Выбрать главу
* * *

Mueller kulił się na zboczu przy drodze Bridge Creek, spoglądając ponuro na most.

Reszta jego drużyny zebrała się wokoło, kryjąc się za nierównościami terenu. Leżeli płasko na ziemi i także obserwowali most i tamę. Gdyby to było lato albo wiosna, gęsto rosnące krzewy i drzewa zasłaniałyby widok, ale teraz, jesienią, nic nie stało na przeszkodzie obserwacjom. To nieco martwiło Muellera, bo znaczyło, że i oni mogą z łatwością być wypatrzeni. Tamę chroniła przed wścibskimi oczami siatka maskująca, a przekroczenie mostu zapowiadało się jako bardzo ryzykowne zadanie.

Spływająca z tamy rzeka opływała zbocze, na którym się kulili, skręcała lekko na wschód i wiła się na podobieństwo litery S, do której ktoś dorysował kilka zygzaków. Most znajdował się pośrodku zygzaka i z samej tamy nie było go dokładnie widać. Po północnej stronie drogi znajdowało się poletko usiane białymi kamieniami. Znajdowali się na jego skraju i widzieli, że kiedy będą przemieszczać się w stronę wody, będą widoczni jak na dłoni. Krzewy porastające pobocza nie były przycinane od początku wojny, i sądząc z ich wyglądu, stanowiły barierę nie do przebycia. Nie pozostawało nic innego jak liczyć na szczęście i trzymać głowy nisko przy ziemi.

Po „ich" stronie rzeki znajdowała się stacja prądotwórcza, która, o dziwo, nadal była czynna. Droga, która do niej prowadziła, została uprzątnięta i utrzymywano ją w dobrym stanie. Gdyby nikt z niej nie korzystał, Posleeni już dawno ukradliby wszystko, co nie zostało przytwierdzone do podłogi grubymi nitami.

Wieloletnie doświadczenie podpowiadało Muellerowi, którędy pobiegnie Mosovich, ale wolał się upewnić.

— No i jak? — spytał.

Pokryta farbą kamuflującą twarz Mosovicha przez chwilę nie wyrażała żadnych uczuć, a potem mężczyzna skrzywił się. Musieli zejść zboczem, które nie zapewniało żadnej osłony, było kamieniste i nierówne. Większość ludzi nazwałaby je urwiskiem, ale on wiedział, że to zwykłe zbocze, jakich pełno w tych rejonach Appalachów. Cała drużyna, oprócz Nicholsa, zjadła zęby na takich wspinaczkach i doświadczeniem przewyższała wszystkich innych górali, nie licząc Gurkhów.

Zakładając, że zejdą na sam dół bez odniesienia poważniejszych obrażeń, będą dobrze widoczni z tamy. Choć Mosovich nie postawiłby złamanego grosza na obecność posleeńskich straży, wolał nie podejmować niepotrzebnego ryzyka. Po lewej stronie był niezbyt głęboki wąwóz, w którym mogliby uniknąć wykrycia przez obserwatorów na tamie, bo skryliby się w porastającym go gąszczu. Po dotarciu na równy kawałek terenu dalszą osłonę zapewniłyby im drzewa. Przekroczenie mostu było problemem numer dwa.

— Pójdę po lewej. Zbiegniemy szybko ze zbocza, potem do kanału i dalej w stronę drogi, pod osłonę drzew.

— Rozumiem. — Mueller oderwał się od skały i ruszył w dół zbocza.

— Szybko to dość względne pojęcie — mruknął Nichols. — Nie stawiałbym na siebie w biegach na setkę z tym grzmotem na plecach.

Karabin snajperski ważył dobre piętnaście kilo, a pociski do niego też nie należały do lekkich. Cały ekwipunek snajpera osiągał wagę prawie pięćdziesięciu kilo. Choć Nichols nie był ułomkiem, to i Godzilla z takim obciążeniem nie pobiegłaby daleko.

— Mueller, będziesz nas ubezpieczał, ja pójdę na szpicy. Miejcie oczy szeroko otwarte i, na litość boską, niech żaden z was się nie potknie ani nie spadnie. — Mosovich rozejrzał się dookoła i mruknął: — Ruszamy!

Najłatwiej byłoby iść po zasypanym liśćmi zboczu ścieżkami wydeptanymi przez leśną zwierzynę. Choć bez wątpienia zwierzęta znalazły bezpieczną drogę, która omijała niespodziewanie osuwiska, podążanie ich śladem oznaczałoby kluczenie pośród gęstwiny dłuższą drogą. Co gorsza, przez pewien czas byliby widziani przez obserwatorów na moście. Mosovich przez chwilę rozważał podjęcie takiego ryzyka, ale uznał, że jest ono nieopłacalne. Lepiej przeczołgać się kilka metrów, korzystając nawet z marnej osłony, niż bez sensu ryzykować. To oznaczało, że podejście do tamy nie będzie łatwe.

