Выбрать главу

Wszystkie cztery miały łzy wytatuowane pod jednym okiem.

– Macie dziewczynę, która zna język Westeros? – zapytał Tyrion. Właściciel popatrzył na niego bez zrozumienia, karzeł powtórzył więc pytanie po valyriańsku. Tym razem mężczyzna najwyraźniej pojął kilka słów i odpowiedział po volanteńsku.

Wszystko, co zrozumiał karzeł, to „zachodząca dziewczyna”. Doszedł do wniosku, że z pewnością znaczy to „dziewczyna z Królestw Zachodzącego Słońca”.

Widział tu tylko jedną i nie była to Tysha. Miała piegowate policzki i mocno kręcone rude loki. Obiecywało to piegi na piersiach i rude włosy również między nogami.

– Może być – stwierdził karzeł. – Chcę też dostać dzban wina. Czerwonego, żeby pasowało do jej włosów. – Kurwa gapiła się na jego beznosą twarz z wyraźną odrazą. –

Mój widok cię obraża, słodziutka? Jestem stworzeniem, które obraża wszystkich. Mój ojciec chętnie by ci to powiedział, gdyby nie fakt, że gnije w grobie.

Pomimo westeroskiego wyglądu dziewczyna nie znała ani słowa w języku powszechnym. Być może jakiś łowca niewolników porwał ją, kiedy była dzieckiem. Jej sypialnia była mała, ale na podłodze leżał myrijski dywan, a materac wypchano pierzem zamiast słomy. Widziałem gorsze miejsca.

– Powiesz mi, jak masz na imię? – zapytał, biorąc z jej rąk kielich wina. – Nie? –

Trunek był mocny, kwaśny i nie wymagał tłumacza. – W takim razie chyba zadowolę się twoją pizdą. – Otarł usta grzbietem dłoni. – Spałaś kiedyś z potworem? To równie dobra chwila, jak każda inna. Ściągaj łachy i kładź się na grzbiecie, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Albo i jeśli masz.

Spojrzała na niego bez zrozumienia. Wyjął dzbanek z jej rąk i uniósł spódnice nad głowę. Pojęła, czego od niej wymaga, choć nie okazała się zbyt entuzjastyczną partnerką.

Tyrion nie miał kobiety od tak dawna, że spuścił się już po trzecim ruchu bioder.

Stoczył się z niej, raczej zawstydzony niż zaspokojony. To był błąd. Cóż za nędznikiem się stałem.

– Czy znasz kobietę imieniem Tysha? – zapytał, przyglądając się, jak jego nasienie skapuje z dziwki na łóżko. Nie odpowiedziała. – A może wiesz, dokąd odsyła się kurwy?

Na to pytanie również nie odpowiedziała. Tyrion zauważył, że jej plecy pokrywa sieć blizn. Ta dziewczyna już właściwie nie żyje. Przed chwilą wyruchałem trupa. Nawet jej oczy były martwe. Nie ma siły choćby mną gardzić.

Potrzebował wina. Mnóstwa wina. Wziął dzbanek w obie ręce i uniósł do ust.

Czerwona struga spłynęła mu do gardła i po podbródku. Trunek skąpy wał mu z brody na posłanie. W blasku świecy wydawał się równie ciemny jak wino, którym otruto Joffreya. Karzeł wypił wszystko i odrzucił pusty dzbanek, a potem pół zlazł, a pół stoczył się na podłogę, szukając rękami nocnika. Nigdzie go nie było. Dopadły go mdłości. Nagle zorientował się, że klęczy i rzyga na dywan. Piękny gruby myrijski dywan, miły w dotyku jak kłamstwa.

Kurwa krzyknęła z przerażenia. Obciążą ją winą – uświadomił sobie zawstydzony Tyrion.

– Utnij mi głowę i zawieź ją do Królewskiej Przystani – poradził jej. – Moja siostra zrobi cię wielką damą i nikt już nigdy cię nie wychłoszcze.

Tych słów również nie zrozumiała, rozsunął więc jej nogi, wlazł między nie i wziął ją po raz drugi. Tyle przynajmniej potrafiła pojąć.

Nie miał już więcej wina ani sił, zebrał więc ubranie dziewczyny i cisnął je pod drzwi.

