zdarzyło się, że nie zameldowali się o umówionym czasie. Nadaremnie siedziałem przez kilkanaście godzin przy pulpicie radiostacji i nawoływałem aż do ochrypnięcia. Wołałem bezustannie, ale już nie usłyszałem odpowiedzi. Nie siedziałem wtedy sam, bo zgodnie z regulaminem po kwadransie od pierwszego nawoływania o czasie złożyłem komendantowi meldunek, a ten ogłosił alarm. Potem siedział razem ze mną w sterowni przeszukując możliwe i niemożliwe zakresy fal, ale wszędzie, dosłownie wszędzie panowała cisza, albo co najwyżej ten cholerny, przeklęty szum, który słyszysz i w tej chwili.
Godzinę później szliśmy już po trajektorii kursem zbieżnym do linii lotu SOLARII — na długo przedtem, zanim przyszedł na ten temat oficjalny rozkaz ze Sztabu Przestrzennej Floty.
— I co dalej?
— Po dziewięciu godzinach znaleźliśmy się na miejscu, w którym to wszystko musiało się zdarzyć. A potem dniami, tygodniami całymi przeszukiwaliśmy radarem oraz automatycznymi zwiadowcami bliższe i dalsze okolice punktu katastrofy. Wyniki oczywiście znasz.
— Nie wiem, czy wszystkie — Sven przymrużył oczy. — Czytałem wprawdzie prasowe doniesienia, ale… Wszędzie podaje się, co przedsięwzięto po katastrofie, celem wyjaśnienia, co tam się mogło przydarzyć, ale nigdzie nie ma ani słowa na temat tego, co robiono przed i w czasie, kiedy zginęła Karin. A przecież wszystko od tego zależy… Powiedz — Sven pochylił się jeszcze bardziej, ogniki w jego oczach zapłonęły mocniej — powiedz, co ty wtedy robiłeś. Czy takie same próby tym samym urządzeniem, co teraz? — Sven powiedział ostatnie zdanie jakoś dziwnie i niebezpiecznie cicho. Ingo poczuł nagle nieprzyjemne mrowienie na karku i potylicy. Milczał.
Sven nie ustępował.
— Jakiemu celowi służy to twoje doświadczenie?
— Mam nadzieję, że uda mi się dzięki niemu wychwycić i rozszyfrować transsolarne sygnały.
— A więc sygnały od innych cywilizacji, tak? Te, na które ludzkość poluje od dwustu co najmniej lat. A… czy odniosłeś jakikolwiek sukces? — powiedziane zostało to znowu niebezpiecznie cicho.
— I tak, i nie — odpowiedział Ingo. — Byłoby to zbyt piękne, gdyby udało się od razu. Dotychczas udało mi się jedynie otrzymać uporządkowane szumy dobiegające w okolice naszego układu z głębi galaktyki.
— Nie jest to znowu największe osiągnięcie — spojrzenie Svena stało się nieprzyjazne i ciężkie. — Zresztą nawet najwyraźniejsze sygnały nie usprawiedliwiają zajmowania się nimi na służbie akurat wtedy… Więc nadal mówisz, że nikt z SOLARII nie nadawał wezwania ratunku?
— Nie! — Ingo wstał, zamierzając odejść. — Większość kosmicznych katastrof zdarza się niesłychanie szybko i bez żadnej zapowiedzi.
– Żeby nadać sygnał zagrożenia, nie potrzeba nawet pół sekundy — warknął Sven. — Wystarczy zwyczajne naciśnięcie guzika. Sygnał SOS na statkach kosmicznych zawsze jest gotowy do natychmiastowej emisji. Włącza się automatycznie.
— O ile automaty nie zawiodą. Starczy jedno przerwane łącze…
— Wezwanie o pomoc jest nagrane na płycie magnetomolekularnej. Dopóki tylko jest zasilanie, dopóty można je równie dobrze uruchomić ręcznie.
— O ile przed przerwaniem obwodów zasilania ktoś nie straci głowy i pomyśli o naciśnięciu tego właściwego guzika.
Spojrzenie Svena stało się lodowate. Powiedział powoli, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby:
— A mnie się wydaje, że to ty, ty właśnie przegapiłeś wtedy ich sygnał SOS. Zajmowałeś się tymi swoimi przeklętymi doświadczeniami — krzyknął — bo bałeś się, że załoga SOLARII sprzątnie ci sprzed nosa sławę odkrywcy transsolarnego kodu międzycywilizacyjnego! — posunął się ku radiowcowi.
