– Tak, panie. Domeric. Słyszałem... słyszałem jego imię...
– Ramsay go zabił. Maester Uthor mówi, że to była choroba kiszek, ale ja uważam, że to trucizna. W Dolinie Domeric lubił towarzystwo synów Redforta. Chciał mieć brata u swego boku, więc pojechał w górę Płaczącej Wody, by odnaleźć mojego bękarta.
Zabroniłem mu tego, ale Domeric był już dorosłym mężczyzną i uważał się za mądrzejszego od ojca. A teraz jego kości spoczywają pod zamkiem Dreadfort, razem z kośćmi jego braci, którzy umarli w kołysce, a mnie został tylko Ramsay. Powiedz mi...
Jeśli zabójca krewnych jest przeklęty, co ma zrobić ojciec, jeśli jeden z jego synów zabija drugiego?
To pytanie przeraziło Fetora. Słyszał kiedyś, jak Obdzieracz mówił, że Ramsay zamordował prawowicie urodzonego brata, ale nigdy nie śmiał w to uwierzyć. Mógł się mylić. Bracia czasami umierają i to jeszcze nie znaczy, że ktoś ich zabił. Moi bracia też nie żyją, a ja nie miałem nic wspólnego z ich śmiercią.
– Masz nową żonę, która da ci synów, panie.
– Czyż mój bękart nie będzie zachwycony? Lady Walda pochodzi z rodu Freyów i otacza ją aura płodności. Dziwnie polubiłem swą małą, grubą żonę. Dwie poprzednie były zupełnie ciche w łożu, a ta piszczy i drży. To wzbudza moją sympatię. Jeśli będzie produkowała synów w takim samym tempie, w jakim pochłania ciastka, w Dreadfort wkrótce zaroi się od Boltonów. Oczywiście, Ramsay wszystkich zabije. Tak będzie najlepiej. Nie pożyję na tyle długo, by doprowadzić synów do wieku męskiego, a młodociani lordowie to zguba dla każdego rodu. Ale Walda będzie po nich płakała.
Fetorowi zaschło w gardle. Słyszał, jak nagie konary rosnących przy ulicy wiązów stukają o siebie na wietrze.
– Wasza lordowska mość...
– Panie, pamiętasz?
– Panie, jeśli mogę zapytać... Po co mnie zabrałeś? Nikomu się już na nic nie przydam, nawet nie jestem mężczyzną, jestem złamany i... ten smród.
– Kąpiel i zmiana ubrania nadadzą ci słodszy zapach.
– Kąpiel? – Fetor poczuł nagły ucisk w trzewiach. – Lepiej... lepiej nie, panie. Proszę.
Mam... rany... i... to ubranie... Lord Ramsay mi je dał... Powiedział, że nie wolno mi go nigdy zdejmować, chyba że na jego rozkaz.
– Masz na sobie łachmany – stwierdził lord Bolton z cierpliwością w głosie. –
Wstrętne łachy, podarte, brudne, śmierdzące krwią i moczem. I cienkie. Na pewno ci zimno. Ubierzemy cię w wełnę, miękką i ciepłą. I może podszyty futrem płaszcz. Co ty na to? – Nie.
Nie mógł pozwolić, żeby mu zabrali ubranie otrzymane od lorda Ramsaya. Nie mógł pozwolić, żeby go zobaczyli.
– A może wolałbyś jedwabie i aksamity? Pamiętam, że były czasy, gdy je lubiłeś.
– Nie – powtórzył wysokim tonem. – Chcę tylko to ubranie. Ubranie Fetora.
Nazywam się Fetor, noszę łachy przeto. – Serce waliło mu jak bęben, a głos przerodził się w pełen przerażenia pisk. – Nie chcę kąpieli. Proszę, panie, nie zabieraj mi ubrania.
– A czy pozwolisz nam przynajmniej je wyprać?
– Nie. Nie, panie, błagam.
Przycisnął bluzę obiema rękami do piersi i skulił się w siodle, przerażony myślą, że Roose Bolton mógłby kazać swym ludziom zedrzeć z niego szaty na ulicy.
– Jak sobie życzysz. – W blasku księżyca jasne oczy Boltona wydawały się zupełnie puste, jakby nikogo za nimi nie było. – Wiesz, że nie pragnę cię skrzywdzić.
Zawdzięczam ci bardzo wiele.
– Naprawdę?
To pułapka – krzyczała jakaś część jego jaźni. On z tobą igra, syn jest tylko cieniem ojca. Lord Ramsay cały czas bawił się jego nadziejami.
– Co... co mi zawdzięczasz, panie?
– Północ. Starkowie byli zgubieni dnia, gdy zdobyłeś Winterfell. – Machnął bladą dłonią w lekceważącym geście. – Wszystko, co dzieje się teraz, to tylko walka o łupy.
