– Co z sześcioma pozostałymi?
– Nie widziałam ich.
– A spróbujesz ich zobaczyć?
– Oczywiście, panie.
– Przyleciał kruk z Wieży Cieni, od ser Denysa Mallistera – poinformował ją Jon Snow. – Jego ludzie widzieli ogniska płonące w górach po drugiej stronie Rozpadliny.
Ser Denys jest przekonany, że zbierają się tam dzicy. Sądzi, że znowu spróbują się przedostać przez Most Czaszek.
– Niektórzy mogą tak zrobić. – Czy czaszki w jej wizji mogły oznaczać ów most? Z jakiegoś powodu Melisandre w to wątpiła. – Ale ten atak, jeśli nadejdzie, będzie jedynie zmyłką. Widziałam wieże nad morzem, zalane przez czarną, krwawą falę. Tam właśnie padnie najpotężniejszy cios.
– Wschodnia Strażnica?
Czy to była ona? Widziała Wschodnią Strażnicę, gdy przypłynęli tam z królem Stannisem. Tam właśnie Jego Miłość zostawił królową Selyse i ich córkę Shireen, gdy zebrał rycerzy, by pomaszerować do Czarnego Zamku. Wieże w jej ogniu wyglądały inaczej, ale z wizjami często tak bywało.
– Tak. Wschodnia Strażnica, panie.
– Kiedy?
Rozpostarła dłonie.
– Jutro. W następnym cyklu księżyca. Za rok. Niewykluczone też, że jeśli zaczniesz działać, zdołasz odwrócić to, co widziałam.
W przeciwnym razie jaki byłby pożytek z wizji?
– W porządku – odrzekł Snow.
Gdy wyszli spod Muru, liczba zgromadzonych przy bramie wron wzrosła do czterdziestu. Mężczyźni otoczyli ich ciasnym kręgiem. Melisandre znała niektórych z imienia: kucharz Trzypalcy Hobb, Mully o przetłuszczonych pomarańczowych włosach, słaby na umyśle chłopak zwany Owenem Przygłupem, zapijaczony septon Cellador.
– Czy to prawda, wasza lordowska mość? – zapytał Trzypalcy Hobb.
– Kto to był? – chciał się dowiedzieć Owen Przygłup. – Nie Dywen, prawda?
– Ani nie Garth – dodał człowiek królowej, którego znała jako Alfa z Runnymudd, jeden z pierwszych, którzy zamienili siedmiu fałszywych bogów na prawdę R’hllora. –
On jest za sprytny dla dzikich.
– Ilu? – zapytał Mully.
– Trzech – odparł Jon. – Czarny Jack, Kudłaty Hal i Garth.
Alf z Runnymudd zawył tak głośno, że mógłby obudzić śpiących w Wieży Cieni.
– Połóż go do łóżka i daj mu trochę wina z korzeniami – polecił Trzypalcemu Hobbowi Jon.
– Lordzie Snow – rzekła cicho Melisandre. – Czy pójdziesz ze mną do Wieży Królewskiej? Mam ci coś jeszcze do przekazania.
Przyglądał się twarzy Melisandre przez dłuższą chwilę, nie spuszczając z niej swych szarych oczu. Zacisnął prawą dłoń, otworzył ją i znowu zacisnął.
– Jak sobie życzysz. Edd, zaprowadź Ducha do moich pokojów.
Melisandre uznała to za znak i odesłała również własnych strażników. Potem ruszyli przez dziedziniec, tylko we dwoje. Trzymała się tak blisko Jona Snow, jak tylko się odważyła, wystarczająco blisko, by czuć nieufność emanującą z niego niczym czarna mgła. Nie darzy mnie miłością i to nigdy się nie zmieni, ale mogę być dla niego użyteczna. Niech i tak będzie. Melisandre tańczyła ten sam taniec na początku swej znajomości ze Stannisem Baratheonem. W gruncie rzeczy, młody lord dowódca i jej król mieli ze sobą więcej wspólnego niż obaj chcieliby przyznać. Stannis był młodszym synem żyjącym w cieniu starszego brata, a Jona Snow, bękarta, zawsze przyćmiewał prawowicie urodzony brat, pokonany bohater zwany przez ludzi Młodym Wilkiem. Obaj mężczyźni byli z natury niedowiarkami, nieufnymi i podejrzliwymi. Jedyni bogowie, jakich naprawdę czcili, to honor i obowiązek.
– Nie pytałeś o siostrę – zauważyła Melisandre, gdy wchodzili na górę po krętych schodach Wieży Królewskiej.
– Już ci mówiłem, że nie mam siostry. Wyrzekamy się rodziny, gdy wypowiadamy słowa. Nic mogę pomóc Aryi, choć bardzo...
