Выбрать главу

Przerwał na chwilę.

– Nasze kobiety ubierają się w Paryżu, a nasi mężczyźni zamawiają garnitury w londyńskim Savile Row.

Uśmiechnął się słabo.

– Objaśniam ci to wszystko raczej niezdarnie, ale staram się, abyś zrozumiała, że jako rodzina ze świata, który nas otacza, czerpiemy wszystko co najlepsze. Jednocześnie zaś nie dopuszczamy do naszego grona osób niepożądanych.

Spojrzał na nią.

– Czy uwierzysz, że w nocy modliłem się, by móc pokazać ci nasze posiadłości? Zachwyciłabyś się na pewno pięknem mojego letniego pałacu, który leży w małej wiosce Fertód.

Gizela wstrzymała oddech. Nie przerwała mu.

– Wiem, że letnie domki i dekoracyjne świątynie we francuskim rokokowym parku spodobałyby ci się, tak samo jak budynek opery i teatr lalek, które mój dziadek włączył do pałacu.

Westchnęła.

– Ale być może najchętniej obejrzałabyś salę koncertową wielkości domu, ze wspaniałym podium, gdzie wielcy muzycy grali lub dyrygowali orkiestrą, którą ma zawsze każdy książę Esterhazy.

Była zdumiona. – Rodzina Esterhazych ma własną orkiestrę!? Przytaknął.

– Ród Esterhazych zawsze wspierał sztukę. Moi przodkowie zatrudniali na dworze malarzy, przyjmowali sławnych podróżników, by opowiadali o dalekich wy-prawach, mieli nadwornego błazna, no i oczywiście muzyka.

Sposób, w jaki wypowiedział ostatnie słowo, wydał się Gizeli znaczący.

– W pałacu koncertowali – ciągnął – Haydn, Pleyel, Hummel i wielu innych. Chyba rozumiesz teraz, że rodzina ceniła sobie od wieków muzykę.

Przerwał.

– Słyszałam, że Węgrzy są… bardzo muzykalni – powiedziała Gizela.

– To prawda – zgodził się. – Wiesz chyba, iż ludowa muzyka węgierska wywodzi się z folkloru cygańskiego. Od pokoleń Cyganie wszczepiali w duszę mojego narodu swoją pełną czaru muzykę, która różni się charakterem od muzyki innych narodów.

– Zawsze chciałam posłuchać, jak Cyganie grają, i zobaczyć, jak tańczą.

– Chciałbym pokazać ci czardasza – odparł Mik-los. – To oryginalny osiemnastowieczny taniec, a w tej muzyce jest piękno, gwałtowny temperament i niewysłowiony smutek cygańskiej duszy. Poruszony do głębi powiedział z desperacją:

– To właśnie czuję do ciebie.

– Dlaczego więc?… Dlaczego? Ciągle nie rozumiem. Cóż to za straszliwa męka dla mnie być zmuszonym powiedzieć ci to, co teraz powiem. Ale uwielbiam cię i szanuję, nie mogę niczego przed tobą ukrywać. Powinnaś znać prawdę. Muzycy, podobnie jak Cyganie zatrudniani przez moją rodzinę, są opłacani za swoje usługi…

Jego głos był pełen bólu.

– Chcesz… powiedzieć…? – zająknęła się.

– Chcę powiedzieć, moja piękna, uwielbiana nimfo, że nie zostałabyś zaakceptowana przez moją rodzinę, ponieważ twój ojciec jest muzykiem!

Zaniemówiła. Przez chwilę nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała.

– Podziwiam twojego ojca. Jest wspaniałym skrzypkiem. I wiem, że po dzisiejszym koncercie mógłby stanąć obok Haydna, Beethovena, Liszta i z pewnością Brahmsa. Ale nie zniósłbym, żeby traktowano cię z lekceważeniem, robiono ci afronty lub wykluczono z towarzystwa. A tak by się stało, gdybyś została moją żoną.

Jego słowa z przerażającą logiką odsłaniały przed nimi barierę nie do pokonania. Gizela wiedziała, jak było mu ciężko wypowiedzieć tak okrutną prawdę.

Uderzył w stół bezsilnie zaciśniętą pięścią.

– Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy jest jakieś wyjście – powiedział rozpaczliwie. – I nie widzę żadnego.

Była jak skamieniała. Czuła w sobie dziwną pustkę. Tylko jej oczy znowu wypełniły się łzami. To chyba sen, myślała, jakiś koszmar, bo przecież rzeczywistość musi być inna.

