To ostatnie skłoniło Quentyna do zastanowienia. Bał się Ładnej Meris. Pochodziła z Westeros, ale była wyższa od niego, miała tylko o kciuk mniej niż sześć stóp wzrostu.
Służyła w wolnych kompaniach od dwudziestu lat i nie pozostało w niej nic ładnego, czy to na zewnątrz, czy w środku.
Gerris ujął go za ramię.
– Zaczekaj. Najwyżej kilka dni, to wszystko. Przemierzyliśmy pół świata, okaż cierpliwość jeszcze przez kilka mil. Gdzieś na północ od Yunkai z pewnością nadarzy się szansa.
– Skoro tak mówisz – zgodził się Żaba z powątpiewaniem w głosie...
...ale choć raz bogowie wysłuchali ich próśb i szansa nadarzyła się znacznie wcześniej.
Dwa dni później Hugh Hungerford ściągnął wodze przy ich ognisku.
– Dornijczyku, wzywają cię do namiotu dowodzenia – oznajmił.
– O którym z nas mówisz? – zapytał Gerris. – Wszyscy jesteśmy Dornijczykami.
– W takim razie wszyscy tam idźcie.
Ponury, małomówny mężczyzna był przez pewien czas płatnikiem kompanii, ale Obdarty Książę przyłapał go na okradaniu kufrów i uciął mu trzy palce. Teraz Hungerford był tylko sierżantem.
O co może mu chodzić? Do tej pory Żaba nigdy nie zauważył, by dowódca zdawał sobie sprawę z jego istnienia. Hungerford zdążył już jednak odjechać, nie mogli więc go zapytać. Pozostało im jedynie odnaleźć Kolosa i stawić się na rozkaz.
– Nie przyznawajcie się do niczego i bądźcie gotowi do walki – rzekł przyjaciołom Quentyn.
– Ja zawsze jestem gotowy do walki – zapewnił Kolos.
Gdy Dornijczycy przybyli do wielkiego szarego namiotu z płótna żaglowego, który Obdarty Książę lubił zwać swym płóciennym zamkiem, było w nim już pełno ludzi.
Quentyn bardzo szybko się zorientował, że większość z obecnych pochodzi z Siedmiu Królestw albo może się pochwalić tym, że ma w żyłach westeroską krew. Wygnańcy albo synowie wygnańców. Dick Straw twierdził, że w kompanii jest około sześćdziesięciu Westerozjan. Co najmniej co trzeci z nich zjawił się w namiocie, w tym również sam Dick, Hugh Hungerford, Ładna Meris i złotowłosy Lewis Lanster, ich najlepszy łucznik.
Był tam też Denzo D’han w towarzystwie ogromnego Cagga. Ludzie zwali go teraz „Caggiem Trupobójcą”, ale nigdy prosto w oczy. Łatwo wpadał w gniew, a krzywy czarny oręż był równie groźny jak jego właściciel. Na świecie istniały setki valyriańskich mieczy, ale tylko garstka valyriańskich arakhów... Caggo i D’han nie pochodzili z Westeros, ale obaj byli kapitanami i Obdarty Książę cenił ich wysoko. Jego prawa i lewa ręka. Szykuje się coś ważnego.
Przemówił do nich sam dowódca.
– Nadeszły rozkazy od Yurkhaza – zaczął. – Najwyraźniej niedobitki Astaporczyków zaczęły wyłazić z dziur, w których się ukrywały. W Astaporze nie zostało nic poza trupami, więc wszyscy opuszczają miasto. Są ich setki, może tysiące, wszyscy wygłodzeni i chorzy. Yunkai’i nie chcą, żeby się zbliżali do ich Żółtego Miasta. Rozkazano nam ich doścignąć i zawrócić, zapędzić z powrotem do Astaporu albo na północ, do Meereen.
Jeśli smocza królowa zechce ich przyjąć, może sobie ich wziąć. Połowa ma krwawą dyzenterię, a nawet zdrowi to tylko kolejne gęby do wykarmienia.
– Yunkai jest bliżej niż Meereen – sprzeciwił się Hugh Hungerford. – Co jeśli nie zechcą zawrócić, panie?
– Po to właśnie macie miecze i kopie, Hugh. Chociaż bardziej przydadzą się wam łuki. Trzymajcie się z dala od tych, którzy wykazują objawy choroby. Połowę naszych sił wysyłam między wzgórza. Pięćdziesiąt patroli, każdy po dwudziestu jeźdźców.
Krwawobrodemu wydano takie same rozkazy, więc Koty również ruszają w pole.
