– To… cudownie, papo! Wiesz dobrze, jak czekałam na ten moment.
– Byłaś bardzo grzeczna i cierpliwa, kochanie – od-parł. – Zdaję sobie sprawę, że mógłby cię rozczarować pobyt w Wiedniu, gdybyś nie zatańczyła walca, z którego Strauss uczynił prawie hymn narodowy.
Roześmiał się.
– Teraz zostaniesz nagrodzona. Znalazłem miejsce wśród wielkich muzyków Wiednia, a pracowałem na to całe życie.
– Wiem, papo, że i mama czekała na ten moment, W zadumie rozejrzał się po salonie.
Od czasu sukcesu po premierze Herr Sacher nalegał, aby przenieśli się z niewielkich pokoi, które zajmowali wcześniej, do obszernego eleganckiego apartamentu.
Salon ozdobiony lustrami, obrazami olejnymi i aksamitnymi zasłonami w kolorze królewskiej purpury przepełniony był kwiatami od wielbicieli. Obok prostych bukiecików zerwanych przez uczniów stały olbrzymie bukiety w koszach i wazonach od zespołów muzycznych, orkiestr i chórów wiedeńskich, a także od wielu znaczących obywateli miasta. Sława, za którą Paul Ferraris tęsknił, odkąd opuścił Paryż, wróciła ustokrotniona. Pomimo osobistego dramatu Gizela była zadowolona, ponieważ wiedziała, ile to dla ojca znaczy.
Teraz, kiedy zaproponował pójście wieczorem na tańce, najchętniej odmówiłaby przeczuwając, że walc bez Miklosa skończy się łzami. Gdy ubierała się po bezsennej nocy, powiedziała sobie jednak, że życie musi toczyć się dalej. Ojciec jej potrzebuje i powinna się dla niego poświęcić.
Zrozumiała, co czuł po śmierci matki. Byli sobie tak bliscy, a ich miłość tak głęboka, że Gizela chciałaby przeżyć dokładnie to samo z mężczyzną swojego życia.
Znalazła szczęście, ale je utraciła.
Matka wiedziała, że żadne poświęcenie dla dobra męża muzyka nie było daremne, ponieważ w związku z Paulem znalazła najcenniejszą rzecz na świecie – miłość. W życiu ich dwojga nie było innych osób. Gizela podziwiała to małżeństwo i modliła się o takie samo dla siebie.
Teraz jednak jest samotna. Zdawała sobie sprawę, że im będzie starsza, tym dotkliwiej tę samotność będzie odczuwać. Nikt już przecież nie zajmie w jej sercu miejsca Miklosa.
Miklos! Miklos! – chciała krzyczeć, wierząc, że gdziekolwiek on jest, usłyszy ją i zrozumie, jak bardzo go potrzebuje.
Potem wyobrażała go sobie, jak wraca do pałacu, do swojej rodziny i wielkiego majątku, zarządzanie którym wypełnia mu czas. Może o niej myśli tylko w nocy? Był mężczyzną i prędzej czy później kobiety, jakie spotykał i w przeszłości, pomogą mu zapomnieć. Ona pozostanie dla niego tylko nikłym wspomnieniem, duchem przywoływanym melodią walca. Wystarczyło jej o tym pomyśleć, a łzy same napływały do oczu. W bezsilnej złości mówiła sobie, że powinna zdobyć się na więcej godności i dumy.
Nagle zdała sobie sprawę, że niezbyt entuzjastycznie przyjęła propozycję ojca i powiedziała prędko:
– Włożę najpiękniejszą suknię, papo. Nie będziemy musieli wracać do hotelu. Prosto z teatru zabierzesz mnie tam, dokąd zechcesz.
– To ma być niespodzianka – odrzekł z uśmiechem. – Ale powiem ci coś, co cię zadziwi. Johann Strauss zaproponował mi współpracę przy jednym ze swoich najnowszych pomysłów.
– Johann Strauss! – wykrzyknęła. – To fantastyczne, aż trudno uwierzyć!
– Wiedziałem, że to cię zaskoczy, ale on jest przekonany, że jestem mu potrzebny.
– Co będziesz robił?
– Chce skomponować muzykę do jakiegoś libretta – odpowiedział. – I w przyszłym roku wystawi operetkę „Zemsta nietoperza”, w której mam wziąć udział, ale przedtem zamierza kontynuować praktykę ojca, rozszerzając programy swoich koncertów.
– To dla ciebie nowy i dziwny rodzaj kariery, papo – zauważyła.
