– I oczywiście, jedna w szczególności! – podpowiedział Miklos.
– Oczywiście! – potwierdził chłopiec z szelmowskim uśmiechem. – Dzisiaj ją poznasz!
Miklos chciał odmówić, ale Antoni błagał:
– Musisz pójść ze mną. Jeśli odmówisz, papa i mama każą nam tu zostać i wtedy obaj umrzemy z nudów.
– Jakoś udało mi się do tej pory przeżyć – odparł Miklos.
– To dlatego, że byłeś tylko z mamą. Ona jest bardzo zabawna i zarazem wyrozumiała, ale przy papie się zmienia. Pozwala mu marudzić tak długo, że czasami chce mi się krzyczeć!
Nie było wątpliwości, że chłopaka trzymano w ryzach. Miklos nie dziwił się temu. Wuj Ludwik, jak wszyscy Habsburgowie, był przekonany, że kobiety i dzieci to istoty niższe i powinny być raczej strofowane, niż wciągane do rozmów dorosłych.
Ponieważ nie miało to dla Miklosa większego znaczenia, zdecydował:
– Zgoda, zrobię, co zechcesz, ale chciałbym jutro wrócić do domu!
– A więc połączymy tę eskapadę z nocną wyprawą! – wykrzyknął Antoni. – Zjemy, a gdy papa zacznie drzemać po obiedzie, co jest w jego zwyczaju, wyruszymy do teatru.
W operze Miklos starał się zainteresować tańcem na scenie i nie myśleć o Gizeli siedzącej być może w loży innego teatru.
Przedstawienia w Operze Narodowej, a wiedział to od stałych bywalców, odznaczały się wyższym poziomem, niż grane w teatrach dworskich czy innych ekskluzywnych teatrach miejskich.
Tancerki, zgodnie z tym, co powiedział Antoni, były rzeczywiście ponętnymi osóbkami i wiedziały, jak zaprezentować swoje wdzięki, by zachęcić młodych mężczyzn do zabierania ich na kolacje.
Z trudem, ale stanowczo Miklos odmówił, gdy Antoni proponował mu wybór dziewczyny i urządzenie przyjęcia we czwórkę. Postanowił, że gdy tylko zjedzą kolację, umknie i pozostawi Antoniego z jego ładną partnerką.
Przemyśliwał, jak samotnie wrócić do domu i co wymyślić, żeby arcyksięcia nie urazić tym samotnym powrotem. Nie mógł przedłużać pobytu w centrum miasta, bo nieodparta tęsknota zawiodłaby go do hotelu Sacher. Kiedy Antoni oznajmił, że wybierają się do sali tańca, gdzie dyryguje Strauss, nawet przez myśl mu nie przeszło, że będzie tam Gizela.
Nie rozglądał się też po sali, kiedy wchodził. Był zajęty zamawianiem potraw i wina na kolację, gdy z nagłym skurczem w sercu zobaczył ją tańczącą z ojcem.
Szok był silny, dostał jakby obuchem w głowę. Przez chwilę nie potrafił jasno myśleć.
Potem, kiedy ojciec i córka wrócili do stolika, uświadomił sobie, że jego ukochana siedzi plecami do niego i prawdopodobnie w tłoku nie zobaczy go.
Patrzeć na nią było zarazem rozkoszą i męką. Zaczął zastanawiać się, czy odejść, czy zostać. W końcu zdecydował, że pozostanie; wolał uniknąć trudu tłumaczenia się przed kuzynem, dlaczego nie zjadł posiłku, który dopiero co zamówił.
Teraz więc, kiedy Antoni flirtował ze swoją małą tancerką, Miklos z bólem w sercu obserwował złote refleksy we włosach Gizeli i porównywał sposób, w jaki trzymała głowę, do kwiatu na delikatnej łodydze.
Gdy zaczęła się kłótnia pomiędzy niemieckim oficerem a Paulem Ferrarisem, nie zrozumiał, co się dzieje, aż do chwili, w której Gizela przyciągnęła go ku sobie niczym magnes: wstał i podszedł do niej.
Ona myślała, że to los albo siła modlitwy przyniosła jej Miklosa, i to wtedy, gdy najbardziej go potrzebowała.
Kiedy zorientowała się z przerażeniem, że ojciec opadł z sił i że rana na ramieniu jest dużo bardziej poważna, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, Miklos zatroszczył się o chorego.
To Miklos wyprowadził ojca z sali, pomógł mu wsiąść do powozu i zawiózł do hotelu Sacher.
To Miklos wykorzystując swój autorytet, sprowadził w rekordowym czasie lekarza.
I wreszcie to Miklos instruował służbę hotelową, jak się rozbiera rannego i kładzie go do łóżka, żeby nie sprawiać mu najmniejszego bólu.
