Szukam miłości. Och! znalazł mnie!
Przy ostatnich słowach spojrzała mu w oczy.
– Moja śliczna, żadne z nas nie może się wyprzeć miłości. – Przytulił ją mocniej i słowa nie były już potrzebne.
Byli połączeni ciałem, myślą i rytmem serc. Nie rozmawiali więcej. Kiedy ucichły dźwięki walca, w milczeniu opuścili ogród. Powóz czekał.
Stangret postawił budę i przykrył kocem ich kolana. Miklos usiadł blisko Gizeli i ujął jej dłoń.
W drodze do miasta spoglądali w niebo roziskrzone od gwiazd. Kiedy dojeżdżali do centrum Wiednia i do hotelu, powiedziała zduszonym głosem:
– Naprawdę wyjeżdżasz?
– Powinienem.
– Dlaczego…?! Dziś wieczorem byłam z tobą taka szczęśliwa.
– To jeszcze pogarsza sytuację, która i tak się już skomplikowała – odparł.
Gizela aż zamarła.
– Skomplikowała? Po chwili znowu zapytała cichym wystraszonym głosem:
– Czy jesteś… żonaty?
– Nie – odpowiedział.
– Więc… cóż złego… w tym, że się znamy?
– Powinienem ci to wyjaśnić, ale nie w tej chwili… Nie chcę cię zranić, nie zniósłbym tego. I przysięgam, Gizelo, że był to najwspanialszy wieczór w moim życiu.
– W moim też.
– Och, kochanie, dlaczego nie możemy cieszyć się tysiącami takich wieczorów? Bylibyśmy tak samo szczęśliwi, a może nawet bardziej. – Głos mu się załamał.
Spodziewała się wyjaśnień. Powóz zatrzymał się. Oboje spostrzegli, że stoją przed hotelem Sacher w pobliżu drzwi, którymi wcześniej wyszli. Powiedział do stangreta:
– Idź do głównego wejścia i poproś portiera.
Gdy stangret posłusznie się oddalił, Gizela wykrzyknęła:
– Muszę cię jeszcze zobaczyć! Nie możesz mnie tak opuścić bez słowa wyjaśnienia!
– Jak moglibyśmy się spotkać? – zapytał.
Nie wiem, kiedy papa pozostawi mnie znowu samą. Przez chwilę się zastanawiał.
– Czy jutro będziesz na próbie?
– Tak, w tej samej loży.
– Więc przyjdę do ciebie.
– Ale, bardzo proszę, bądź ostrożny. Ojciec nie może cię zobaczyć. Nie potrafiłabym wytłumaczyć się z naszej znajomości.
– Będę ostrożny. Wiem, że podobnie jak ja, nie byłabyś w stanie ukryć uczucia, jakie nas łączy.
Nie mogli już nic więcej sobie powiedzieć, bo pojawił się portier z kluczami, a stangret podszedł i otworzył drzwiczki powozu. Miklos pomógł jej wysiąść i odprowadził do wejścia.
– Śpij dobrze, moja uwielbiana nimfo, i śnij o tańcu w moich ramionach. Jutro znów się zobaczymy.
Ucałował jej dłoń i odszedł, odprowadzany tchnieniem jej miłości.
Weszła do hotelu. Miklos odjechał. W sypialni spojrzała w lustro i nie poznała własnej twarzy. Oczy jej błyszczały jak rozjaśnione światłem gwiazd, usta były rozchylone, a policzki pokryte rumieńcem.
– Kocham go! Kocham! – mówiła do swego odbicia.
Wtem, jakby chmura przysłoniła słońce: przypomniała sobie jego słowa. To jeszcze pogarsza sytuację… Co to znaczy? Dlaczego? Co ukrywał?
Ale skoro nakazał jej, żeby śniła o tańcu w jego ramionach…? Odrzuciła nagle dręczące ją pytania. Leżała na łóżku i myślała o nim i o szczęściu, które odnaleźli.
Następnego ranka Paul Ferraris był nieco rozdrażniony.
Wczoraj wrócił bardzo późno i niewątpliwie wypił dużo wina. Zwykle bywał ostrożny, bo wystarczył jeden kieliszek za dużo, a następnego dnia odczuwał ból głowy. Wówczas wszystko go irytowało, nawet własna córka.
– Czego naprawdę nie lubię, to właśnie próby generalnej – powiedział ostro. – Jeśli się uda, mówią, że koncert nie wypadnie dobrze, a jeśli się nie uda i tak każdy z przygnębieniem przepowiada klapę!
– Na pewno nie będzie klapy, papo – pocieszała.
To niezwykłe, że tyle talentów pojawi się równocześnie na scenie. Na pewno przyjmą cię owacyjnie.
