– Byłem lordem prawem dziedzictwa. Nie pragnę pozbawionych znaczenia tytułów.
– Nic więcej nie otrzymasz od mojej słodkiej siostry.
– A ja słyszałem, że Lannister zawsze płaci swe długi.
– Och, co do grosika... ale ani miedziaka więcej, panie. Dostaniesz obiecany posiłek, ale nie będzie przyprawiony wdzięcznością i w ostatecznym rozrachunku nie nasycisz się nim zbytnio.
– A może pragnę tylko, byś zapłacił za swe zbrodnie? Zabójca krewnych jest przeklęty w oczach bogów i ludzi.
– Bogowie są ślepi. A ludzie widzą tylko to, co chcą zobaczyć.
– Widzę cię całkiem wyraźnie, Krasnalu – w głosie rycerza zabrzmiał mroczny ton. –
Sam popełniłem uczynki, z których nie jestem dumny, zhańbiłem swój ród i imię ojca... ale zabić własnego rodzica? Jak człowiek może zrobić coś takiego?
– Daj mi kuszę i ściągnij portki, to ci pokażę. Z przyjemnością.
– Myślisz, że to żart?
– Myślę, że całe życie to żart. Twoje, moje i wszystkich.
Zostawiwszy za sobą miejskie mury, mijali domy cechowe, targowiska i łaźnie.
Fontanny szumiały śpiewnie pośrodku szerokich placów, na których mężczyźni siedzieli za kamiennymi stołami, przesuwając figury na planszach do gry w cyvasse i popijając wino z wąskich, wysokich kieliszków ze szkła, a niewolnicy zapalali zdobne lampy, by odegnać ciemność. Przy brukowanych ulicach rosły palmy i cedry, a na każdym skrzyżowaniu ulic stały pomniki. Karzeł zauważył, że wielu z nich brakuje głów.
Niemniej nawet bez nich wyglądały imponująco w fioletowym półmroku.
W miarę jak rumak wlókł się na południe wzdłuż rzeki, sklepy stawały się coraz mniejsze. Drzewa zmieniły się w uschnięte pniaki, a bruk pod kopytami konia ustąpił miejsca diabelskiej trawie, a potem miękkiemu błotu o barwie kału niemowlęcia. Mostki nad wąskimi strumykami wpadającymi do Rhoyne skrzypiały niepokojąco pod ich ciężarem. Tam, gdzie kiedyś wznosił się nadrzeczny fort, została teraz tylko zniszczona brama, rozwarta szeroko niczym bezzębne usta starca. Można było zauważyć pasące się na wałach kozy.
Stare Volantis, pierwsza córa Valyrii – pomyślał karzeł. Dumne Volantis, królowa Rhoyne i pani Letniego Morza, ojczyzna szlachetnych lordów i pięknych dam najstarożytniejszej krwi. Mniejsza o stada nagich dzieci, które krążyły po zaułkach, wrzeszcząc przenikliwie, o zbirów stojących w drzwiach winiarni z dłońmi na rękojeściach mieczy i o niewolników z ich przygiętymi plecami i naznaczonymi tatuażami twarzami, kręcących się wszędzie jak karaluchy. Potężne Volantis, najwspanialsze i najludniejsze z Dziewięciu Wolnych Miast. Dawne wojny wyludniły jednak znaczną część miasta i wiele jego dzielnic zapadało się z powrotem w błoto, na którym je wzniesiono. Piękne Volantis, miasto fontann i kwiatów. Ale połowa fontann już wyschła, a ich popękane baseny wypełniała stojąca woda. Z każdej szczeliny w murach albo chodnikach wyrastały kwitnące pnącza, a w murach porzuconych sklepów i pozbawionych dachu świątyń zakorzeniały się młode drzewka.
Był też smród. Unosił się w gorącym, parnym powietrzu, intensywny, dokuczliwy i wszechobecny. Wyczuwam w nim nutę ryb, kwiatów i trochę słoniowego łajna. Coś słodkiego, coś ziemistego, a także coś martwego i zgniłego.
– To miasto cuchnie jak stara kurwa – skwitował Tyrion. – Jak nierządnica o obwisłych cyckach, która zalewa swe części intymne perfumami, by stłumić bijący spomiędzy nóg smród. No wiesz, nie chodzi o to, że się skarżę. Z kurwami jest tak, że młode pachną znacznie ładniej, ale stare znają więcej sztuczek.
– Z pewnością wiesz na ten temat więcej ode mnie.
– Oczywiście. Ten burdel, w którym się spotkaliśmy, jak rozumiem, wziąłeś za sept.
Czy to może własną dziewiczą siostrę trzymałeś na kolanach?
Rycerz skrzywił się wściekle.
– Daj chwilę odpocząć temu swojemu językowi, bo inaczej zawiążę ci go na supeł.