Lekarz opatrzył ranę i wchodząc do salonu powiedział poważnym tonem:
– Sądzę, panno Ferraris, że pani ojciec będzie spał do rana, ale wcześniej wezwę i przyprowadzę ze szpitala starszego chirurga, aby obejrzał ramię.
– Nie jest poważnie ranny, prawda? – spytała przerażona.
– Mówiąc szczerze, nie wiem – odrzekł. Ale skoro prawe ramię jest tak ważne dla pani ojca, nie wolno nam niczego zaniedbać.
Ledwie lekarz wyszedł, kłaniając się, najwyraźniej oczarowany osobą Paula Ferrarisa, a także Miklosem, Gizela wyjąkała z lękiem w głosie:
– Co on miał na myśli?… Co mogłoby się stać z… ramieniem papy? Czy to na pewno tylko… powierzchowna rana?
– Musimy w to wierzyć, kochanie – odparł. – Ale lekarz ma rację: nie wolno nam ryzykować żadnego zaniedbania.
– Boję się!
Podniosła na niego zatroskane oczy, a on objął ją czule.
– Zajmę się wszystkim – pocieszał. – Twój ojciec będzie miał najlepszego chirurga, jakiego w ogóle można znaleźć, i jestem pewny, że wszystko skończy się dobrze.
– Co się stanie… z nami… jeśli się nie skończy dobrze? – - spytała tak cicho, że ledwie dosłyszał jej słowa.
– Nie ma powodu teraz się nad tym zastanawiać. Chcę, moja najdroższa, abyś poszła do łóżka i spróbowała zasnąć.
Zaprotestowała, ale on mówił dalej:
– Wrócę wcześnie rano, zanim przyjdą lekarze. Po-wiem im, że pieniądze nie mają znaczenia. Chcemy, aby twój ojciec powrócił do zdrowia tak szybko, jak to możliwe.
Gizela z głębokim westchnieniem położyła głowę na jego ramieniu i zapytała:
– Jak to… się stało, że… przyszedłeś dzisiaj, kiedy cię właśnie tak strasznie potrzebowałam?
– To przeznaczenie skierowało mnie do tej sali – odpowiedział. – To samo przeznaczenie, które kierowało naszymi krokami, odkąd pierwszy raz zobaczyłem cię w lasku.
– Gdyby papa… nie walczył… z tym okropnym człowiekiem… on zmusiłby mnie do tańca.
– Zapomnij o nim! Kara, którą mu wymierzyłem, zniszczy jego karierę do końca życia.
W głosie Miklosa zabrzmiała nuta gniewu, gdy dodał:
– Jak on śmiał cię znieważyć?!
– Nie obchodziło mnie, co mówił do mnie… ale papę zabolało, gdy nazwał go… grajkiem.
– Trudno się dziwić – zgodził się Miklos.
Oboje pomyśleli teraz, że tym uwłaczającym epitetem również rodzina Miklosa obdarzałaby Paula Ferrarisa, gdyby byłaby mowa o ich małżeństwie.
Miklos jeszcze mocniej przytulił Gizelę. Pocałował jej czoło, potem policzek i powiedział łagodnie:
– Idź teraz spać, moja śliczna. Zostaw ojca pod moją opieką. Zapewniam cię, że jutro nie będzie już tak źle, jak nam się dzisiaj wydaje.
Gizeli udało się zebrać siły, aby choć małym uśmiechem odpłacić mu za jego troskę.
– Dziękuję! – powiedziała. – Jesteś cudowny i… kocham cię!
– Ja też cię kocham – odpowiedział stłumionym głosem. Pocałował jej dłoń i wyszedł.
Następnego ranka Miklos zjawił się tak, jak obiecywał. Gizela była już ubrana. Nie spała wcale. Przez całą noc czuwała przy ojcu. Lekarz dał choremu środek nasenny i chociaż ojciec się przebudził, żeby się napić, nadal był śpiący. Ubierając się, myślała z niepokojem, czy Miklos nie zapomni o swojej obietnicy i przyjdzie wcześnie.
Martwiła się jednak niepotrzebnie. Gdy wyszła z sypialni, czekał już w salonie, ale nie sam. Była z nim lady Milford. Rozmawiali. Na widok Gizeli lady Milford wyciągnęła do niej rękę ze słowami:
– Najdroższe dziecko, szkoda, że nie obudziłaś mnie wczorajszej nocy. Dopiero dziś rano pokojówka powiedziała mi, co się stało. Przyszłam natychmiast, aby spytać, czy mogę w czymś pomóc.
– To bardzo miło z pani strony – powiedziała Gizela.
– Pamiętaj, Gizelo, że w trudnych sytuacjach zawsze chętnie przyjdę wam z pomocą.