Benerro. Mężczyzna stał na szczycie czerwonej kolumny, połączonej wąskim kamiennym mostkiem z wyniosłym tarasem, na którym stali niżsi rangą kapłani oraz akolici. Ci ostatni mieli szaty jasnożółte albo jaskrawopomarańczowe, a kapłani i kapłanki czerwone.
Potężny tłum niemal całkowicie wypełniał ogromny plac. Bardzo wielu wyznawców przypięło sobie do rękawów albo owiązało wokół czół skrawki czerwonego materiału.
Wszyscy poza nimi dwoma spoglądali na czerwonego kapłana.
– Z drogi – warczał rycerz, gdy koń przedzierał się przez tłum. – Zróbcie przejście.
Volanteńczycy usuwali się z niechęcią z drogi, mrucząc coś pod nosem i łypiąc ze złością.
Wysoki głos Benerra niósł się daleko. Rosły, chudy kapłan miał wymizerowaną twarz i cerę białą jak mleko. Na jego policzkach, podbródku i wygolonej głowie wytatuowano płomienie tworzące jaskrawoczerwoną maskę, mającą szczeliny na oczy i owijającą się wokół bezwargich ust.
– Czy to niewolnicze tatuaże? – zapytał Tyrion.
Rycerz skinął głową.
– Czerwona Świątynia kupuje dzieci i robi z nich kapłanów, świątynne prostytutki albo wojowników. Spójrz tam. – Wskazał na schody. Przed głównym wejściem stał szereg mężczyzn w zdobnych zbrojach i pomarańczowych płaszczach. Wszyscy trzymali w rękach włócznie o grotach przypominających wijące się płomienie. – Ognista Dłoń.
Święci żołnierze Pana Światła, obrońcy świątyni.
Rycerze ognia.
– A ileż palców ma ta dłoń?
– Tysiąc. Nigdy więcej i nigdy mniej. Gdy jeden płomień zgaśnie, zapala się nowy.
Benerro wskazał palcem na księżyc, zacisnął pięść, a potem rozpostarł szeroko dłonie. Gdy jego głos wzniósł się crescendem, z palców z nagłym szumem trysnęły płomienie. Cały tłum westchnął. Kapłan potrafił też rysować w powietrzu ogniste litery.
Valyriańskie hieroglify. Tyrion rozpoznał może dwa z dziesięciu. Jeden oznaczał „zagładę”, a drugi „ciemność”.
Z tłumu dobiegły krzyki. Kobiety płakały, a mężczyźni potrząsali pięściami. Mam złe przeczucia. Karzeł przypomniał sobie dzień, gdy Myrcella odpłynęła do Dorne, i zamieszki, które wybuchły, kiedy wracali do Czerwonej Twierdzy.
Tyrion pamiętał, że Haldon Półmaester wspominał, iż czerwony kapłan może się okazać użyteczny dla Młodego Gryfa. Teraz, gdy już ujrzał i usłyszał Benerra, doszedł do wniosku, że to byłby bardzo zły pomysł. Miał nadzieję, że Gryf okaże się na to zbyt rozsądny. Niektórzy sojusznicy są groźniejsi od wrogów. Ale lord Connington będzie musiał sam rozstrzygnąć ten problem. Ja zapewne będę już wtedy głową zatkniętą na pal. Kapłan wskazywał na Czarny Mur widoczny za świątynią. Na jego szczycie stała garstka uzbrojonych strażników, spoglądających z góry na tłum.
– Co on mówi? – zapytał rycerza karzeł.
– Że Daenerys grozi niebezpieczeństwo. Skierowało się na nią czarne oko, a słudzy nocy planują ją zniszczyć, modlą się do fałszywych bogów w świątyniach oszustwa... knują zdradę z bezbożnymi cudzoziemcami.
Włoski na karku Tyriona zjeżyły się nagle. Książę Aegon nie znajdzie tu przyjaciela.
Czerwony kapłan mówił o starożytnym proroctwie, zapowiadającym nadejście bohatera, który uratuje świat przed ciemnością. Jednego bohatera. Nie dwojga. Daenerys ma smoki, a Aegon nie. Karzeł nie musiał być prorokiem, by odgadnąć, jak Benerro i jego zwolennicy mogą zareagować na drugiego Targaryena. Gryf z pewnością również to zrozumie – pomyślał Tyrion, dziwiąc się, że tak bardzo go to obchodzi.
