Выбрать главу

Za dużo sobie pozwalasz, kapłanko – pomyślała królowa, przełknęła jednak gniew i uśmiechnęła się.

– Czemu by nie? – Wysłała po ser Barristana i kazała mu przyprowadzić Hizdahra. –

Droga jest długa. Niech Nieskalani pomogą mu wejść na górę.

Gdy szlachcic wreszcie wspiął się na szczyt, Zielona Gracja skończyła już jeść.

– Pójdę już, jeśli Wasza Wspaniałość pozwoli. Nie wątpię, że macie ze szlachetnym Hizdahrem wicie spraw do omówienia. – Stara kapłanka otarła z ust miód, pocałowała na pożegnanie Qezzę i Grazhara w czoła, a potem zasłoniła twarz jedwabnym welonem.

– Wrócę do Świątyni Gracji i będę prosiła bogów, by wskazali mojej królowej drogę mądrości.

Po jej wyjściu Dany kazała Qezzie znowu napełnić swój kielich, a potem odesłała dzieci i poleciła przyprowadzić Hizdahra zo Loraqa przed swe oblicze. A jeśli ośmieli się wspomnieć choć słowem o swych ukochanych arenach, mogę kazać zrzucić go z tarasu.

Hizdahr wdział prostą zieloną szatę, a na nią kamizelkę z podszewką. Gdy wszedł do środka, pokłonił się nisko z powagą na twarzy.

– Nie masz dla mnie uśmiechu? – zapytała Dany. – Czy jestem aż tak przerażająca?

– W obliczu takiego piękna zawsze ogarnia mnie poważny nastrój.

To był dobry początek.

– Napij się ze mną. – Dany sama mu nalała. – Wiesz, po co cię wezwałam. Zielona Gracja zdaje się sądzić, że jeśli wezmę cię za męża, wszystkie moje zgryzoty znikną.

– Nigdy bym sobie nie pozwolił na tak śmiałe zapewnienia. Ludzie rodzą się po to, by walczyć i cierpieć. Nasze zgryzoty znikają dopiero w chwili śmierci. Potrafię jednak ci pomóc. Mam złoto, przyjaciół i wpływy, a w moich żyłach płynie krew Starego Ghis.

Choć nigdy nie miałem żony, spłodziłem dwoje naturalnych dzieci, chłopca i dziewczynkę, jestem więc w stanie dać ci dziedziców. Mogę też sprawić, że miasto pogodzi się z twoimi rządami i położyć kres conocnej rzezi na ulicach.

– Naprawdę? – Dany spojrzała mu w oczy. – Dlaczego Synowie Harpii mieliby odłożyć dla ciebie noże? Czy jesteś jednym z nich?

– Nie.

– A czy powiedziałbyś mi, gdybyś był?

Roześmiał się.

– Nie.

– Golony Łeb zna sposoby na dojście do prawdy.

– Nie wątpię, że Skahaz potrafiłby mnie skłonić do przyznania się do winy. Jeden dzień spędzony z nim, a byłbym Synem Harpii. Dwa dni, a byłbym Harpią. Trzy dni, a okazałoby się, że zabiłem twojego ojca w Królestwach Zachodzącego Słońca, choć byłem jeszcze małym chłopcem. Potem mógłby wbić mnie na pal, a ty patrzyłabyś, jak konam, ale zabójstwa trwałyby nadal. – Hizdahr pochylił się ku niej. – Albo możesz za mnie wyjść i pozwolić, bym spróbował je powstrzymać.

– Dlaczego miałbyś mi pomagać? Dla korony?

– Nie przeczę, że byłoby mi w niej do twarzy. Chodzi jednak o coś więcej. Czy to takie dziwne, że pragnę obronić swój lud, jak ty bronisz swych wyzwoleńców? Meereen nie przetrwa kolejnej wojny, Wasza Promienność.

To była dobra, uczciwa odpowiedź.

– Nigdy nie chciałam wojny. Raz już pokonałam Yunkai’i i oszczędziłam ich miasto, choć mogłam je złupić. Odmówiłam poparcia królowi Cleonowi, gdy pomaszerował przeciwko nim. Nawet teraz, gdy Astapor jest oblężony, powstrzymuję swą dłoń. A Qarth... nigdy nie wyrządziłam Qartheńczykom żadnej krzywdy.

– Nie celowo, to prawda, ale Qarth to miasto kupców, a oni kochają brzęk srebrnych monet i blask żółtego złota. Gdy zniszczyłaś handel niewolnikami, ten cios odczuto od Westeros aż po Asshai. Qarth potrzebuje niewolników, podobnie jak Tolos, Nowe Ghis, Lys, Tyrosh, Volantis... lista jest długa, moja królowo.