Ingo zbladł. Zarzut, który Sven wykrzyczał mu prosto w oczy był tak niesłychany i podły… Radiowiec skoczył ku Svenowi, chwycił go za skafander na piersiach, zacisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu knykcie. Przysunął twarz do jego twarzy mówiąc cicho, gniewnie:
— Mogę zrozumieć i uszanować twój osobisty ból, ale nie pozwolę się obrażać. Gdyby nie to, że w tej katastrofie zginęła twoja przyjaciółka, dałbym ci po pysku, zamiast przypominać kilka najprostszych reguł kosmicznego alarmu. Wiesz doskonale, że każde wołanie o pomoc wysyłane jest na wszystkich zakresach i z pełną mocą nadawczą. A to oznacza podniesienie natychmiastowego alarmu na wszystkich jednostkach naszej floty, znajdujących się w promieniu jednostki astro od miejsca wysłania sygnału SOS, jeżeli tylko odbiorcy nie znajdują się w ruchu. To znaczy w ruchu w podprzestrzeni, bo konwencjonalny napęd nie przeszkadza w odbiorze wcale. Wiesz tak samo dobrze, że sygnał „Do wszystkich”, gdyby został wtedy nadany, zostałby odebrany na siedemnastu statkach, które aktualnie znajdowały się w pobliżu Jowisza. Czy miałbyś odwagę siedemnastu innych radiowców posądzić, tak jak mnie przed chwilą, o niedopełnianie służbowych obowiązków? O przemożną chęć zdobycia sławy za wszelką cenę? Komisji badającej okoliczności tego nieszczęśliwego wypadku wystarczyła pewność, że pracowałem wtedy na wszelkich zakresach z całkowicie sprawnym automatycznym wychwytem. Pamięć komputera pokładowego rejestruje wszystko, co dzieje się na statku. I o tym przecież wiesz. A może… — głos Ingo przeszedł w zduszony, ochrypły szept — może chcesz mnie posądzić o sfałszowanie pamięci komputera, choć zdajesz sobie świetnie sprawę, że to nie jest w ogóle możliwe. Ty… Nikt, nawet ja sam nie mógłbym sobie postawić żadnego zarzutu, a ty… ty… — Ingo z pogardą pchnął ogłupiałego Svena na fotel przed pulpitem.
Tamten skulił się bezradnie, objął głowę rękami, szepnął cicho:
— Ja wiem… Ale zrozum, może ona jeszcze żyje? Może ocalał choć kawałek kosmolotu, w którym ona siedzi zamknięta i daremnie czeka na ratunek? Może…
Gniew Ingo minął równie szybko, jak się pojawił. Powiedział równie cicho:
— Tak, Sven. Rozumiem. Ja również jeszcze nie straciłem nadziei…
Spotkanie we wszechświecie
Kosmolot przedzierał się z trudem przez strefę złomowisk między Marsem a Jowiszem. Jego głównym zadaniem było kontrolowanie szlaków rakiet towarowych i eskortowanie ich aż do obszaru objętego działaniem radioboi przestrzennej, albo kierowanie na właściwe szlaki wiodące ku planetoidom z magazynami materiałów napędowych, częściami zamiennymi oraz zapasami tlenu i żywności.
Na pokładzie panowała noc — jedynie Ingo w sterowni czuwał na kolejnym dyżurze. A ponieważ w ciągu najbliższego miesiąca nie spodziewano się przelotu jakiejkolwiek towarowej rakiety, więc mógł śmiało poświęcić się swojemu nadprogramowemu zajęciu — upartemu polowaniu na szum kosmiczny, niosący w sobie słabiutkie, transsolarne sygnały. Przepatrywał właśnie krytycznie zmontowany przed chwilą, udoskonalony układ odbiorczy sprzężony z pokładowym radioteleskopem, kiedy nagle zabłysło czerwone światło na pulpicie radiogoniometru i radaru, a cichy brzęczyk przerwał jego zamyślenie. Ingo podbiegł szybko do monitora i wpatrywał się w widmowy obraz okolicznej przestrzeni. Po chwili zauważył słaby rozbłysk promienia radaru, omiatającego co chwila cały ekran…
Wykryty przez automaty obiekt był jeszcze bardzo oddalony. Widać go było tylko jako małą, nieostrą plamkę. Był to zapewne któryś z kilkunastu tysięcy asteroidów, wypełniających strefę złomowisk. Jego kurs nie był na tyle zbieżny z trajektorią płynącego przez próżnię kosmolotu, by stanowić dla niego jakieś zagrożenie, ale Ingo na wszelki wypadek przeszedł wzdłuż i wszerz całą sterownię, systematycznie przeglądając wskaźniki na wszystkich pulpitach. Mierniki wykazywały, że stos atomowy i zespoły są w najlepszym porządku. Podobnie było z urządzeniami do regeneracji powietrza i wody, a rezerwowe układy sterownicze również sprawowały się bez zarzutu.