– Wątpię – nachmurzył się. Oni słuchają Brahmsa. Ja nic nie znaczę.
Wiedziała, że to nieprawda. Chciał jedynie, aby dalej mu schlebiała zaprzeczając wszystkiemu, co mówił.
W pewnej chwili zaczął opowiadać o wczorajszym wieczorze. Ku jej zdumieniu, Johann Strauss, którego ojciec tak chciał spotkać, nie pojawił się. Był natomiast inny znaczący kompozytor, Johannes Brahms.
Gazety, szczególnie Vienna Free Press, chwaliły Brahmsa. Zauważyła to zaraz po przyjeździe do Wiednia. Był uważany za czołowego kompozytora, otrzymał wszystkie możliwe odznaczenia. Miała wrażenie, że w Wiedniu niemal każdy muzyk starał się wspiąć na piedestał, na szczycie którego stał Brahms.
– Opowiedz mi o panu Brahmsie, papo – prosiła. Miała nadzieję, że przywróci ojcu dobry nastrój. – Czy będę mogła go poznać?
– Być może – odpowiedział. – Ale on zwykł obcować z bogatymi, sławnymi i utytułowanymi ludźmi. Wątpię, czy zainteresuje go młodziutka dziewczyna. Tylko jego wczoraj poznałem, ponieważ do Straussa niespodziewanie przyjechał stary przyjaciel.
– O czym rozmawialiście? – zaciekawiła się.
– Trochę o nim, a trochę o muzyce – odparł z błyskiem w oczach.
– Powiedz, co mówił, papo.
– Twierdził, że w tym mieście jest jedynym szlachetnie urodzonym, bo wstaje tak wcześnie jak sam cesarz Franciszek Józef. I podobno rzeczywiście wstaje o piątej i Pracuje z zapałem godnym cesarza.
Gizela się roześmiała. – Najpierw przygotowuje kawę, którą specjalnie dla niego przysyła wielbiciel z Marsylii. Następnie idzie na spacer, a potem zasiada do pracy.
Komponuje jeszcze? – dopytywała się.
– Oczywiście! Ponoć najlepiej pracuje mu się latem.
– Wygląda to tak, jakby był zwykłym urzędnikiem – wtrąciła.
– Właśnie tak! – powiedział i dodał: – Ma zadziwiająco dźwięczny głos, ale nadal mówi z północnoniemieckim akcentem.
Znowu wybuchnęli śmiechem. Gizela doszła do wniosku, że ojciec nie tylko potrafił dostrzec zabawne cechy charakteru Brahmsa, ale też nie padał na kolana przed sławnym człowiekiem, jak robili to wszyscy w Wiedniu.
O jedenastej wyszli do teatru. Ponieważ próba miała trwać długo, Gizela kupiła gotowy posiłek. Włożyła do koszyczka i zabrała ze sobą; zjedzą w loży.
Prawie wszyscy artyści jadali wspólnie w dużej garderobie lub w Zielonym Pokoju, rozmawiając na tematy związane z pracą. Ojciec nadal był przeciwny jej kontaktom z pracownikami teatru, więc oni jadali osobno.
– Czy nie pomyślą, że jesteśmy snobami, skoro się tak dystansujemy, papo? – spytała.
– Nie ma znaczenia, co o nas myślą – odpowiedział. – To nie jest środowisko, w którym powinnaś przebywać. Twoja matka byłaby tego samego zdania.
Westchnął.
– Gdy będzie nas stać, weźmiemy dla ciebie kogoś do towarzystwa, abyś mogła chodzić do miasta. Na razie jednak ja będę się tobą opiekował.
Z jego tonu wyczuła, że nie ma sensu dalej prowadzić rozmowy. W każdym razie dzisiaj nie miała ochoty wychodzić z loży.
Przerwa na obiad trwała niecałą godzinę. Było to nietypowe dla wiedeńczyków. Uwielbiali przecież długo przesiadywać bodaj nad kieliszkiem wina lub filiżanką kawy.
Paul Ferraris jadł mało, a i ojciec, i córka zamiast wina pili wodę. Niespodziewanie w loży zjawił się dyrektor z gorącą kawą.
– Jak to miło z pana strony, mein Herr - rzekł Ferraris.
– Jestem szczęśliwy, że jest pan z nami – powiedział dyrektor. – Dziś wieczorem na koncert przybędzie wielu krytyków, a i pan Strauss osobiście poprosił o lożę! I to w ostatniej chwili. Sam nie wiem, gdzie go ulokować.
– Mam nadzieję, że nie zapomniał pan o mojej córce – wtrącił Ferraris.