Rycerz przedarł się już przez większość wypełniającego plac tłumu, ignorując przekleństwa, jakimi ich obrzucano. Jakiś człowiek próbował zagrodzić im drogę, ale porywacz Tyriona złapał za rękojeść miecza i wyciągnął go częściowo z pochwy, odsłaniając stopę nagiej stali. Mężczyzna uciekł. W tej samej chwili odsłonił się przed nimi zaułek. Rycerz skłonił wierzchowca do kłusu i wreszcie wydostali się z ciżby. Karzeł jeszcze przez chwilę słyszał z tyłu cichnący głos Benerra i nagłe jak uderzenia gromu ryki prowokowane przez jego słowa.
Dotarli do stajni. Rycerz zsunął się z siodła i walił w drzwi tak długo, aż wreszcie przybiegł wynędzniały niewolnik z końską głową wytatuowaną na policzku. Karła ściągnięto brutalnie z końskiego grzbietu i przywiązano do słupa, podczas gdy porywacz obudził właściciela stajni i zaczął się targować o cenę rumaka i siodła. Taniej wychodzi sprzedać konia, niż transportować go na koniec świata. Tyrion miał przeczucie, że w jego bliskiej przyszłości znajduje się statek. Być może jednak był prorokiem.
Gdy targi dobiegły końca, rycerz przerzucił sobie broń, tarczę i siodło przez ramię, a potem zapytał, jak trafić do najbliższej kuźni. Ta również okazała się zamknięta, ale na krzyk mężczyzny szybko ją otwarto. Kowal przyjrzał się uważnie Tyrionowi, a potem skinął głową i przyjął garść monet.
– Chodź tu – rozkazał jeńcowi rycerz. Wyciągnął sztylet i przeciął mu więzy.
– Dziękuję – rzekł karzeł i potarł nadgarstki, ale rycerz roześmiał się tylko. –
Zachowaj swą wdzięczność dla kogoś, kto na nią zasługuje, Krasnalu. Nie spodoba ci się to, co cię teraz czeka.
Nie mylił się.
Okowy wykonano z czarnej blachy stalowej, grubej i ciężkiej. Ważyły po dobre dwa funty, jeśli karzeł potrafił to ocenić. Ich ciężar dodatkowo zwiększały łańcuchy.
– Chyba jestem straszliwszy, niż mi się zdawało – wyznał Tyrion, gdy kowal skuł ostatnie ogniwo. Każde uderzenie młota wstrząsało jego kończyną aż po bark. – A może bałeś się, że ci umknę na tych króciutkich nóżkach?
Kowal nawet na moment nie oderwał spojrzenia od pracy, ale rycerz zachichotał złowieszczo.
– To twojej gęby się boję, nie nóg. Kiedy nosisz okowy, jesteś niewolnikiem. Nikt nie wysłucha ani jednego twojego słowa, nawet ci, którzy znają język Westeros.
– To nie jest konieczne – zaprotestował Tyrion. – Będę grzecznym małym jeńcem, daję słowo.
– Udowodnij to i zamknij się.
Tyrion pochylił głowę i przygryzł język, czekając, aż łańcuchy będą gotowe. Kowal połączył nadgarstek z nadgarstkiem, nadgarstek z kostką i kostkę z nadgarstkiem. Te cholerstwa ważą w sumie więcej ode mnie. Ale przynajmniej nadal oddychał. Porywacz równie dobrze mógłby uciąć mu głowę. W końcu tylko jej żądała Cersei. Rycerz tego nie zrobił i to był jego pierwszy błąd. Volantis od Królewskiej Przystani dzieli pół świata i po drodze może się wydarzyć bardzo wiele, ser.
Resztę drogi pokonali na piechotę. Tyrion pobrzękiwał okowami, usiłując nadążyć za długimi, niecierpliwymi krokami porywacza. Gdy tylko został trochę z tyłu, rycerz łapał za łańcuchy i ciągnął je mocno, aż karzeł leciał do przodu, potykając się i podskakując.
Mogłoby być gorzej. Mógłby poganiać mnie biczem.