– Muszę to przemyśleć, aby nie podejmować pochopnych decyzji. Strauss będzie płacił mi dwa lub trzy razy więcej, niż mi płacono dotychczas, a jak sama wiesz, pieniądze są nam bardzo potrzebne.
– Z pewnością warto się tego podjąć, papo.
– Też tak sądzę – ciągnął. – I teraz, Gizelo, nie tylko sobie, ale również tobie zapewnię przyszłość.
Zdawała się nie rozumieć, więc wyjaśnił:
– Myślałaś, że pieniądze nigdy mnie nie obchodziły, zorientowałem się jednak po przyjeździe, iż zostały nam zaledwie grosze. Nie można lak dalej! Musimy odkładać przynajmniej połowę tego, co tygodniowo zarabiam. Jeśli coś mi się stanie, nie zostaniesz bez środków do życia.
Krzyknęła przerażona:
– Papo! Jak możesz tak mówić? Masz przed sobą wiele lat pracy… i nie chcę cię utracić!
Ostatnie słowa wypowiedziała z lękiem.
Odszedł Miklos. Pomyślała, że gdyby brakło także ojca, jej życie straciłoby sens.
Czując nagłą potrzebę czułości, podeszła i objęła go ramionami.
– Zrobię wszystko, co zechcesz, papo, ale musisz na siebie uważać, ponieważ cię kocham i mam… tylko… ciebie.
Pocałował ją w czoło.
– Kocham cię, moja najdroższa. Muszę myśleć o twojej przyszłości, chociaż jestem przekonany, że dzięki swojej urodzie prędzej czy później wyjdziesz za mąż.
Potrząsnęła głową.
– Nie, papo – odrzekła stanowczo. – Nie zamierzam wychodzić za mąż. Chcę być z tobą i opiekować się tobą tak, jak robiła to mama.
Oczy ojca posmutniały.
– Byłaby dumna z mojego sukcesu. I nie miałoby to żadnego wpływu na nasze wzajemne uczucia. Byliśmy razem na dobre i na złe… a kiedy dwoje ludzi się kocha, liczy się tylko ich miłość.
– Tak, papo, liczy się… tylko… ich miłość – szepnęła, a głos załamał jej się jak w szlochu.
Siedząc samotnie w loży, Gizela wzruszyła się nie tylko grą ojca. Rozrzewniła się wspomnieniem chwili, gdy Miklos planował tu ich spotkania.
W teatrze była również lady Milford z kilkoma przyjaciółmi, z którymi wybierała się potem na kolację, Wyglądała bardzo ładnie w atłasowej sukni i z diamentami wpiętymi we włosy. Była starsza od dwóch towarzyszących jej w loży kobiet, ale wyglądała dystyngowanie i jak prawdziwa Angielka, chociaż urodą nie dorównywała wielu wiedeńskim damom.
Muszę z nią porozmawiać o Anglii – pomyślała Gizela. – Być może pewnego dnia nakłonię papę. by wystąpił w Londynie.
Występ ojca znowu został nagrodzony burzliwymi brawami. Wiedeńska prasa ogłosiła go jednym z największych skrzypków wszechczasów, a sporo osób przyszło na przedstawienie głównie dla niego. Na scenę rzucano kwiaty, a Gizela wiedziała, że ojciec otrzyma tuziny zaproszeń na kolacje.
W końcu przyszedł po nią do loży, a kiedy razem wychodzili, myślała, że nie licząc Miklosa, nie mogłaby mieć bardziej przystojnego i eleganckiego partnera.
W wieczorowym stroju, pelerynie podbitej czerwonym atłasem, błyszczącym cylindrze i z laseczką zakończoną złotą rączką zwracał na siebie uwagę mijających ich kobiet, wpatrzonych weń rozmarzonymi oczami.
Ale on widział tylko córkę.
– Przepraszam cię za spóźnienie, ale wiesz… bisowałem cztery razy – powiedział.
– Myślałam, że publiczność zażąda piątego – odparła.
– Tego chciał asystent reżysera, ale ja zawsze wolę pozostawić w ludziach niedosyt, a tę zasadę stosuję nie tylko do poszczególnych osób, ale i do tłumu!
Kiedy to mówił, wiedziała, że jest w znakomitym nastroju. Śmiał się ze wszystkiego, nawet z własnych dowcipów. Zeszli po schodach do marmurowego przedsionka, a gdy wsiadali do powozu, rozległy się owacje. Na mistrza oczekiwał tłum wielbicieli, byli wśród nich również biedniejsi wiedeńczycy, którzy zawsze wieczorem stali przed teatrem, chcąc zobaczyć z bliska kogoś znanego i ważnego.