Выбрать главу

– Niech mi będzie wolno pierwszemu pogratulować, lordzie markizie. Zanim wyjedzie pan do Anglii na inspekcję swoich posiadłości, mam zaszczyt zaprosić Pana na Węgry, na ślub pańskiej córki.

Wydawało się, że Ferraris z wrażenia stracił mowę. nagle wybuchnął radosnym śmiechem.

– Jest to z pewnością dzień niespodzianek! I ja także mam wesołą nowinę. Z przyjemnością zezwalam Gizeli na ślub z tobą, Miklosu, jeśli pozwolisz mi przyjechać w towarzystwie mojej żony!

Mówiąc to nowy markiz Charleton spojrzał na lady Milford i z atencją uniósł jej dłoń do ust.

Gizela wydała okrzyk radości i płacząc ze szczęścia podbiegła, aby ich objąć.

ROZDZIAŁ 7

Możemy już wyjść, moja kochana – powiedział Miklos cichym głosem.

Gizela, która wciąż obserwowała Cyganów, zachwycona ich tańcem, odwróciła głowę. Jej serce zamarło na chwilę ze szczęścia, gdy patrzyła na męża, ale pod jego spojrzeniem zaczęło znowu bić w jej piersiach jak szalone: nie istniało nic oprócz Miklosa.

Nigdy nie przypuszczała, że przeżyje coś tak wspaniałego jak ich ślub. Zachwycona wszystkim dokoła, nie miała pojęcia, jak pięknie wygląda ona sama. Kiedy szła przejściem między ławkami w pałacowej kaplicy, wsparta na ramieniu ojca, Miklos miał wrażenie, że widzi rusałkę z jakiegoś zaczarowanego świata – z tym realnym nie mającą nic wspólnego.

Zanim przyjechali do Fertöd, wydarzyło się tak wiele! Miała wrażenie, że żyje we śnie.

Powoli zaczęli uświadamiać sobie wagę nowiny o nobilitacji ojca.

. Lady Milford zdała sobie sprawę, że pozycja społeczna Paula w Anglii i reszcie świata będzie całkiem różna od dotychczasowej.

Wbrew samemu sobie Paul tęsknił do swego starego domu, który utracił wiele lat temu. Zostając markizem jednocześnie głową rodu, odnalazł na nowo sens życia. Gizela dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo urażony był stanowiskiem własnego ojca i dlaczego, będąc synem młodszego syna, musiał zostać biedakiem, podczas gdy jego dziadek i stryj opływali we wszystko.

Lady Milford wytłumaczyła jej, iż zgodnie z angielską tradycją najstarszy syn musiał posiadać wszystko, żeby podtrzymać prestiż tytułu i wielkiego majątku, podczas gdy młodsi członkowie rodziny musieli zadowolić się okruchami i żyli często na pograniczu nędzy.

– To bardzo niesprawiedliwe – ostro zareagowała Gizela.

– Gdyby postępowano inaczej i wielkie posiadłości dzielono na mniejsze, domy rodowe, tak charakterystyczne dla Anglii, przestałyby stopniowo istnieć – wyjaśniła lady Milford.

Także dopiero teraz Gizela zrozumiała, jak wiele dla ojca znaczył Charleton. Dotąd czuł się dobrze poza Anglią i nigdy nie chciał o nim mówić.

– Chciałbym ci pokazać dom – powiedział do córki głosem pełnym zachwytu. – Został on gruntownie przebudowany przez mojego prapradziada, a potem po raz drugi przez dziadka.

Z jego oczu odczytała więcej, niż potrafił wypowiedzieć.

– Jednak – ciągnął – od tak dawna była to siedziba rodzinna, że każdy pokój jest jak książka historyczna, a przez wieki Charletonowie byli jej głównymi postaciami.

Opowiadał o jeziorach i lasach, pośród których bawił się jako mały chłopiec, i koniach, na których pozwalano mu jeździć tylko podczas specjalnych uroczystości.

Teraz wszystko miało należeć do niego, a im więcej o tym mówił, tym bardziej był podekscytowany.

– Będziesz musiała mi pomagać, moja najdroższa – rzekł do lady Milford. – Bez twojej pomocy popełnię wiele błędów nie tylko w mojej posiadłości, ale i w całym hrabstwie.

– Masz instynkt i potrafisz podejmować właściwe decyzje – odrzekła ciepło. – Będziesz wiedział, czego oczekuje od ciebie dwór, tam też znajdziesz wiele osób, które podpowiedzą ci, co powinieneś czynić.