– Nie mam już siły – powiedział załamującym się głosem. – Nie widzę żadnego rozwiązania, żadnego szczęśliwego zakończenia, którego pragniesz. – Rozłożył bezradnie ręce. – Wiem, że jeślibym cię poślubił, bardzo byś cierpiała. A ja nic nie mógłbym zrobić, żeby temu zapobiec. Jesteś taka wrażliwa i krucha… Gdy cię opuszczę, wydam wyrok na siebie i prawdopodobnie również na ciebie. To będą piekielne męki… Przecież kiedy jesteśmy razem, otwiera się dla nas skrawek nieba.

– To… prawda – wyszeptała. – Jest mi z tobą jak w niebie.

– Próbowałem odejść, bo wiedziałem, że będziemy cierpieć. Miłość była jednak zbyt silna…

– A… teraz? – zapytała.

– Muszę zrobić to, co powinienem był uczynić pierwszego wieczoru, zaraz potem gdy pocałowałem cię w lesie.

Westchnął głęboko. – Jak wiesz, wyjechałem wtedy i powtarzałem sobie że jestem głupcem, że nie możesz być aż tak piękna, że to jedynie chwilowe oczarowanie. Wróciłem więc z po-łowy drogi, by się o tym upewnić i nie mogłem już odejść, zostałem zniewolony i zgubiony – na zawsze.

– Czy… naprawdę… tak mnie kochasz?

– Gdybym cię kochał mniej, ożeniłbym się z tobą i do diabła z konsekwencjami! Ale nie mogę! Jesteś moim ideałem, uosobieniem wszystkiego, czego pragnę i nie mógłbym żyć patrząc, jak cierpisz.

– Mam więc być szczęśliwa… bez ciebie?

– Jesteś bardzo młoda… Zapomnisz.

– Ty także?

– To co innego.

– Niezupełnie… – odparła. – Wiem, że nie znam mężczyzn i jestem bardzo… niedoświadczona, ale zdaję sobie sprawę, że miłość, jaką czuję do ciebie, jest tak ogromna, tak silna, iż nic oprócz niej nie ma dla mnie… znaczenia.

– Teraz tak ci się może wydawać. I właśnie dlatego, że jesteś niedoświadczona, nie wiesz, jak okrutne potrafią być kobiety. Nawet drobne uwagi z ich strony, które zrazu wydają się błahe, mogą zranić serce na całe życie.

– Rozumiem to, co mówisz i przypuszczam… muszę przyznać, że postępujesz… słusznie.

– To nie o to chodzi! – zaprotestował stanowczo. – Kocham i pragnę cię! Na zawsze pozostaniesz w moim sercu.

Spojrzał na nią i dodał łagodnie:

– Nigdy nie zapomnę chwil przeżytych z tobą. Tego, że trzymałem cię w ramionach, całowałem. Chcieliśmy zapomnieć o całym świecie. Ale jestem obarczony wielką odpowiedzialnością za mój naród, rodzinę, a nawet tych, których zatrudniam. W jaki sposób mam im służyć i jednocześnie strzec ciebie?

– Rozumiem, że to… niemożliwe – powiedziała wolno. – Przypuszczam, że córce muzyka nie pozwolono by wypełniać obowiązków należących do żony księcia.

– To prawda – przyznał. – Nie ma nic bardziej agresywnego niż klan rodzinny w walce o swe interesy i przywileje.

– Chyba tak było zawsze – odrzekła.

– Węgrzy mają gwałtowne usposobienie. Kiedy kochamy, to całym sercem. Kiedy nienawidzimy, nasze postępowanie jest tak bezwzględne, że prawie barbarzyńskie. Gwałtownie wyciągnął ku niej ręce.

– Najdroższa! Starasz się wszystko zrozumieć i za to też cię kocham. Wiesz, jak jestem przygnębiony, jakie męki cierpię… nadal zadręczając się, jak rozwiązać nasz problem.

Podała mu ręce. Uniósł je ze czcią do pocałunku mówiąc:

– Chodź! Przejdziemy się. Niechaj jeszcze chwilę będę zwyczajnym mężczyzną, który spotkał leśną nimfę. Byłem wtedy oszołomiony twoją urodą i nie myślałem o jutrze.

Zeszli z tarasu. Droga wiodła zboczem, z jednej jej strony mieli stromą skałę, z drugiej las opadający w do-linę rzeki. Jakiś czas szli w milczeniu. Wreszcie dotarli do miejsca, które przypominało im pierwsze spotkanie. Stała tu altanka dla zakochanych. Gizela przypomniała sobie, jak pełna lęku schowała się przed studentami i jak Miklos stał przed wejściem, żeby nie mogli jej zauważyć. Już wtedy instynktownie wyczuła, że jest inny i że może mu zaufać. To było niepojęte, nie umiała sobie tego wytłumaczyć, ale ledwie zaczęli rozmawiać, stał się jej bliski.