Jeden nieuważny krok mógł oznaczać upadek. Mosovich uznał jednak, że taki zjazd w dół stoku może okazać się dobrym pomysłem. Wyczołgał się z kryjówki, usiadł na ziemi i odepchnął. Ślizgając się coraz szybciej i szybciej po zgniłych liściach, miał wrażenie, jakby zjeżdżał na sankach. Ale w przeciwieństwie do zjeżdżania po śniegu, teraz miał większe możliwości kontrolowania kierunku i wyhamowania prędkości. Drzewa i krzewy pomagały mu w sterowaniu.

Dojechał do pierwszej przecinki. Przypadł płasko do ziemi i zaczął obserwować drogę, którą kiedyś musieli wyciąć drwale. Obcy zachowywali się tak głośno, że prędzej usłyszałby ich niż zobaczył. Najlepiej byłoby, gdyby zbliżali się od wschodu, gdyż ukształtowanie terenu na zachodzie nie gwarantowało ludziom dobrej osłony. No ale cóż, życie jest ryzykiem, zwłaszcza jeśli się służy w LRRP.

Zaczął ponownie sunąć w dół. Ta część stoku była bardziej stroma i coraz częściej obijał się o drzewa i krzewy. Ominąwszy kilka niewidocznych na pierwszy rzut oka wykrotów, zatrzymał się i ponownie zaczął nasłuchiwać. Nie słyszał niczego, co mogłoby go zaniepokoić, tylko wiatr, szum drzew oraz jednostajne buczenie dochodzące z odległej o dwadzieścia metrów stacji przetwornikowej.

Ostatni fragment drogi okazał się stromizną o kącie nachylenia prawie dziewięćdziesięciu stopni. Dawniej Mosovich zacząłby ostrożnie schodzić na dół, czepiając się każdej nierówności terenu. Ale kiedyś poznał w Wietnamie pewnego Gurkhę, który uśmiał się do łez, widząc nieporadność Amerykanina. Kiedy otarł z oczu łzy rozbawienia, pokazał mu, jak skutecznie pokonywać takie zbocza. Mosovich podniósł się i ruszył pędem w dół stoku. Biegł, ile tylko miał sił w nogach, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Leciał tak na oślep, odbijając się od grud ziemi i kamieni, aż wylądował w kanaliku odpływowym dziesięć metrów niżej. Unosząc głowę ponad poziom wody, rozejrzał się dookoła. Kamera umieszczona na hełmie zarejestrowała wygląd terenu i przekazała go reszcie oddziału.

— Idziecie, chłopaki, czy nie?

Zwiad zajął mu dokładnie dwie minuty i trzydzieści pięć sekund.

Reszta oddziału dołączyła do niego, nie zachowując szczególnej ostrożności, ale skoro on baczył na patrole Posleenów, mogli pozwolić sobie na odrobinę nonszalancji. Kiedy dołączyli już do Mosovicha i zaczęli przemykać skrajem usianego białymi kamieniami pola, dostrzegli grupę około dwudziestu zwiadowców. Przypadli do ziemi, korzystając z osłony młodniaka choinek, i poczekali, aż Posleeni się oddalą, po czym podjęli marsz w kierunku mostu.

Była to prosta konstrukcja. Między betonowymi filarami wpuszczonymi w nurt rzeki biegła droga. Rozejrzawszy się bacznie na wszystkie strony, Mosovich przeskoczył przez barierkę i ruszył mostem. Reszta oddziału podążyła za nim. Daleko po lewej stronie sierżant dostrzegł skrzyżowanie głównej szosy z boczną drogą, która biegła równolegle do zachodniego brzegu rzeki. Okolica usłana była sięgającymi do kolan białymi skałkami, które mogły stanowić dobrą osłonę. Mosovich ponownie przesadził barierkę i zeskoczył na ziemię.

Upewniwszy się, że reszta oddziału jest w komplecie, a w okolicy nie widać żadnych Posleenów, ruszył dalej, klucząc pomiędzy skałkami. Niewielkie wzniesienie, które przecinało pole, porastał nieduży, ale za to gęsty lasek, co bardzo zwiadowcy odpowiadało.

Przeskoczył wał ziemny i zatrzymał się, aby zaczekać na Nicholsa i Muellera. Pomógł spoconemu snajperowi przerzucić karabin na drugie ramię i ruszyli przez lasek. Rosnące dziko róże pozwalały przypuszczać, że kiedyś były tutaj jakieś budynki. Ich podejrzenia potwierdziły się, kiedy Jake trafił na niski kamienny taras. Przemknął po nim i zatrzymał się w cieniu wielkiego drzewa. Od strony odległego brzegu rzeki szedł posleeński patrol. Widząc, że zwiadowca pada na ziemię, reszta oddziału poszła w jego ślady. Siostra Mary zarzuciła na siebie siatkę maskującą, choć jeden nieostrożny ruch oznaczał ryzyko wykrycia. Kamuflaż był tak doskonały, że człowiek nie potrafił wykryć okrytego siatką szpiega nawet z odległości kilku kroków.