Выбрать главу

– Jak sobie życzysz – odparła z niezadowoleniem.

Niech i tak będzie. Polubił Lemore, ale to nie znaczy, że potrzebował jej aprobaty.

Miała zapoznać księcia z doktrynami Wiary i wykonała to zadanie. Żadne modlitwy nie posadzą jednak chłopaka na Żelaznym Tronie. To było obowiązkiem Gryfa. Zawiódł już raz księcia Rhaegara. Jego syna nie zawiedzie, póki w jego ciele tli się życie.

Wygląd koni nie przypadł mu do gustu.

– Czy to były najlepsze, jakie mogłeś dostać? – poskarżył się Półmaesterowi.

– Tak – odparł Haldon z irytacją w głosie. – I lepiej nie pytaj, ile nas kosztowały. Na drugim brzegu są Dothrakowie i połowa ludności Volon Therys doszła do wniosku, że wolałaby się znaleźć gdzie indziej. Cena koni rośnie z dnia na dzień.

Szkoda, że sam nie poszedłem. Po Selhorys trudno mu było ufać Haldonowi tak, jak wcześniej. Pozwolił, by karzeł otumanił go swym zręcznym językiem. Pozwolił mu pójść do burdelu, a sam czekał na niego na placu jak głupek. Właściciel domu rozkoszy zapewniał, że małego człowieczka wyprowadzono pod groźbą miecza, ale Gryf nadal nie był pewien, czy w to wierzy. Krasnal był wystarczająco sprytny, by zaplanować własną ucieczkę. Pijany napastnik, o którym mówiły kurwy, mógł być opłaconym przez karła sługusem. To również moja wina. Od chwili, gdy karzeł własnym ciałem osłonił Aegona przed kamiennym człowiekiem, zapomniałem o ostrożności. Trzeba było poderżnąć mu gardło, gdy tylko go zobaczyłem.

– Powinny nam wystarczyć – skwitował. – Obóz leży tylko trzy mile na południe od miasta.

Na „Nieśmiałej Pannie” dotarliby tam szybciej, ale Gryf wolał, by Harry Strickland nie wiedział, gdzie przebywają on i książę. Nie cieszył się też na myśl o przejściu przez płycizny, by wdrapać się na błotnisty brzeg. Tak mógł przybyć najemnik z synem, ale nie wielki lord i jego książę.

Gdy chłopak wyszedł z kajuty w towarzystwie Lemore, Gryf obejrzał go uważnie od stóp do głów. Książę miał miecz i sztylet, czarne buty wyczyszczone na wysoki połysk i płaszcz tego samego koloru, podszyty krwawoczerwonym jedwabiem. Na tle świeżo umytych i ufarbowanych na głęboki, ciemnoniebieski kolor włosów jego oczy również wydawały się niebieskie. Na szyi nosił trzy wielkie rubiny o kwadratowym szlifie, zawieszone na łańcuchu z czarnego żelaza, dar od magistra Illyria. Czerwień i czerń.

Kolory smoka. Świetnie.

– Wyglądasz jak przystoi księciu – pochwalił chłopaka. – Ojciec byłby z ciebie dumny, gdyby mógł cię teraz zobaczyć.

Młody Gryf przeczesał włosy palcami.

– Mam już dość tej niebieskiej farby. Trzeba było ją zmyć.

– Już niedługo. – Gryf również się ucieszy, gdy będzie mógł wrócić do naturalnego koloru, choć jego rude ongiś włosy posiwiały. Poklepał chłopaka po ramieniu.

– Pójdziemy już? Czeka na ciebie twoja armia.

– Podoba mi się brzmienie tych słów. Moja armia. – Przez jego twarz przemknął uśmiech, ale zaraz zniknął, – Ale czy rzeczywiście jest moja? To najemnicy. Yollo ostrzegał, bym nikomu nie ufał.

– Jest w tym mądrość – przyznał Gryf. Sprawy mogłyby wyglądać inaczej, gdyby kompanią nadal dowodził Czarne Serce, ale Myles Toyne nie żył już od czterech lat, a Bezdomny Harry Strickland był człowiekiem zupełnie innego rodzaju. Tego jednak nie mógł powiedzieć chłopakowi. Karzeł zasiał już w jego młodej głowie wystarczająco wiele wątpliwości. – Nie każdy jest tym, kim się wydaje, a książę ma szczególnie wiele powodów do ostrożności... ale jeśli zawędrujesz tą drogą zbyt daleko, nieufność cię zatruje, uczyni skwaszonym i pełnym obaw. – Tak właśnie stało się z królem Aerysem.

Pod koniec nawet Rhaegar dostrzegał to wyraźnie. – Najlepiej jest wybrać pośrednią drogę. Zaczekaj, aż ludzie zasłużą na twe zaufanie wierną służbą... ale gdy już to się stanie, bądź hojny i wyrozumiały.