Przerwał, gdy weszli do komnat Melisandre. Dziki siedział za jej stołem, rozsmarowując sztyletem masło na oderwanym kawale ciepłego razowego chleba. Z zadowoleniem zauważyła, że wdział zbroję z kości. Rozbita czaszka olbrzyma służąca mu za hełm leżała na ławeczce w oknie wykuszowym za jego plecami.
– To ty – rzekł wyraźnie podenerwowany Jon Snow.
– Witaj, lordzie Snow.
Dziki uśmiechnął się do nich, odsłaniając brązowe, połamane zęby. Rubin na jego nadgarstku lśnił w blasku poranka jak słaba czerwona gwiazda.
– Co tu robisz?
– Jem śniadanie. Chętnie się z tobą podzielę.
– Nie będę jadł z tobą chleba.
– Twoja strata. Bochen jest jeszcze ciepły. Hobb z tym przynajmniej sobie radzi. –
Dziki oderwał sobie kęs. – Ciebie mógłbym odwiedzić z równą łatwością, wasza lordowska mość. Ci strażnicy pod twymi drzwiami to kiepski żart. Człowiek, który pięćdziesiąt razy wspinał się na Mur, bez trudu zdoła wejść przez okno. Ale co by to dało, gdybym cię zabił? Wrony po prostu wybrałyby kogoś gorszego. – Przełknął kęs chleba. –
Słyszałem o twoich zwiadowcach. Trzeba było wysłać mnie z nimi.
– Żebyś mógł zdradzić ich Płaczce?
– A więc mówimy teraz o zdradach? Jak się nazywała ta twoja dzika żona, Snow?
Ygritte, tak? – Dziki spojrzał na Melisandre. – Będę potrzebował koni. Sześciu dobrych.
Czegoś takiego nie zdołam dokonać sam. Niektóre z włóczniczek zamkniętych w Mole’s Town powinny być w sam raz. Kobiety najlepiej się do tego nadają. Dziewczyna łatwiej im zaufa, a do tego pomogą mi zrealizować plan, który mi się nasunął.
– O czym on mówi? – zapytał kapłankę lord Snow.
– O twojej siostrze. – Melisandre położyła dłoń na jego ramieniu. – Ty nie możesz jej pomóc, ale on tak.
Snow wyszarpnął się jej.
– Nie sądzę. Nie znasz tej kreatury. Grzechocząca Koszula mógłby myć ręce sto razy dziennie, a i tak nie zdołałby wypłukać krwi, którą ma pod paznokciami. Prędzej zgwałci i zamorduje Aryę, niż jej pomoże. Nie. Jeśli to zobaczyłaś w ogniach, pani, na pewno masz popiół w oczach. Jeśli spróbuje opuścić Czarny Zamek bez mojego pozwolenia, sam zetnę mu głowę.
Nie pozostawia mi wyboru. Niech i tak będzie.
– Devanie, zostaw nas – rozkazała.
Giermek wymknął się na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.
Melisandre dotknęła rubinu, który miała pod szyją, i wypowiedziała słowo. Jego dźwięk odbił się dziwnym echem od kątów pokoju, wijąc się niczym robak w jej uszach.
Dziki usłyszał jedno słowo, a wrona inne, ale żadne z nich nie było tym, które wyszło z jej ust. Rubin na nadgarstku dzikiego pociemniał, a spowijające mężczyznę kosmyki światła i cienia zamigotały, po czym wyblakły.
Kości pozostały na miejscu; grzechoczące o siebie żebra, pazury i zęby wiszące na ramionach i barkach, a także wielki pożółkły obojczyk na ramionach. Rozbita czaszka olbrzyma nie zmieniła kształtu. Pożółkła i pęknięta szczerzyła pokryte plamami zęby w okrutnym uśmiechu.
Ale zakola na czole zniknęły. Podobnie jak ciemne wąsy, sękaty podbródek, pożółkła cera i małe brązowe oczka. Szare palce przeczesały długie kasztanowe włosy. W kącikach ust pojawiły się pozostałe po uśmiechach bruzdy. Nagle stał się wyższy niż przedtem, szerszy w piersi i w barach. Szczupły, długonogi mężczyzna o gładko wygolonej, ogorzałej twarzy.
Jon Snow wybałuszył szare oczy.
– Mance?
– Witaj, lordzie Snow – odrzekł dziki bez śladu uśmiechu.
– Spaliła cię.
– Spaliła Lorda Kości.
– Co to za czary? – zapytał Jon Snow, spoglądając na Melisandre.
– Możesz je zwać, jak chcesz. Urokiem, maskowaniem, iluzją. R’hllor jest Panem Światła, Jonie Snow, i jego słudzy mogą tkać świetlne obrazy, jak inni tkają materiał z nici.