Ich krótka podróż zakończyła się pod palisadą Barrow Hall. Na kwadratowych wieżach powiewały chorągwie: obdarty ze skóry człowiek Dreadfort, topór Cerwynów, sosny Tallhartów, tryton Manderlych, skrzyżowane klucze starego lorda Locke’a, olbrzym Umberów, kamienna dłoń Flintów, łoś Hornwoodów. Stoutów reprezentowały rdzawe kliny na złotym polu, a Slate’ów szare pola z dwoma białymi otokami. Cztery końskie głowy – szara, czarna, złota i brązowa – świadczyły, że jest tu czterech Ryswellów ze Strumieniska. Często powtarzany żart mówił, że Ryswellowie nie potrafią się ze sobą zgodzić, nawet gdy chodzi o kolor ich herbu. Nad nimi powiewały jeleń i lew chłopca zasiadającego na Żelaznym Tronie, tysiące mil stąd.
Fetor słuchał furkotu chorągiewek obracających się na starym młynie. Przejechali przez bramę, docierając na porośnięty trawą dziedziniec, i chłopcy stajenni przybiegli po ich konie.
– Tędy, jeśli łaska.
Lord Bolton poprowadził go w stronę donżonu, nad którym powiewały chorągwie zmarłego lorda Dustina i wdowy po nim. Jego sztandar zdobiła korona z kolcami nad skrzyżowanymi berdyszami, a ona miała w czwórdzielnej tarczy ten sam herb razem ze złotą końską głową Rodrika Ryswella.
Gdy Fetor wspinał się po długich drewnianych schodach, nogi zaczęły mu drżeć.
Musiał przystanąć, żeby je uspokoić. Uniósł wzrok, spoglądając na porośnięte trawą stoki Wielkiego Kurhanu. Niektórzy twierdzili, że znajduje się w nim grób pierwszego króla, który przyprowadził do Westeros Pierwszych Ludzi. Inni utrzymywali, że w tak wielkim kurhanie z pewnością pochowano jakiegoś króla olbrzymów. Byli nawet tacy, którzy zapewniali, że to nie żaden kurhan tylko wzgórze, ale w takim przypadku musiałoby być samotne, bo większa część krainy kurhanów była płaska i wietrzna.
Po wejściu do komnaty zobaczyli kobietę grzejącą chude dłonie nad dogasającymi węgielkami kominka. Była ubrana na czarno, od stóp do głów, i nie nosiła złota ani klejnotów. Łatwo jednak było zauważyć, że jest szlachetnie urodzona. Choć w kącikach ust i wokół oczu miała zmarszczki, nadal była wysoka, przystojna i trzymała się prosto.
Włosy miała pół kasztanowe, pół siwe, związane w kok z tyłu głowy.
– Kto to jest? – zapytała. – Gdzie jest chłopak? Czy twój bękart nie chciał go oddać?
Czy ten starzec to jego... Bogowie bądźcie łaskawi, co za smród? Czy ta kreatura śmierdzi ekskrementami?
– Przebywał w towarzystwie Ramsaya. Lady Barbrey, pozwól, że ci przedstawię prawowitego lorda Żelaznych Wysp, Theona z rodu Greyjoyów.
Nie – pomyślał. Nie, nie wypowiadaj tego imienia. Ramsay cię usłyszy, dowie się, dowie, zada mi ból.
Wydęła usta.
– Nie wygląda tak, jak się spodziewałam.
– Ale tylko jego mamy.
– Co twój bękart mu zrobił?
– Usunął trochę skóry, jak sądzę. Kilka małych fragmentów, nic istotnego.
– Czy jest obłąkany?
– Być może. Czy to ważne?
Fetor nie mógł już słuchać tego dłużej.
– Proszę, panie, pani, zaszła jakaś pomyłka. – Opadł na kolana, drżąc jak liść na zimowej wichurze. Po zapadniętych policzkach spływały mu łzy. – Nie jestem nim, nie jestem tym sprzedawczykiem. On zginął w Winterfell. Nazywam się Fetor. – Musi pamiętać, jak ma na imię. – Jestem odmieńcem przeto.
TYRION
Siódmego dnia po odpłynięciu z Volantis Grosik wreszcie opuściła kajutę i wyszła na pokład „Selaesori Qhoran” niczym jakieś płochliwe leśne zwierzątko przebudzone z długiego snu zimowego.
Był zmierzch i czerwony kapłan zapalił nocny ogień w wielkim żelaznym piecyku ustawionym na śródokręciu. Załoga zebrała się wokół niego na modły. Głos Moqorra brzmiał jak basowy werbel dobiegający z głębi jego potężnego torsu.