Ludzie wymienili spojrzenia, kilku z nich wymamrotało coś pod nosem. Choć Plewy na Wietrze i Kompania Kota zawarły kontrakt z Yunkai, rok wcześniej na Spornych Ziemiach walczyły po przeciwnych stronach i wciąż utrzymywała się między nimi zła krew. Krwawobrody, okrutny dowódca Kotów, był straszliwym olbrzymem zawsze spragnionym rzezi i nie krył pogardy dla „siwych staruszków w łachmanach”.
Dick Straw odchrząknął.
– Wybacz, panie, ale wszyscy tu pochodzimy z Siedmiu Królestw. Nigdy dotąd nie dzieliłeś kompanii według krwi albo języka. Dlaczego wysyłasz nas razem?
– To celne pytanie. Macie pojechać na wschód, daleko między wzgórza, a potem ominąć szerokim łukiem Yunkai i ruszyć do Meereen. Gdybyście spotkali jakichś Astaporczyków, przepędźcie ich na północ albo zabijcie... ale pamiętajcie, że nie to jest celem waszej misji. Za Żółtym Miastem powinniście napotkać patrole smoczej królowej.
Drugich Synów albo Wrony Burzy. Wszystko jedno. Przyłączcie się do nich.
– Słucham? – obruszył się rycerz nieprawego pochodzenia, ser Orson Stone. –
Chcesz, żebyśmy zdradzili?
– Tak – potwierdził Obdarty Książę.
Quentyn Martell omal nie roześmiał się na głos. Bogowie są szaleni.
Ludzie z Westeros wiercili się nerwowo. Niektórzy zaglądali do swych kielichów, jakby mieli nadzieję znaleźć w nich jakąś mądrość. Hugh Hungerford zmarszczył brwi.
– Myślisz, że królowa Daenerys nas przyjmie?
– Tak.
– A jeśli nawet to zrobi, co dalej? Czy mamy być szpiegami? Skrytobójcami?
Posłami? Chcesz przejść na drugą stronę?
Caggo skrzywił się wściekle.
– Decyzja należy do księcia, Hungerford. Ty masz robić, co ci każą.
– Zawsze.
Hungerford uniósł dwupalcą dłoń.
– Bądźmy szczerzy – odezwał się Denzo D’han, bard-wojownik. – Wojska Yunkai’i nie budzą zaufania. Bez względu na wynik tej wojny, Plewy na Wietrze powinny mieć swój udział w łupach. Nasz książę postępuje rozsądnie, nie zamykając żadnej drogi.
– Dowództwo nad wami obejmie Meris – ciągnął Obdarty Książę. – Zna moje plany... i Daenerys Targaryen może być bardziej skłonna uwierzyć kobiecie.
Quentyn zerknął na Ładną Meris. Gdy skierowała na niego zimne, trupie spojrzenie, przeszył go dreszcz. To mi się nie podoba.
Dick Straw również miał wątpliwości.
– Dziewczyna musiałaby być głupia, żeby nam zaufać. Nawet Meris. Zwłaszcza jej.
Do licha, nawet ja nie ufam Meris, a pierdoliłem się z nią kilka razy.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale nikt się nie roześmiał. Zwłaszcza Ładna Meris.
– Sądzę, że się mylisz, Dick – odparł Obdarty Książę. – Wszyscy jesteście ludźmi z Westeros. Przyjaciółmi z jej ojczyzny. Mówicie jej językiem. Jeśli zaś chodzi o motywy, wszyscy ucierpieliście z moich rąk. Dick, poddawałem cię chłoście najczęściej ze wszystkich ludzi w kompanii i twoje plecy tego dowodzą. Hugh moja dyscyplina kosztowała trzy palce. Meris została zgwałcona przez połowę kompanii. Co prawda, nie tej kompanii, ale o tym nie musimy wspominać. Willu z Lasu, no cóż, ty jesteś po prostu podły. Ser Orson ma do mnie żal o to, że wysłałem jego brata do Smutków, a ser Lucifer nadal jest wściekły z powodu tej niewolnicy, którą zabrał mu Caggo.
– Mógł mi ją oddać, kiedy już zrobił swoje – poskarżył się Lucifer Long. – Nie miał powodu jej zabijać.
– Była brzydka – odparł Caggo. – To wystarczy.
– Webber, ty pragniesz odzyskać porzucone w Westeros włości – ciągnął spokojnie Obdarty Książę, jakby nikt się nie odezwał. – Lanster, zabiłem tego chłopaka, którego tak bardzo lubiłeś. Trzej Dornijczycy, uważacie, że was okłamaliśmy. Łupy z Astaporu były znacznie uboższe niż wam obiecano w Volantis, a w dodatku lwią część zagarnąłem dla siebie.