Pojęła aluzję i uciekła, zostawiając go samego w ciemności. Upiłem się jak świnia – pomyślał, zapadając coraz głębiej w materac. Nie odważył się zamknąć oczu z obawy, że zaśnie. Za zasłoną snów czekały na niego Smutki. Kamienne schody wiodły bez końca w górę, strome, śliskie i zdradzieckie, a gdzieś na szczycie czekał Zawoalowany Lord. Nie chcę się z nim spotkać. Tyrion wciągnął ubranie i wymacał drogę ku wyjściu. Gryf obedrze mnie żywcem ze skóry. Czemu nie miałby tego zrobić? Jeśli jakiś karzeł kiedykolwiek zasłużył na taką karę, to z pewnością ja.

W połowie schodów stracił równowagę. Zdołał jakoś powstrzymać upadek rękami, przeradzając go w niezgrabny, głośny przewrót w bok. Kurwy siedzące na dole uniosły ze zdumieniem wzrok, gdy wylądował u podstawy schodów. Przetoczył się na nogi i ukłonił uprzejmie.

– Po pijanemu jestem zręczniejszy. – Spojrzał na właściciela. – Obawiam się, że zniszczyłem twój dywan. Dziewczyna nie jest niczemu winna. Pozwól, że zapłacę.

Wydobył garść monet i rzucił je mężczyźnie.

– Krasnalu – dobiegł zza jego pleców niski głos.

W kącie pomieszczenia siedział mężczyzna skryty w plamie cienia. Na jego kolanach wierciła się kurwa. Nie widziałem tej dziewczyny. Gdybym ją zauważył, zabrałbym ją na górę zamiast piegowatej. Była młodsza od koleżanek, szczupła i ładna, miała długie srebrne włosy. Na pierwszy rzut oka wyglądała na Lysenkę. Ale mężczyzna, którego kolana zajmowała, pochodził z Siedmiu Królestw. Był muskularny i barczysty, miał co najmniej czterdziestkę, może nawet więcej. Połowę jego głowy zajmowała łysina, ale policzki po podbródek porastała szorstka szczecina, a ręce gęste włosy, sterczące nawet spomiędzy kostek dłoni.

Tyrionowi nie przypadł do gustu wygląd mężczyzny. Jeszcze mniej podobał mu się wielki czarny niedźwiedź naszyty na jego opończę. Wełna. Nosi wełniany strój w tym upale. Któż oprócz rycerza mógłby być tak kurewsko szalony?

Zmusił się, by mu odpowiedzieć.

– Miło jest usłyszeć język powszechny tak daleko do domu, ale obawiam się, że bierzesz mnie za kogoś innego. Nazywam się Hugor Hill. Mogę ci postawić kielich wina, przyjacielu?

– Dość już wypiłem. – Rycerz odepchnął kurwę na bok i wstał. Pas wisiał na kołku obok niego. Zdjął go i wyciągnął miecz. Stal potarła z sykiem o pochwę. Kurwy gapiły się na to zafascynowane, w ich oczach odbijało się światło świec. Właściciel zniknął. – Mam cię, Hugorze.

Tyrion nie miał szans przed nim uciec ani zwyciężyć go w walce. Był pijany i nie mógł nawet go przechytrzyć. Rozpostarł dłonie.

– A co zamierzasz ze mną zrobić?

– Oddać cię królowej – odparł rycerz.

DAENERYS

Galazza Galare przybyła do Wielkiej Piramidy w towarzystwie dwunastu Białych Gracji, szlachetnie urodzonych dziewcząt, które były jeszcze za młode, by mogły odbyć roczną służbę w świątynnym ogrodzie rozkoszy. Wyglądało to pięknie – dumna starsza kobieta w zieleni otoczona przez dziewczynki w białych szatach i woalkach, skryte za zbroją niewinności.

Królowa przywitała je ciepło, a potem wezwała Missandei, każąc jej, by dała dziewczynkom coś dojedzenia i dostarczyła im jakiejś rozrywki, podczas gdy ona zje kolację w cztery oczy z Zieloną Gracją.

Kucharze przygotowali wspaniały posiłek: jagnię w miodzie pachnące tłuczoną miętą, podane z małymi zielonymi figami, które tak bardzo lubiła Dany. Kolację przyniosło dwoje jej ulubionych zakładników – dziewczynka o oczach łani zwana Qezzą oraz chudy chłopiec imieniem Grazhar. Oni również napełniali kielichy. Byli rodzeństwem, a także kuzynami Zielonej Gracji, która przywitała ich pocałunkami, gdy wpadli do środka, i zapytała, czy byli grzeczni.

Dany zapewniła, że to słodkie dzieci.

– Qezza czasami mi śpiewa. Ma piękny głos. A ser Barristan uczy Grazhara i innych chłopców umiejętności zachodnich rycerzy.