– Dziękujemy ci za słońce, które nas ogrzewa – modlił się kapłan. – Dziękujemy ci za gwiazdy, które nad nami czuwają, gdy żeglujemy po tym zimnym czarnym morzu.
Moqorro był potężnie zbudowanym mężczyzną, wyższym od ser Joraha i dwa razy szerszym od niego w barach. Miał na sobie szkarłatne szaty, wyszywane na rękawach, obrąbku i kołnierzu w pomarańczowe atłasowe płomienie. Skórę miał czarną jak smoła, a włosy białe jak śnieg. Na policzkach i czole wytatuowano mu żółte i pomarańczowe języki ognia. W ręce dzierżył żelazną laskę dorównującą długością wzrostowi właściciela.
Zwieńczono ją smoczą głową, a gdy Moqorro uderzał drugim końcem o pokład, z paszczy buchały zielone płomienie.
Responsoria śpiewali jego strażnicy, pięciu żołnierzy-niewolników z Ognistej Dłoni.
Posługiwali się językiem Starego Volantis, ale Tyrion nieraz już słyszał te modlitwy i rozumiał zasadniczy sens. Zapal nasz ogień i chroń nas przed ciemnością, bla, bla, oświetlaj nam drogę i ogrzewaj nas jak pieczeń, noc jest ciemna i pełna strachów, ocal nas przed wszelkimi okropnościami... i znowu trochę bla, bla, bla.
Zdawał sobie sprawę, że takich myśli lepiej nie wyrażać na głos. Tyrion Lannister nie potrzebował żadnych bogów, ale na tym statku rozsądniej było okazywać pewien szacunek dla czerwonego R’hllora. Gdy tylko oddalili się od brzegu, Jorah Mormont zdjął mu łańcuchy i karzeł nie chciał dać mu powodów do ich ponownego założenia.
„Selaesori Qhoran” był ociężałą, pięciusettonową balią, miał głęboką ładownię, wysokie kasztele na dziobie oraz rufie i pojedynczy maszt pomiędzy nimi. Na kasztelu dziobowym stał groteskowy galion, jakaś drewniana, nadgryziona przez robaki znakomitość o minie sugerującej zaparcie, trzymająca pod pachą zwój. Tyrion nigdy w życiu nie widział brzydszego statku. Jego załoga wcale nie wyglądała ładniej. Kapitan, brzuchaty, niewzruszony mężczyzna o plugawej mowie i blisko osadzonych, chciwych oczkach, kiepsko grał w cyvasse i bardzo nie lubił przegrywać. Na statku było czterech oficerów, wyłącznie wyzwoleńców, oraz pięćdziesięciu niewolników, przypisanych do „Selaesori Qhoran”. Wszyscy mieli wytatuowane na policzkach prostsze wersje galionu.
Marynarze zwali Tyriona „Beznosym”, choć ciągle im powtarzał, że nazywa się Hugor Hill.
Trzech oficerów i z górą trzy czwarte załogi należało do gorliwych wyznawców Pana Światła. Tyrion nie był taki pewien kapitana, który zawsze przychodził na wieczorne modlitwy, ale poza tym nie brał w nich udziału. Prawdziwym kapitanem „Selaesori Qhoran”, przynajmniej podczas tego rejsu, był jednak Moqorro.
– Panie Światła, pobłogosław swego sługę Moqorra i oświetlaj mu drogę przez mroczne zakamarki świata – zagrzmiał czerwony kapłan. – I broń swego sprawiedliwego sługę Benerra. Daj mu odwagę. Daj mu mądrość. Wypełnij jego serce ogniem.
Wtedy właśnie Tyrion zauważył Grosik, przyglądającą się tej komedianckiej farsie ze stromych drewnianych schodów, prowadzących pod pokład za kasztelem rufowym. Stała na jednym z dolnych stopni i było widać tylko pół jej głowy. Pod kapturem kryły się wielkie, wybałuszone oczy, lśniące białym blaskiem w świetle nocnego ognia.
Towarzyszył jej duży szary pies, którego zawsze dosiadała, stając w szranki.
– Pani – zawołał do niej cicho Tyrion. Nie była szlachetnie urodzona, ale nie potrafił się zdobyć na to, by wypowiedzieć to głupie imię, nie chciał jej zwać „dziewczyną” ani „karlicą”.
Skuliła się trwożnie.
– Nie... nie zauważyłam cię.
– No wiesz, jestem mały.
– Źle... źle się poczułam.
Jej pies zaszczekał.
Chciałaś powiedzieć, że dręczy cię żałoba.
– Czy mogę ci w czymś pomóc?
– Nie.