Chłopak skinął głową.

– Zapamiętam to sobie.

Dali księciu najlepszego z trzech koni, wielkiego siwego wałacha, tak jasnego, że był niemal biały. Gryf i Haldon pojechali na gorszych wierzchowcach. Prowadzący na południe trakt przez dobre pół mili biegł obok wysokich białych murów Volon Therys.

Potem zostawili miasto za sobą i podążyli wzdłuż krętej Rhoyne. Otaczały ich wierzbowe gaje i pola maku, a w pewnej chwili minęli wysoki drewniany wiatrak, którego obracające się skrzydła poskrzypywały jak stare kości.

Gdy znaleźli obozującą nad rzeką Złotą Kompanię, słońce opadało już ku zachodowi.

Obóz wzbudziłby aprobatę samego Arthura Dayne’a. Był funkcjonalny, dobrze zorganizowany i łatwy do obrony. Otoczono go głębokim wykopem, a na jego dnie ulokowano zaostrzone pale. Namioty stały w równych szeregach, a aleje między nimi były szerokie. Latryny umieszczono nad rzeką, by nieczystości odpływały z prądem, konie zaś przywiązano na północy. Za nimi, na brzegu rzeki, pasło się ponad dwadzieścia słoni, wyrywających trzcinę trąbami. Gryf z zadowoleniem ujrzał wielkie szare bestie. W całym Westeros nie znajdzie się rumaka, który im się oprze.

Na wyniosłych drągach zatkniętych wokół obozu powiewały wielkie sztandary bojowe ze złotogłowiu. Zakuci w zbroje, uzbrojeni we włócznie i kusze wartownicy krążyli między nimi, obserwując uważnie wszystkich, którzy się zbliżali. Gryf niepokoił się, że dyscyplina mogła osłabnąć pod dowództwem Harry’ego Stricklanda, który zawsze wolał budzić sympatię niż wymuszać posłuch, najwyraźniej jednak były to czcze obawy.

Przy wejściu Haldon powiedział coś sierżantowi straży. Wysłano gońca po kapitana, który po chwili się zjawił. Był równie brzydki, jak wtedy, gdy Gryf widział go ostatnio.

Brzuchaty, ociężały najemnik miał twarz poprzecinaną siatką starych blizn. Jego prawe ucho wyglądało na obgryzione przez psa, a lewego nie miał w ogóle.

– Ciebie zrobili kapitanem, Flowers? – zdumiał się Gryf. – Myślałem, że Złota Kompania ma swoje standardy.

– Jest jeszcze gorzej, ty dupku – odparł Franklyn Flowers. – Pasowali mnie na rycerza. – Uścisnął przedramię Gryfa, a potem przyciągnął go bliżej i objął w miażdżącym kości uścisku. – Wyglądasz okropnie, nawet jak na kogoś, kto nie żyje od dwunastu lat. Niebieskie włosy, tak? Kiedy Harry powiedział, że się zjawisz, o mało się nie zesrałem. Haldon, ty zimna pizdo, z twojego widoku też się cieszę. Wciąż nosisz w dupie sztywny kołek? – Spojrzał na Młodego Gryfa. – A to na pewno jest...

– Mój giermek. Chłopcze, to jest Franklyn Flowers.

Książę pozdrowił go skinieniem głowy.

– Flowers to bękarcie nazwisko. Pochodzisz z Reach.

– Tak jest. Moja matka była praczką w Cider Hall i jeden z synów jego lordowskiej mości ją zgwałcił. Uważam, że to czyni mnie czymś w rodzaju Fossowaya od zgniłego jabłka. – Flowers przepuścił ich przez bramę skinieniem dłoni. – Chodźcie ze mną.

Strickland zwołał wszystkich oficerów do swego namiotu. Narada wojenna. Cholerni Volanteńczycy potrząsają włóczniami i chcą poznać nasze intencje.

Ludzie ze Złotej Kompanii siedzieli pod namiotami, grając w kości, pijąc i oganiając się od much. Gryf zastanawiał się, ilu z nich go zna. Niewielu. Dwanaście lat to szmat czasu. Nawet mężczyzna, który mu towarzyszył, mógłby nie rozpoznać w gładko wygolonym najemniku Gryfie o ufarbowanych na niebiesko włosach i naznaczonej bruzdami twarzy wygnanego lorda Jona Conningtona o ognistorudej brodzie. Dla większości z nich Connington zapił się na śmierć w Lys po tym, jak wygnano go z kompanii za kradzież pieniędzy z wojennego kufra. Haniebne kłamstwo nadal mu ciążyło, ale Varys upierał się, że to konieczne.