Po chwili dodała:
– Chciałabym ci… coś jeszcze powiedzieć.
– Co takiego?
– Postąpiłbyś niewłaściwie, żeniąc się ze mną. Dlatego może zamieszkamy z papą gdzieś skromnie w Wiedniu… lub na wsi, w pobliżu węgierskiej granicy, zanim papa znowu zacznie grać. A ty… odwiedzałbyś… nas często.
Z rumieńca, jakim się oblała mówiąc to, Miklos odgadł, co starała się powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, ile ją kosztowała ta sugestia, że powiedziała to wbrew wszystkiemu, w co wierzyła, wbrew swojej czystości i niewinności. Jakże ogromną darzyła go miłością! Przez chwilę nic nie mówił, wzruszony tak wielkim poświęceniem. Pod jego spojrzeniem zbladła, odwróciła wzrok, a on poprosił:
– Popatrz na mnie, kochana!
Zbyt zawstydzona, aby natychmiast spełnić tę prośbę, dopiero po chwili zwróciła ku niemu twarz, a jej policzki znowu się zaróżowiły.
– Uwielbiam cię, moja najdroższa, za to, co powiedziałaś. Twoja miłość jest tak wielka jak moja i nie ma na świecie nic ważniejszego od naszego uczucia!
Jego głos przeszywał ją na wskroś.
– Ale nie chcę spotykać się z tobą jedynie w czasie sekretnych schadzek. Chcę cię mieć zawsze przy sobie, obok mnie, chcę, żebyś była częścią mnie samego i to na oczach całego świata. Jesteś moja! Na zawsze. Ogłoszę to z najwyższych budowli, a jeśli trzeba, z każdego szczytu Węgier!
W jego głosie było tyle wzruszającej szczerości, że łzy stanęły w oczach Gizeli. Były to łzy szczęścia.
– Kocham cię…! – powiedziała łkając.
– I ja kocham ciebie! Wyciągnął ku niej ramiona, ale w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Dopiero po chwili Gizela powiedziała z trudem.
– Proszę!
– Jakiś dżentelmen chce panią widzieć – oznajmił boy.
– Dżentelmen? – Spojrzała na Miklosa. Przemknęło jej przez głowę, że może to ktoś w rodzaju niemieckiego oficera. Odrzuciła jednak tę myśl jako niedorzeczność. Bardziej prawdopodobne było, że to człowiek z teatru przyszedł spytać o ojca.
– Jak się nazywa? – zapytał Miklos.
– Powiedział, że przyjechał z Anglii, wasza wysokość. Pytał o pana Ferrarisa, a kiedy odparłem, że jest chory, o panienkę.
– Z Anglii? – zastanawiała się Gizela. – Kto to może być?
– Zaraz się dowiemy – odparł Miklos.
Kazał wprowadzić nieznajomego, a kiedy Gizela wstała, zaniepokojona, powiedział:
– Nie przejmuj się. Kto wie? Nieznajomy czasem przynosi dobre wiadomości.
Nagle pomyślała, że to całkiem prawdopodobne. Tak wiele podróżowali z ojcem, że przestała docierać do nich pensja, którą Ferraris otrzymywał od swego ojca nieregularnie, odkąd mając siedemnaście lat opuścił Anglię i zamieszkał u dziadków w Austrii. Była to niewielka kwota i pogardliwie nazywał ją zasiłkiem.
Teraz Gizela chętnie przyjęłaby te pieniądze. Kwota mogła się zwielokrotnić, bo od czasu wojny we Francji minęło przecież dużo czasu, a oni nie mieli nawet stałego adresu zamieszkania. Nagle poczuła się lepiej i z ulgą odwzajemniła uśmiech Miklosa, który robił wszystko, aby podtrzymać ją na duchu.
– Pan Shephard! – zaanonsował boy, jąkając się.
Do salonu wszedł niski mężczyzna w binoklach. Gizela pomyślała od razu, że wygląda jak urzędnik. Mężczyzna przemówił po angielsku:
– Czy pani jest córką pana Paula Ferrarisa?
– Tak. Przykro mi, ale mój ojciec nie czuje się dobrze.
– Rozumiem. Przyjeżdżam jednak z niezwykle ważną i pilną wiadomością.
– Jaką? – spytała Gizela.
– Nazywam się Shephard, z firmy Cross i Maitland. Jestem pełnomocnikiem rodziny pani ojca.
Teraz była pewna, że chodzi o pieniądze. Chcąc zrobić ojcu niespodziankę, postanowiła go o tym powiadomić.
– Proszę chwileczkę zaczekać – powiedziała. Ojciec leżał wsparty o poduszki z ręką na temblaku.