Natychmiast wróciła na dół, do kajuty, którą dzieliła z psem i maciorą. Tyrion nie mógł mieć do niej pretensji. Załoga „Selaesori Qhoran” ucieszyła się, gdy wszedł na pokład. W końcu karzeł przynosił szczęście. Jego głowy dotykano tak często i z takim wigorem, że dziwił się, że nie wyłysiał. Grosik jednak spotkała się z mieszanym przyjęciem. Co prawda była karlicą, lecz jako kobieta przynosiła pecha. Na każdego marynarza próbującego dotykać jej głowy, przypadało trzech, którzy złorzeczyli jej pod nosem, gdy przechodziła obok.
A mój widok z pewnością jest dla niej solą sypaną na ranę. Ucięli głowę jej bratu w nadziei, że to moja, a teraz siedzę sobie tutaj, jak jakaś cholerna chimera, ofiarując jej puste słowa pocieszenia. Na jej miejscu niczego nie chciałbym bardziej, niż wyrzucić mnie za burtę.
Czuł dla dziewczyny wyłącznie litość. Ani ona, ani jej brat nie zasługiwali na straszliwy los, jaki spotkał ich w Volantis. Kiedy widział ją po raz ostatni, tuż przed wypłynięciem z portu, jej czerwone od płaczu oczy wyglądały jak okropne dziury w bladej, zapadniętej twarzy. Gdy rozwinięto żagiel, zamknęła się w kajucie razem z psem i świnią, ale nocami słyszał jej łkanie. Nie dalej jak wczoraj podsłuchał, jak jeden z oficerów stwierdził, że powinni oddać karlicę morzu, nim jej łzy zatopią statek. Tyrion nie był do końca pewien, czy to miał być żart.
Gdy wieczorne modły się skończyły, załoga się rozproszyła. Niektórzy udali się na wachtę, inni zaś na posiłek, rum i koje. Moqorro jak co noc pozostał przy swoim ogniu.
Czerwony kapłan spał za dnia i czuwał, gdy było ciemno. Karmił święte płomienie, by słońce mogło wrócić o świcie.
Tyrion przykucnął przy ogniu, by ogrzać zziębnięte dłonie. Przez kilka chwil Moqorro nie zwracał na niego uwagi. Pochłonięty przez jakąś wizję wpatrywał się w migotliwe płomienie. Czy rzeczywiście widzi dni, które nadejdą, jak zapewnia? Jeśli tak, był to straszliwy dar. Po pewnym czasie kapłan uniósł wzrok, spoglądając karłu prosto w oczy.
– Witaj, Hugorze Hill – rzekł, pochylając głowę w poważnym ukłonie. – Przyszedłeś się ze mną pomodlić?
– Ktoś mi powiedział, że noc jest ciemna i pełna strachów. Co widzisz w tych płomieniach?
– Smoki – odparł Moqorro w języku powszechnym Westeros. Mówił w nim bardzo dobrze, niemal bez śladu akcentu. Z pewnością to był jeden z powodów, dla których wielki kapłan Benerro wybrał właśnie jego, by zaniósł wiarę R’hllora do Daenerys Targaryen. – Smoki stare i młode, prawdziwe i fałszywe, jasne i ciemne. A także ciebie.
Małego człowieczka, który rzuca wielki cień. Stoisz z gniewnym grymasem na twarzy pośrodku tego wszystkiego.
– Z gniewnym grymasem? Ktoś tak sympatyczny jak ja? – Tyrion był niemal gotowy uznać to za pochlebstwo. Z pewnością taki właśnie był jego zamiar. Każdy głupiec lubi, gdy mu mówią, że jest ważny. – Może to Grosik widziałeś? Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.
– Nie, przyjacielu.
Przyjacielu? A kiedy to się stało?
– A może widziałeś, ile czasu zajmie nam rejs do Meereen?
– Tak ci śpieszno ujrzeć wybawicielkę świata?
I tak, i nie. Wybawicielka świata może mi uciąć głowę albo rzucić mnie na przekąskę swoim smokom.
– Bynajmniej – zaprzeczył Tyrion. – Chodzi mi tylko o oliwki. Boję się, że mogą się zestarzeć i uschnąć, nim zdążę ich spróbować. Nawet płynąc pieskiem, byłbym szybszy niż ten statek. Powiedz mi, czy Selaesori Qhoran to był triarcha czy żółw?
Czerwony kapłan zachichotał.
– Ani jedno, ani drugie. „Qhoran” to... nie władca, ale ten, kto mu służy i pomaga, pomaga kierować sprawami. W Westeros powiedzielibyście „zarządca” albo „magister”.