Królewski namiestnik. To rozbawiło Tyriona.
– A „selaesori”?
Moqorro dotknął nosa.
– Wzbogacony o przyjemny zapach. Po waszemu pewnie wonny. Albo kwietny?
– A więc „Selaesori Qhoran” to w przybliżeniu znaczy „Śmierdzący Zarządca”?
– Raczej „Wonny Zarządca”.
Tyrion uśmiechnął się z przekąsem.
– Chyba zostanę przy słowie „śmierdzący”. Ale dziękuję za cenną lekcję.
– Cieszę się, że mogłem cię oświecić. Być może pewnego dnia pozwolisz też, bym nauczył cię prawdy R’hllora.
– Pewnego dnia.
Gdy będę głową zatkniętą na pal.
Pomieszczenie, które Tyrion dzielił z ser Jorahem, zwano kajutą tylko z uwagi na uprzejmość. W wilgotnej, ciemnej, cuchnącej klitce ledwie starczało miejsca na dwa hamaki, jeden wiszący nad drugim. Mormont leżał w dolnym, kołysząc się powoli w rytm ruchów statku.
– Dziewczyna w końcu wysunęła nos z kajuty – poinformował go Tyrion. – Ale gdy tylko mnie zobaczyła, znowu czmychnęła na dół.
– Nie wyglądasz zbyt pięknie.
– Nie wszyscy mogą być tacy przystojni jak ty. Czuje się zagubiona. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby biedactwo zamierzało wyskoczyć za burtę.
– To biedactwo ma na imię Grosik.
– Wiem o tym. – Nienawidził imienia dziewczyny. Jej brat był znany jako Miedziak, choć naprawdę nazywał się Oppo. Grosik i miedziak. Najmniejsze, najmniej warte monety. Co gorsza, sami sobie wybrali te imiona. Ta świadomość zostawiała w ustach Tyriona nieprzyjemny posmak. – Jak by jej nie zwał, potrzebuje przyjaciela.
Ser Jorah usiadł w hamaku.
– To zaprzyjaźnij się z nią. Jak dla mnie, możesz się nawet z nią ożenić.
To również zostawiło nieprzyjemny posmak.
– Swój do swego, tak? A czy masz zamiar znaleźć dla siebie niedźwiedzicę, ser?
– To ty się upierałeś, żebyśmy ją zabrali.
– Powiedziałem, że nie możemy jej zostawić w Volantis. To jeszcze nie znaczy, że mam ochotę ją wyruchać. Zapomniałeś, że życzy mi śmierci? Jestem ostatnią osobą, którą chciałaby mieć za przyjaciela.
– Oboje jesteście karłami.
– Tak, podobnie jak jej brat, którego zabito, bo jacyś pijani głupcy wzięli go za mnie.
– Czujesz się winny z tego powodu?
– Nie – obruszył się Tyrion. – Popełniłem już wystarczająco wiele grzechów. Nie chcę brać na sumienie i tego. Mogłem mieć im obojgu za złe rolę, jaką odegrali na weselu Joffreya, ale nigdy nie życzyłem im szkody.
– Zaiste nieszkodliwy z ciebie człowiek. Niewinny jak jagnię. – Ser Jorah wstał. –
Karlica to twoje brzemię. Pocałuj ją, zabij albo unikaj jej, jak wolisz. Mnie nic do tego.
Odepchnął Tyriona na bok i opuścił kajutę.
Nic dziwnego, że wygnano go dwa razy – pomyślał karzeł. Też bym to zrobił, gdybym mógł. Jest zimny, pamiętliwy, ponury i nie ma poczucia humoru. A to są tylko jego zalety. Gdy ser Jorah nie spał, przez większość czasu spacerował po kasztelu dziobowym albo gapił się na morze, wsparty o reling. Wypatruje swej srebrnej królowej. Wypatruje Daenerys. Pragnie, by statek płynął szybciej. No cóż, też bym tak robił, gdyby to Tysha była w Meereen.
Czy to możliwe, by kurwy odsyłało się do Zatoki Niewolniczej? Mało prawdopodobne. Sądząc z tego, co czytał, tam się je szkoliło. Szkoda, że Mormont jakiejś sobie nie kupił. Ładna niewolnica mogłaby znacznie poprawić mu humor... zwłaszcza gdyby miała srebrne włosy, jak ta, która siedziała na jego kutasie w Selhorys.