Tyrion przełknął odpowiedź, która mu się nasunęła. Usta miał nadal spuchnięte po tym, jak ostatnio zbyt mocno sprowokował rycerza. Twarde pięści i brak poczucia humoru to niedobre małżeństwo. Tyle przynajmniej zdołał się nauczyć podczas drogi z Selhorys. Jego myśli powędrowały do ukrytych w bucie grzybów. Rycerz nie przeszukał go tak starannie, jakby należało. Zawsze zostaje mi ta droga ucieczki. Przynajmniej Cersei nie dostanie mnie żywcem.
Dalej na południe znowu pojawiły się oznaki dostatku. Rzadziej widzieli tu porzucone budynki, nagie dzieci zniknęły, a zbiry stojące w drzwiach były lepiej ubrane. Nieliczne z mijanych przez nich gospód naprawdę sprawiały wrażenie lokali, w których człowiek mógłby się zatrzymać na noc bez obawy, że poderżną mu gardło. Nadbrzeżną trasę oświetlały zawieszone na metalowych słupkach lampy kołyszące się na wietrze. Ulice były tu szersze, a budynki bardziej imponujące. Niektóre z nich wieńczyły wielkie kopuły z kolorowego szkła. Z nadejściem nocy zapalono pod nimi ogniska i kopuły świeciły niebieskim, czerwonym, zielonym albo fioletowym blaskiem.
Mimo to Tyrion nadal wyczuwał w powietrzu coś niepokojącego. Wiedział, że na zachód od Rhoyne zaczynają się nabrzeża Volantis, pełne marynarzy, niewolników i kupców, a także obsługujących ich winiarni, gospód i burdeli. Na wschód od rzeki cudzoziemców zza morza oglądało się rzadziej. Nie chcą nas tutaj – uświadomił sobie karzeł.
Gdy pierwszy raz minęli słonia, Tyrion nie mógł się powstrzymać przed gapieniem się na niego. Kiedy był małym chłopcem, w menażerii w Lannisporcie mieli słonicę, ale zwierzę padło, kiedy miał siedem lat... a ten szary gigant był chyba ze dwa razy większy.
Potem przez pewien czas jechali za mniejszym słoniem, białym jak stara kość.
Zwierzę ciągnęło zdobny wóz.
– Dlaczego nie zaprzęgają do nich wołów, jak u nas? – zapytał rycerza. Nie doczekawszy się odpowiedzi, umilkł, pogrążając się w kontemplacji tłustego zadu idącego przed nimi karłowatego białego słonia.
W Volantis wręcz się roiło od tych zwierząt. Po drodze do Czarnego Muru i zatłoczonych dzielnic leżących blisko Długiego Mostu spotkali ich dwanaście. Wielkie szare słonie noszące na grzbiecie wieże również nie były rzadkością. Z zapadnięciem zmroku na ulice wyjechały wozy zbieraczy nawozu. Szły za nimi grupy półnagich niewolników, których zadaniem było ładowanie na wozy stert parujących odchodów pozostałych po słoniach, dużych i małych. Za wozami podążały roje much. Dlatego niewolnikom wytatuowano na policzkach te owady, żeby wszyscy widzieli, kim są. To najlepsze zajęcie dla mojej słodkiej siostry – pomyślał Tyrion. Ślicznie by wyglądała z łopatką i muchami wytatuowanymi na tych słodkich różowych policzkach.
Zwolnili do żółwiego tempa. Na nadrzecznej drodze panował intensywny ruch.
Prawie wszyscy kierowali się na południe i rycerz dał się nieść nurtowi jak kłoda spływająca z prądem. Tyrion przyglądał się tłumom. Dziewięć osób na dziesięć nosiło na policzkach niewolnicze tatuaże.
– Tylu tu niewolników... dokąd wszyscy idą?
– O zachodzie słońca czerwoni kapłani zapalają swoje ogniska. Wielki kapłan przemówi do ludu. Ominąłbym to, gdybym mógł, ale żeby dotrzeć do Długiego Mostu, musimy przejść obok czerwonej świątyni.
Trzy przecznice dalej ulica wyszła na ogromny, oświetlony blaskiem pochodni plac.
Wtedy Tyrion ją ujrzał. Siedmiu, miejcie mnie w swojej opiece. Jest chyba ze trzy razy większa niż Wielki Sept Baelora. Gigantyczne skupisko kolumn, schodów, przypór, mostów, kopuł i wież – przechodzących gładko w siebie, jakby wszystkie wykuto z jednej ogromnej skały – jakim była Świątynia Pana Światła, majaczyło przed nim niczym Wielkie Wzgórze Aegona. W jej murach łączyło się i mieszało ze sobą sto odcieni czerwieni, żółci, złota i oranżu, przechodzących w siebie nawzajem jak chmury o zachodzie słońca. Smukłe, powykręcane wieże wyciągały się ku niebu na podobieństwo zamarzniętych płomieni. Ogień obrócony w kamień. Obok świątynnych schodów zapalono ogromne nocne ogniska. Między nimi zaczął przemawiać wielki kapłan.