Pan Shephard zanim powrócił do Anglii, powiedział:

– Mam nadzieję, że wasza lordowska mość będzie w stanie wkrótce przyjechać. Muszę nadmienić, że jej królewska wysokość dopytywała się już, kiedy pan przejmie dziedziczne obowiązki.

Gizela ujrzała najpierw malujące się na twarzy ojca ogromne zdziwienie, a potem satysfakcję. Nic nie mogło sprawić mu większej radości jak to, że będzie mógł zagrać swoją wielką rolę w pałacu Buckingham i zamku Windsor – uwielbiał przecież teatralne efekty. A sposób, w jaki rozmawiał z żoną, utwierdził Gizelę w przekonaniu, że będzie bardzo sumienny w wypełnianiu dworskich powinności.

Teraz co wieczór dziękowała Bogu na kolanach za to, że nowa pozycja ojca zmieni radykalnie jej prywatne życie z Miklosem.

Była przecież zdruzgotana jego zapewnieniami, iż zamierza poślubić ją i dla niej zrezygnować ze swojej ważnej pozycji. Stał się jednak cud i oto mogła go poślubić bez upokorzenia. Teraz jego rodzina zaakceptuje ją jako córkę markiza, a muzyczna kariera ojca zostanie uznana za ekscentryczne zainteresowania arystokraty, a nie za sposób zarabiania na życie.

Nie mogła przyzwyczaić się do nowego nazwiska; im więcej słuchała o swej angielskiej rodzinie, tym bardziej upewniała się, że ma do niego prawo.

– Jesteś teraz, drogie dziecko, lady Gizelą Carrington-Charleton – powiedział ojciec. – Carringtonowie pod koniec osiemnastego wieku wnieśli do rodziny ogromny majątek, a Charletonowie wyróżniali się walecznością we wszystkich wojnach, służąc przez wieki wielkości państwa.

– Teraz już nie muszę odradzać ci małżeństwa ze mną powiedziała do Miklosa.

– Zrujnowałbym sobie życie, gdybyś nie wyszła za mnie – odparł. – Ale, kochanie, przyznaję, że ten fakt upraszcza nam niejedno.

Wziął ją w ramiona i dodał:

– Dla mnie nie miało znaczenia, kim jesteś. Zdałem sobie sprawę, że bez względu na konsekwencje nie mógłbym żyć bez ciebie.

Trzymał ją w objęciach, całował gorąco, tuląc mocno do piersi, jakby się bał ją utracić.

– Kocham cię! – powiedział podnosząc głowę. – Kocham cię tak bardzo, że potrafię myśleć tylko o tym, iż zostaniesz moją żoną i będziemy razem. Tak chciał los, gdy zetknął nas ze sobą wtedy w lesie.

– Wspaniały los – odrzekła ciepło. Znowu ją całował.

Wiele jeszcze spraw trzeba było załatwić przed ślubem. Większością zajął się Miklos. Przede wszystkim zadecydował, aby ślub nowego markiza odbył się dyskretnie i bez rozgłosu, gdyż tłumy, podniecenie i wywiady byłyby dla niego zbyt silnym przeżyciem. Burmistrz zgodził się tak ważnej osobistości – sławnemu muzykowi i markizowi – udzielić ślubu w hotelu.

Ceremonia zaślubin odbyła się więc w apartamencie, a że lekarze nalegali, aby Paul dbał o zdrowie i nie robił nic wyczerpującego, bo rana mogłaby się odnowić, burmistrz stojąc udzielał ślubu siedzącej naprzeciw parze. Po ceremonii trwającej zaledwie kilka minut ogłosił ich mężem i żoną. Dwa dni później Paul był już na tyle silny, że mógł udać się do kaplicy w ambasadzie brytyjskiej, gdzie pastor anglikański udzielił im skromnego, lecz pięknego ślubu, którego świadkami byli tylko Gizela i Miklos.

Potem Miklos wyjechał na Węgry, by zorganizować swoje własne wesele.

– Jeśli nie przybędziesz do mnie szybko – powiedział – wrócę i porwę cię! Gdy cię nie ma przy mnie, boję się, że znikniesz i będę cię musiał poszukiwać dniami i nocami w lasach.

– Postaram się przyjechać jak najprędzej – odpowiedziała. – Ale, kochanie, muszę sobie kupić kilka sukien, żebyś się mnie nie wstydził przed swoimi wytwornymi kuzynami, którzy ubierają się w Paryżu.

Ponieważ cytowała mu jego własne słowa, roześmiał się.

– Uwielbiam cię nawet w łachmanach, wiem jednak, że kobiety przywiązują szczególną wagę do strojów. Toteż zaczekam tydzień, ale nie dłużej.