– Niech przychodzą. Przekonają się, że jestem twardszym wrogiem niż Cleon. Wolę zginąć w walce niż pozwolić, by moim dzieciom znowu założono łańcuchy.

– Może być inne wyjście. Jestem przekonany, że da się przekonać Yunkai’i, by pozwolili wszystkim twoim wyzwoleńcom zachować wolność, jeśli Wasza Dostojność pozwoli, by Żółte Miasto od dziś bez przeszkód handlowało niewolnikami. Przelew krwi można powstrzymać.

– Pod warunkiem że zapomnimy o krwi niewolników, których będą szkolić i sprzedawać – odparła Dany. Zdawała sobie jednak sprawę, że jego słowa są prawdą.

Możliwe, że to najlepsze wyjście, na jakie możemy liczyć. – Nie powiedziałeś, że mnie kochasz.

– Zrobię to, jeśli w ten sposób ucieszę Waszą Promienność.

– Nie tak przemawia zakochany mężczyzna.

– A cóż to jest miłość? Pożądanie? Nikt, kto ma kompletne męskie części, nie mógłby cię nie pragnąć, Daenerys. Ale nie z tego powodu chcę cię poślubić. Przed twoim nadejściem Meereen umierało. Władali nami starcy o zwiędłych kutasach i staruchy, których skurczone pizdy były suche jak pieprz. Siedzieli na szczytach swych piramid, popijając morelowe wino i ględząc o chwale Starego Imperium, a stulecia mijały i nawet same cegły, z których zbudowano miasto, rozsypywały się w proch. Tradycja i ostrożność trzymały nas w żelaznym uścisku, dopóki nie obudziłaś nas ogniem i krwią. Nadeszły nowe czasy i możliwe są nowe rzeczy. Wyjdź za mnie.

Wcale nie jest taki brzydki – powiedziała sobie Dany. I przemawia jak król.

– Pocałuj mnie – rozkazała.

Raz jeszcze ujął jej dłoń i pocałował palce.

– Nie tak. Pocałuj mnie, jakbym była twoją żoną.

Hizdahr ujął ją czule za barki, jakby była pisklęciem. Potem się pochylił i przycisnął usta do jej ust. Pocałunek był lekki, suchy i szybki. Dany nic nie poczuła.

– Czy... mam to zrobić jeszcze raz? – zapytał, gdy już było po wszystkim.

– Nie. – Gdy moczyła nogi w basenie na tarasie, rybki próbowały je skubać. Nawet one całowały z większym ferworem niż Hizdahr zo Loraq. – Nie kocham cię.

Wzruszył ramionami.

– To może przyjść z czasem. Nieraz tak się zdarzało.

Ale w naszym przypadku się nie zdarzy – pomyślała. Nie, dopóki Daario jest blisko. To jego pożądam, nie ciebie.

– Pewnego dnia zapragnę wrócić do Westeros, by odzyskać Siedem Królestw, które należały do mego ojca.

– Pewnego dnia wszyscy muszą umrzeć, ale z rozmyślań o śmierci nie ma żadnego pożytku. Wolę żyć dniem obecnym.

Dany splotła dłonie.

– Słowa to wiatr, nawet takie słowa, jak „miłość" i „pokój”. Więcej zaufania pokładam w czynach... w moich Siedmiu Królestwach rycerze podejmują się wykonania trudnych zadań, by dowieść, że są godni miłości panny, którą kochają. Przysięgają, że odnajdą magiczny miecz, skrzynię pełną złota albo ukradną koronę za smoczego skarbca.

Hizdahr uniósł brwi.

– Jedyne smoki, o których mi wiadomo, należą do ciebie, a o magiczne miecze jest jeszcze trudniej. Z chęcią dam ci pierścienie, korony i skrzynie złota, jeśli tego właśnie pragniesz.

– Pragnę pokoju. Zapewniasz, że pomożesz mi powstrzymać conocną rzeź na moich ulicach. A ja mówię, zrób to. Połóż kres tej wojnie cieni, panie. Oto zadanie dla ciebie.

Daj mi dziewięćdziesiąt dni i nocy bez choć jednego morderstwa, a uznam cię za godnego tronu. Potrafisz tego dokonać?

Hizdahr zrobił zamyśloną minę.

– Dziewięćdziesiąt dni i nocy bez trupa, a dziewięćdziesiątego pierwszego weźmiemy ślub?

– Być może – odparła Dany, obrzucając go zalotnym spojrzeniem. – Choć młode dziewczęta często bywają kapryśne. Mogę nadal pragnąć magicznego miecza.