Na rzece Tyrion musiał znosić towarzystwo Gryfa, ale tam przynajmniej dostarczała mu zajęcia tajemnica prawdziwej tożsamości najemnika, a poza tym reszta małej kompanii płynącej flisacką łodzią była sympatyczniejsza. Niestety, na kodze wszyscy byli tymi, kim się wydawali, nikogo nie można było nazwać szczególnie sympatycznym, a tylko czerwony kapłan był interesujący. On i może Grosik. Ale dziewczyna mnie nienawidzi i to nie bez powodu.
Życie na pokładzie „Selaesori Qhoran” było straszliwie nudne. Najbardziej ekscytującym wydarzeniem każdego dnia było kłucie się w palce rąk i nóg sztychem sztyletu. Na rzece mógł podziwiać rozmaite cuda; gigantyczne żółwie, ruiny miast, kamiennych ludzi, nagie septy. Nigdy nie wiedział, co się może czaić za następnym zakrętem. Na morzu wszystkie dni i noce były takie same. Po opuszczeniu Volantis koga przez pewien czas płynęła blisko brzegu i Tyrion mógł się gapić na przylądki, obserwować stada morskich ptaków zrywające się do lotu ze skalnych klifów albo walących się wież strażniczych, bądź też liczyć jałowe, brązowe wyspy. Widział też mnóstwo innych statków – kutry rybackie, ociężałe statki kupieckie oraz dumne galery rozpryskujące wodę wiosłami. Odkąd jednak wypłynęli na pełne morze, zostały mu tylko fale i niebo, powietrze i woda. Woda wyglądała jak woda, a niebo jak niebo. Czasami zjawiała się chmura. Za dużo błękitu.
Noce były jeszcze gorsze. Tyrion nawet w najwygodniejszych warunkach sypiał źle, a te z pewnością takie nie były. Sen najczęściej sprowadzał ze sobą sny, a w jego snach czekały Smutki i kamienny król z twarzą jego ojca. Zostawał mu niezbyt zachęcający wybór – leżeć w hamaku i słuchać chrapiącego poniżej Joraha Mormonta albo zostać na pokładzie i kontemplować morze. W bezksiężycowe noce wody od horyzontu po horyzont były czarne jak maesterski inkaust, mroczne, głębokie i złowrogie, piękne na mrożący krew w żyłach sposób. Gdy jednak Tyrion wpatrywał się w nie zbyt długo, zaczynał myśleć o tym, jak łatwo byłoby przejść przez nadburcie i skoczyć w tę ciemność.
Jeden cichy plusk i żałosna mała opowieść, jaką było jego życie, dobiegłaby końca. Ale co, jeśli piekło istnieje i czeka w nim na mnie ojciec?
Najatrakcyjniejszym punktem każdego wieczoru była kolacja. Jedzenie nie należało do najsmaczniejszych, ale za to było go pod dostatkiem. Dlatego po opuszczeniu kajuty karzeł udał się do kambuza. Pomieszczenie było ciasne i niewygodne, tak niskie, że wyższym pasażerom cały czas groziło uderzenie głową o sufit. Szczególnie często zdarzało się to rosłym żołnierzom-niewolnikom z Ognistej Dłoni. Choć Tyrion zawsze z radością chichotał na ten widok, wolał spożywać posiłki w samotności. Siedzenie za zatłoczonym stołem z ludźmi rozmawiającymi i żartującymi w nieznanym języku szybko stawało się nużące, zwłaszcza że Tyrion zawsze zadawał sobie pytanie, czy to nie on jest powodem całego tego śmiechu.
W kambuzie trzymano również książki. Kapitan był wyjątkowo oczytanym człowiekiem i zabrał w rejs aż trzy: zbiór marynarskiej poezji składający się ze złych i bardzo złych utworów, mocno wyczytany wolumin opiewający erotyczne przygody młodej niewolnicy w lyseńskim domu rozkoszy oraz czwarty i ostatni tom Żywota triarchy Belicha, sławnego volanteńskiego patrioty, którego nieprzerwana seria triumfów i podbojów zakończyła się dość nagle, gdy pożarły go olbrzymy. Tyrion pochłonął wszystkie książki już trzeciego dnia rejsu. Ponieważ nie miał innych, zaczął je potem czytać od nowa. Opowieść o niewolnicy była najgorzej napisana, ale najbardziej wciągająca, dlatego to właśnie ją zabrał z półki, by urozmaiciła mu kolację złożoną z buraków w maśle, zimnej zupy rybnej oraz sucharów, którymi można by wbijać gwoździe.
Gdy czytał relację z dnia pojmania dziewczyny i jej siostry przez handlarzy niewolników, do kambuza weszła Grosik.
– Ojej – odezwała się. – Myślałam... Nie chciałam ci przeszkadzać, panie...