Jego druga, zdrowa ręka ściskała czule dłoń lady Milford siedzącej przy łóżku. Oboje odwrócili się w stronę Gizeli.
– Papo, pewien dżentelmen przyjechał aż z Anglii, aby się z tobą spotkać. Czy masz dość sił na rozmowę z nim?
– Z Anglii? Któż to może być?
– Nazywa się Shephard i reprezentuje firmę Cross i Maitland.
– Nie jest mi obca ta nazwa – odrzekł. – Myślę, że to coś pilnego.
– Może przywiózł pieniądze? – nieśmiało spytała Gizela.
– Niewykluczone. Wpuśćmy go zatem!
– Czy to cię nie zmęczy? – troskliwie spytała lady Milford.
Potrząsnął głową.
– Jestem zbyt ciekawy. Poproś go, Gizelo! Wróciła do salonu.
– Mój ojciec jest gotowy pana przyjąć. Proszę jednak nie przemęczać go zbyt długą rozmową. Lekarze zalecili mu odpoczynek po tym, jak został raniony w ramię.
– Rozumiem, panno Ferraris – odpowiedział grzecznie. – Nie zajmie mi to dużo czasu.
Gizela razem z Miklosem podążyli za panem Shephardem, który podchodząc do łóżka, ukłonił się nisko.
– Powiedziano mi, że przybywa pan z Anglii – ode-zwał się Paul Ferraris.
– Najpierw byłem w Paryżu, sir. Tam przeczytałem w gazetach o pana sukcesie tu, w Wiedniu. I wiedziałem już, gdzie pana szukać.
– W gazetach! Cieszę się, że znowu o mnie piszą.
– Niezwykle pochlebnie- dodał pan Shephard. – Przyjechałem, by poinformować pana o śmierci pańskiego dziadka.
Paul Ferraris spojrzał na niego zdumiony.
– Dobry Boże! Sądziłem, że mój dziadek nie żyje od lat!
– Jego lordowska mość cieszył się wspaniałym zdrowiem. Jego śmierć sześć miesięcy temu zaskoczyła wszystkich.
– Mój dziadek! – powtórzył Paul Ferraris. – Prawie go nie pamiętam!
Po chwili milczenia pan Shephard powiedział:
– Sądzę, że domyśla się pan, sir, iż odziedziczył pan tytuł i jest teraz czwartym markizem Charleton!
Jego słowa spadły na wszystkich jak grom. Przez moment patrzyli na niego osłupiali.
W końcu Ferraris odezwał się zduszonym głosem:
– A mój ojciec?
– Jego lordowska mość umarł rok temu. Niestety, podczas okupacji Francji nie udało mi się z panem skontaktować.
– Przecież był on młodszym synem – wykrztusił ojciec.
– Pana stryj zginął w Egipcie przed paroma laty, wtedy ojciec pana odziedziczył tytuł. Jednak z nieznanych mi powodów nie próbował się porozumieć z panem.
– To mnie nie dziwi – odparł Ferraris oschle. – Nigdy nie darował mi tego, że opuściłem Anglię i zamieszkałem u moich austriackich krewnych.
– Wyjaśniam, milordzie, że nie mogliśmy działać, nie mając żadnych poleceń.
– Oczywiście, rozumiem to.
Znowu nastała cisza, którą przerwał zakłopotany pan Shephard:
– Zarówno moi wspólnicy, jak i ja osobiście mamy nadzieję, milordzie, że przybędzie pan do Anglii, gdy tylko zdrowie panu pozwoli. Czeka tam bardzo wiele spraw nie cierpiących zwłoki.
Zamilkł i jakby chcąc uniknąć niedomówień, powiedział bardzo powoli i z rozwagą:
– Prócz rodzinnego majątku w Hampshire, domu w Charleton i kilku innych posiadłości zakupionych przez pana dziadka, pozostała ogromna suma pieniędzy.
Ciszę, która zapadła, pan Shephard przerwał już pewniejszym głosem:
– Jeśli wolno mi prosić, chciałbym teraz, po uciążliwej podróży, odpocząć i zjeść posiłek. Przywiozłem ze sobą dokumenty, w których wasza lordowska mość znajdzie wszystkie niezbędne informacje.
– Tak, tak, naturalnie!
W głosie ojca Gizela usłyszała coś nowego: pewność siebie. Przypomniała sobie, że matka już dawno dostrzegała w ojcu charakterystyczne cechy Anglika. W to co się stało, trudno było uwierzyć. Gizela była tak oszołomiona, że bała się wypuścić rękę z uścisku Miklosa. Pan Shephard ukłonił się dostojnie i wyszedł. Wtedy odezwał się Miklos: